Group Info Group Founded 9 Years ago Statistics 638 Members
24,034 Pageviews528 Watchers

Informacja dla nowych czlonkow

Na początek kilka zasad.

:bulletblue:Każdy Polak może zostać członkiem grupy.
:bulletblue:Prosimy o umieszczanie prac w odpowiednich folderach.
:bulletblue:Prosimy o nie dodawanie wszystkich swoich prac naraz, a o selektywne wybranie według was najlepszych.
:bulletblue:Founderzy mają prawo odrzucić pracę nie wyjaśniając autorowi swej decyzji
:bulletblue: ZOSTAŁ NAŁOŻONY LIMIT PRAC DODAWANYCH W CIĄGU TYGODNIA - 3
:bulletblue: Prace dodane do folderu FEATURED są IGNOROWANE, więc bardzo proszę dodawać je do odpowiednich folderów.
Te zasady mogą jeszcze ulec zmianie.

Gallery Folders

Featured
the colors run by Lillowl
nowe oc :-: by Nieona
Tandaradei! by Cata-Luu
Mordor speedpaint by Cata-Luu
Traditional Art
[c] Sisters by Caatnip
MK. The new cyber by Zgredos87
Dark Queen by Zgredos87
Gr. Grievous by Sabanda5
FanArt
Flutter Globe [Secret Santa] by HirundoArvensis
QiQi by Hlontro
Who am I? by MikouKayu
Lovers by MikouKayu
Digital Art
Postapo by Caatnip
Christmas Strawberries by kiniu8102
Loved Apple by kiniu8102
[K] for AstralDallarth by EmolaWolf
yuri yaoi
ryneczek lidla by BitterShears

Mature Content

Kitties by Caatnip
Happy B-day Kami by LordMroku
Donna and Sine by EmiDeClam
Opowiadania
Tchnienie Polnocnego Wiatru - Rozdzial II
Tchnienie Północnego WiatruAutorstwa ©Reedena LandsheyaRozdział IIPoszukujący odpowiedzi- Tutaj też nic, hm? Miałem nadzieję, że znajdę tu choćby małą wzmiankę, a tymczasem...Westchnąwszy głośno, brązowy wilk – Anthren zamknął powoli ciężką księgę, której strony i okładki były tak stare, że niemal rozpadały się w łapach, po czym ostrożnie odłożył ją z powrotem na półkę. Jej tytuł, wypisany na grzbiecie wyblakłymi literami pochodzącymi z Pradawnej Mowy głosił: „Era VII, Wiek Księżycowego Smoka – historia kontynentu i morza, pióra Zyrana z Hyrel”.Samiec, którego sierść w kilku miejscach znaczyła już siwizna, powoli zaczął przesuwać palcem wzdłuż regału, z uwagą przyglądając się różnokolorowym grzbietom swoimi jasnoniebieskimi oczami. Ich kolor był niemal identyczny w porównaniu ze znamieniem w kształcie błyskawicy, które ciągnęło się od jego lewego oka poprzez całą długość policzka aż do spodu pyska. Odczytując półszeptem kolejne tytuły co pewien czas ściągał którąś książkę z regału, otwierał ją i pobieżnie przekartkowywał, po czym kręcił głową, mrucząc coś do siebie w nieznanym języku i odkładał ją na miejsce.Kiedy po chwili poszukiwań trafił na stos zwojów, bez chwili wahania pochwycił go i ruszył do niewielkiego stolika znajdującego się pomiędzy wysokimi, drewnianymi regałami, na którym znajdował się wykonany z rogów świecznik. Świece, które się w nim znajdowały nie płonęły jednak tak, jak zwykle – ich płomienie były niebieskie i dawały o wiele więcej światła, ułatwiając dostrzeżenie słów i symboli naniesionych drobnym, cienkim pismem. Magiczny ogień przyzwany przez wilka miał dwojakie zastosowanie – nie tylko ułatwiał on pracę, ale również chronił cenną, niekiedy kilkusetletnią literaturę przed ewentualnym pożarem. Płomień ten bowiem nie mógł wyrządzić krzywdy ani podpalić czegokolwiek, chyba że jego właściciel sam tego pragnął.Odsuwając świecznik na róg stołu, Corus Tenebrae zaczął ostrożnie rozwijać kolejne zwoje, które wręcz kruszyły się pod opuszkami. Wiele z nich zawierało głównie zapiski dotyczące historii Parlas, stolicy Verry, noty gospodarcze dotyczące przychodów i rozchodów w poszczególnych dziedzinach, oraz niekiedy wspominano na nich o pojedynczych, istotnych wydarzeniach, jak np. o wielkiej powodzi, jaka niegdyś nawiedziła miasto, albo o Rzemieślniku Osvenie zza Czarnego Oceanu, dzięki któremu ze zwykłej wioski Parlas przerodził się w potężne, niezwykle rozwinięte miasto. Mogło by się wydawać, że żaden z tych zwojów czy ksiąg nie stanowi dla maga jakiejkolwiek wartości, mówiąc o tak przyziemnych sprawach, jednakże Corus wiedział, że jest inaczej. Przez setki lat bowiem kolejni magowie ukrywali zapiski dotyczące swojego kunsztu pomiędzy wierszami w najmniej nieoczekiwanych księgach i zwojach, chroniąc w ten sposób swoje osiągnięcia przed wykorzystaniem w niewłaściwy sposób. Tylko świadomy i sprytny umysł, zaznajomiony w sposób zaawansowany z Pradawną Mową, mógł rozszyfrować ukryte notatki i złożyć je w logiczną całość.Niestety wszystko wskazywało na to, że tutejsi magowie, alchemicy czy nawet zielarze nie dokonali odkryć, które zasłużyły by na ich zapisanie, albo co gorsza – Parlas, jako stolica kraju, nigdy nie uświadczyła w obrębie swoich murów choćby początkującego czarnoksiężnika, który pozostałby w tym mieście dłużej niż na nocleg w karczmie. Było to niemałe rozczarowanie, biorąc pod uwagę fakt, że nawet małe rolnicze wioski zarówno w Carmond jak i Tergar miały przynajmniej na swoich usługach niewprawionych jeszcze w magii młokosów, czy też mniej doświadczonych zaklinaczy i zielarzy.- Im bliższe wydaje się osiągnięcie celu, tym dalej w rzeczywistości się od niego znajduję – mruknął do siebie cicho, odkładając z powrotem zwoje na półkę. Albo ktoś - lub coś - usilnie stara się, żebym nie trafił na właściwą odpowiedź… Albo najzwyczajniej w świecie ona nie istnieje, pomyślał. Myślał tak niemal za każdym razem, gdy jego poszukiwania nagle zamierały w martwym punkcie lub gdy coś, co z pozoru wydawało się bardzo obiecujące, okazywało się zupełnie nietrafioną, niezbyt pomocną poszlaką. Porażki nigdy nie były czymś przyjemnym, ale na Corusa zdawały się one nie mieć trwałego wpływu – wystarczyło zaledwie kilka dni, żeby otrząsnął się z ponurego nastroju i zaczął na nowo dążyć do obranego wcześniej celu ze zdwojoną zawziętością.Obecnie jednak - zniesmaczony zmarnowanym czasem, który mógłby poświęcić czemuś bardziej wartościowemu – brązowy wilczur chwycił powieszony na oparciu krzesła wysłużony, brązowy płaszcz z kapturem, a następnie gestem łapy przywołał do siebie płomienie znad świec. Te zaś pomknęły do niego natychmiast, przybierając kształt niebieskich, świetlistych kul, po czym zawisły w powietrzu nieco przed nim, oświetlając drogę pomiędzy skąpanymi w mroku regałami, rzucając swój blask na wszelkiej maści księgi i zwoje. Na wielu z nich zdołała osiąść już ciężka warstwa kurzu, a gdzieniegdzie pająki rozsnuły gęste sieci, czekając w nadziei na posiłek w postaci owada, który nieopatrznie zapuści się pomiędzy owe sterty ksiąg.Ziewając szeroko Corus szedł przed siebie z lekko spuszczoną głową, zastanawiając się, co teraz powinien zrobić. Przyjść tu jutro i ze świeżą głową spróbować coś znaleźć? Szanse na powodzenie raczej były znikome, biorąc pod uwagę, że siedział tu już od niemal trzech dni, z przerwami jedynie na posiłek i sen w tawernie. Wypytywać lokalnych? Nie, to mogłoby wzbudzić podejrzenia, jeśli dotarłoby do odpowiednich uszu. Opuścić miasto i ruszyć w innym kierunku w nadziei na odnalezienie lepszego źródła wiedzy? Ostatnia opcja brzmiała najrozsądniej, ale coś wewnątrz mówiło mu, że pośpiech nie jest tu wskazany. Parlas skrywało w sobie coś, co czekało na ujawnienie, nie było co do tego wątpliwości – od momentu, gdy tylko przekroczył bramy miasta wyczuł, że znalazł się we właściwym miejscu i czasie. Dlaczego, zapytałby ktokolwiek. Sam chciałbym wiedzieć, odparłby wilk.Gasząc magiczne światło gestem łapy i wychodząc spomiędzy regałów do rozległego pomieszczenia, stanowiącego główną czytelnię biblioteki Tenebrae uświadomił sobie nagle, że półmrok, który panował pomiędzy regałami nie był jedynie winą ich wysokości i szczelnego zapełnienia książkami. Spoglądając przez duże, oszklone okna stwierdził, że na zewnątrz od dawna panuje już głęboka noc. W mieście płonęło zaledwie kilka latarni, a słaby blask księżyca, rzucany na ulicę i dachy domów raz za razem ginął za chmurami, które powoli przesuwały się na niebie, kierując się na południowy – zachód.Bibliotekarz, stary i niemal całkowicie siwy samiec wydry, spał w głębokim fotelu przy swoim zawalonym księgami i skryptami biurku, z jedną z nich wciąż trzymaną w łapie. Świece, umieszczone w świeczniku podobnym do tego, z którego korzystał Corus, zdołały się już całkiem wypalić.Podchodząc do biurka wilk zastukał lekko łapą w stół, a następnie cicho odchrząknął. Wydra poruszyła się niespokojnie przez sen, mamrocząc coś niewyraźnie o tym, że nie wolno rzucać księgami w bibliotece, po czym ocknął się i przeniósł zaspane, nieco zdziwione spojrzenie znad okrągłych, lekko skrzywionych okularów na brązowego Anthrena.- Mistrz Reylight? – Bibliotekarz wyprostował się z trudem w fotelu, rozciągając zesztywniałe kości. – A już zaczynałem myśleć, że planuje pan spędzić kolejną noc pomiędzy regałami.- Myślę, że cztery noce wystarczą aż nadto – odparł z uśmiechem Corus, patrząc jak stary samiec zdejmuje okulary z nosa i zaczyna przecierać je rąbkiem koszuli. Odkąd zawitał do brzegów Tergar po długiej podróży z Carmond, ukrywał zarówno swoje prawdziwe imię i nazwisko, jak i magiczne umiejętności. Mimo iż świat był ogromny, a podróżowanie po nim zajmowało nieraz długie tygodnie, wiadomości i plotki o konkretnych wydarzeniach i osobach rozchodziły się nieraz z zatrważającą prędkością, niejednokrotnie zmieniając swoją formę, nim ostatecznie docierały do docelowego słuchacza. A z tego co zdołał zauważyć po niemal roku pobytu na kontynencie, nie brakowało tu uszu, które chciały słuchać, by wykorzystać pozyskaną wiedzę do własnych celów. – Choćbym był nie wiadomo jak głodny wiedzy, zmęczenie i głód w końcu zaczynają brać górę, przez co umysł staje się przytępiony i niepodatny na dalsze przyjmowanie informacji – dodał. – Poza tym muszę zaznaczyć, że pana uprzejmość wyrasta wysoko ponad innych Anthrenów – większość na pewno już dawno pogoniłaby mnie kijem.Wydra zaśmiała się, nakładając z powrotem okulary.- Schlebia mi mistrz, nie przeczę – odparł, wstając powoli z fotela i rozprostowując z trudem zesztywniałe mięśnie. – Ważniejsze jest jednak dla mnie to, że istnieją jeszcze na tym świecie tak żądni wiedzy jak pan. Nic tak nie raduje serca jak zapomniana księga zdjęta z regału i kurz opadający z jej grzbietu.Podchodząc do niewielkiego regału, zawalonego najróżniejszymi szpargałami po krótkiej chwili poszukiwań zdjął z niego nową świecę, a następnie zapalił ją i powoli zaniósł do swojego biurka. Ciepły blask padł na pysk jego i wilka, rzucając światło na porozkładane na blacie księgi i zwoje. Spoglądając na nie kątem oka Corus zauważył, że większość zapisano Pradawną Mową, co nieco go zaskoczyło – zarówno w Calei, Carmond czy Tergar spotkał do tej pory niewielu Anthrenów, ludzi, elfów czy krasnoludów, którzy potrafiliby posługiwać się tym językiem w sposób, który pozwoliłby im na odczytanie tak starych, niejednokrotnie skomplikowanych zapisków. Nawet wśród bibliotekarzy i skrybów znajomość Pradawnej Mowy była rzadkością.- A więc… W końcu sukces? – zapytała wydra, rzucając wilczurowi zaciekawione spojrzenie. – Przyznaję, dział w który się pan zapuścił nie należy do najprostszych. Wielu wychodziło już stamtąd z pustymi łapami, wściekli na to, że stracili swój cenny czas na przeszukiwanie starych, bezwartościowych skrawków papieru.Corus zaśmiał się w odpowiedzi.- Cóż, chyba niewiele różnię się od nich, przynajmniej pod względem odnalezionego materiału – odparł, z trudem powstrzymując potężne ziewnięcie. Teraz, gdy gorączka poszukiwań zaczęła powoli opadać, z każdą chwilą coraz bardziej czuł zmęczenie. – Nie traktuję tego jednak jako porażki – dla mnie jest to kolejny etap w dążeniu do celu. No i trzeba pamiętać, że biblioteka w Parlas nie jest jedyną na świecie.- Może i nie jedyną, ale na pewno z bogatym zbiorem. – Starzec zmarszczył brwi, a w jego głosie dało się wyczuć lekki wyrzut. Corus nie mógł mu mieć tego za złe – wiedział doskonale, że po wielu latach spędzonych między ciężkimi regałami biblioteka stawała się domem, zaś księgi potrafiły stać się dziećmi, żoną czy znajomymi. Nie był to najszczęśliwszy los, jaki mógłby spotkać Anthrena, ale większość bibliotekarzy wybierała go świadomie, pałając miłością do zapachu papieru, atramentu, oraz długich, zapisanych w nieznanych językach zdań. – Czy jakoś mogę jeszcze pomóc, mistrzu Reylight, nim opuści pan moje progi i uda się na spoczynek?- Hmmmm… Tak właściwie… To jest pewna rzecz, która nie daje mi spokoju. – Wilczur ponownie stłumił ziewnięcie, odwracając się w kierunku wyjścia z biblioteki. Nie chciał zdradzić przed wydrą swojego zainteresowania tematyką magii i zaklęć. – Rozczytując się w kilku księgach przedstawiających historię Parlas nie znalazłem żadnych wzmianek o tym, żeby w tym mieście kiedykolwiek przebywał jakiś mag. Wydało mi się to dziwne, bo bardzo często przecież słyszy się o tym, że nawet pomniejsze wioski rozsiane na kontynencie mają na swoich usługach przeróżnych zaklinaczy pogody, znachorów czy nawet początkujących adeptów magii.Bibliotekarz spojrzał na Corusa z lekkim zaskoczeniem, po czym zamyślił się.- Z tego co mi wiadomo, rzeczywiście w historii naszego miasta nigdy nie pojawił się ktoś taki – odparł po chwili. – Parlas jest jedną z niewielu, jeśli nie jedyną stolicą, która zbudowała swoją potęgę przy pomocy silnych łap tutejszych mieszkańców oraz najnowszych wynalazków, ściąganych tutaj z całego Tergaru. Najlepsi inżynierowie…- Dziękuję za tak wylewną odpowiedź! – Wilczur uprzejmym tonem przerwał natchnioną wypowiedź swojego rozmówcy. - Teraz wiem już wszystko, co było mi potrzebne i mogę ze spokojnym sercem udać się na spoczynek – dodał i nie zwracając uwagi na oburzone spojrzenie wydry szybkim krokiem wyszedł z biblioteki.Dzisiejsza noc była ciepła, zaś niebo było czyste i usiane nieskończenie rozległym morzem tysięcy gwiazd, pośród których dryfował bez większego pośpiechu księżyc w pełni. Niemal idealną ciszę późnych godzin nocnych zakłócało obecnie jedynie oddalone pohukiwanie sowy, która najwidoczniej polowała gdzieś w okolicy. Latarnie znajdujące się wzdłuż głównej ulicy Parlas zdołały się już wypalić, skrywając ulice w półmroku, który rozświetlał jedynie chłodny blask rzucany przez tarczę księżyca.Odetchnąwszy z przyjemnością świeżym powietrzem, zupełnie innym niż nieprzyjemny zaduch biblioteki, Corus powolnym krokiem skierował się w stronę tawerny, gdzie obecnie wynajmował niewielki pokój. Znajdujące się w nim łóżko może i nie należało do najwygodniejszych, ale wilczur obecnie kompletnie o to nie dbał, marząc jedynie o tym, by położyć zmęczoną, pozbawioną jakichkolwiek przemyśleń głowę na poduszce i zasnąć niczym szczeniak po całym dniu zabawy.Przeszukując głęboką kieszeń swojego płaszcza po chwili wygrzebał z niej długą, drewnianą fajkę i woreczek z tytoniem. Myśl o jej zapaleniu po tak długim czasie żmudnego przeszukiwania ksiąg chwilowo wypędziła z głowy Anthrena perspektywę snu. Rozglądając się dookoła za miejscem, gdzie mógłby na chwilę przycupnąć, zauważył drewnianą ławeczkę, ustawioną pod kamiennym murem, odgradzającym tutejszy klasztor od reszty miasta. Bez dłuższego zastanowienia podszedł do niej i usiadł na skrzypiącym, lekko chyboczącym się siedzisku, po czym zaczął pieczołowicie nabijać fajkę swoim ulubionym, pochodzącym z zachodu Calei tytoniem, korzystając z blasku księżyca padającego na całą ulicę.Kiedy skończył, rozglądnął się krótko po ulicy, a następnie podpalił nabity tytoń niewielkim magicznym płomyczkiem na czubku palca, pykając krótko kilka razy, aby fajka lepiej się rozpaliła. Gdy uznał, że wszystko jest w należytym porządku zaciągnął się głęboko, przez krótką chwilę rozkoszując się smakiem dymu tytoniowego, którego biały kłąb po chwili wypuścił z pyska.- Masz tupet, żeby śledzić mnie od co najmniej dwóch tygodni, a następnie pojawiać się tutaj po tym wszystkim, co zdarzyło się w Carmond – mruknął gniewnym tonem bardziej do siebie, niż do kogoś w pobliżu – w zasięgu wzroku nie było bowiem widać choćby żywego ducha. – Myślałem, że przy naszym ostatnim spotkaniu dałem ci wyraźnie do zrozumienia, że masz trzymać się ode mnie z daleka.Gdzieś ponad głową wilczura rozległo się pogardliwe prychnięcie.- Najwidoczniej zrobiłeś to niezbyt dosadnie… Albo moja ignorancja wzięła wtedy górę – odparł cichy, butny głos, nie zdradzający ani grama przejęcia słowami Corusa. - Niemniej jednak twój pech zdaje się nie mieć końca, bo oto jestem w całej swej okazałości.Coś czarnego nagle zeskoczyło z muru znajdującego się za plecami wilka i zwinnie wylądowało na ziemi naprzeciw ławki. Krótki rzut oka wystarczył by stwierdzić, że Anthren ma do czynienia ze zwykłym, czarnym kotem – dachowcem, który od swoich pobratymców różnił się rozmiarem (był niemal dwa razy większy) oraz niebieskimi oczami, bardzo rzadko spotykanymi zarówno wśród czworonożnych, jak i dwunożnych kotów. Nic nie wskazywało na to, aby kocur ten wyróżniał się czymś szczególnym w stosunku do swoich pobratymców.Nic bardziej mylnego!Corus wetchnął ciężko, nie zaszczycając Noxa swoim spojrzeniem, patrząc gdzieś w głąb uliczki i jakby nigdy nic dalej ćmiąc fajkę. Choć wyglądał na spokojnego, sierść na jego karku zjeżyła się nieco, a drewno cybucha jęknęło, gdy wilcze kły zacisnęły się na nim mocniej niż powinny. Brązowy samiec aż nazbyt dobrze pamiętał wydarzenia, które rozegrały się na ziemiach Carmond prawie piętnaście lat temu. Fakt, że siedział dziś tutaj w jednym kawałku mógł zawdzięczać jedynie swojemu niewypowiedzianemu szczęściu oraz odrobinie umiejętności, których musiał wtedy użyć. Ale to, co tamtego zimowego wieczoru zrobił Nox…- Jeżeli uważasz, że przyszedłem tutaj na przyjacielską pogawędkę albo po to, żeby prosić cię o wybaczenie - jesteś w błędzie – mruknął czarny kot, wskakując jak gdyby nigdy nic na ławkę, która zatrzeszczała niebezpiecznie, wystarczająco już naprężona pod wpływem ciężaru wilka. – Jestem tu jedynie po to, żeby udzielić informacji. To w jaki sposób ją wykorzystasz pozostawiam tobie.- Skąd w ogóle pomysł, że chcę ją usłyszeć? – zapytał wilczur, zerkając z ukosa na czarnego dachowca. – Przez tyle lat doskonale radziłem sobie bez pomocy z zewnątrz, a ty nagle zjawiasz się tutaj i łaskawie chcesz mi pomóc swoją jakże cenną informacją? Nie bądź śmieszny! Nigdy niczego w swoim życiu nie zrobiłeś bezinteresownie, więc dlaczego nagle miałoby się coś zmienić? Jedyne co mogło ulec zmianie to cena, za jaką zamierzasz sprzedać daną wiadomość.Nox zaśmiał się cicho, powoli wymachując zwisającym z ławki ogonem.- Mój przyjacielu! Gdybyś tylko przestał w końcu żyć w swoim bajkowym świecie, przestrzegając wszystkich tych bzdurnych, honorowych reguł, wiedziałbyś doskonale, że obecnie każda, nawet najmniej istotna informacja ma swojego nabywcę – mruknął w odpowiedzi. - Czasami są oni w stanie sprzedać dobytek całego życia, a nawet własną duszę tylko po to, by uzyskać do niej dostęp. Ty zaś… Masz nadzwyczajne szczęście! Uzyskasz ją bowiem zupełnie za darmo w ramach…- Trzy minuty – warknął Corus. Jego oczy i znamię na policzku rozświetlił lekki, niebieski blask, podczas gdy sierść na karku zjeżyła się jeszcze bardziej. – Masz trzy minuty na to, żeby skończyć swoją czczą pogadankę i przejść do konkretów. Jeżeli po tym czasie wciąż będziesz miał do powiedzenia coś ponad to, co chcesz mi tak pilnie przekazać – potraktuję cię jednym z gorszych zaklęć, które mam w zanadrzu. Nawet jeśli cię nie zabiję, to nie mogę zagwarantować, że nie stracisz bezpowrotnie którejś części ciała.Na czarnym kocie wypowiedź wilka zdawała się nie wywrzeć większego wrażenia. Jedynie jego pogardliwy uśmiech zgasł, zastąpiony przez obojętny wyraz pyska.- Widzę, że z wiekiem coraz bardziej brakuje ci cierpliwości. Nie jesteś już tym samym wilkiem co kiedyś, ale cóż zrobić. – Nox ostentacyjnie westchnął głośno. – W każdym bądź razie chciałem ci tylko przekazać, że za cztery dni w południe, podczas targu na głównym placu miasta pojawi się ktoś, kto posiada odpowiedzi na wiele pytań. Potrzebuje on jednak pomocy, żeby je ujawnić. Jeśli ci zależy – musisz dotrzeć do niego nim zrobią to inni i dokończą to, co wcześniej zaczęli. I… To chyba w zasadzie wszystko, co miałem Ci do powiedzenia.Brązowy wilczur milczał przez chwilę z cybuchem zaciśniętym pomiędzy zębami, patrząc w stronę ulicy niewidzącym spojrzeniem, jakby starał się zrozumieć to, co właśnie usłyszał. Dość szybko jednak wyjął fajkę z pyska i odwrócił się w stronę kota.- To chyba najbardziej bezużyteczna wiadomość, jaką kiedykolwiek otrzymałem – rzucił, patrząc na Noxa z niedowierzaniem. – Możesz mi łaskawie wyjaśnić, w jaki sposób ma ona mi w czymkolwiek pomóc? Jakikolwiek, choćby najmniejszy detal…- Powiedziałem ci to, co wiem i to, co powiedzieć mogę – odpowiedział oschle kocur. Zarówno oczy jego jak i Corusa spotkały się na krótką chwilę – dwie pary niebieskich ślepi zwarły się ze sobą po tak długim czasie wzajemnego unikania się.- Czyli jak zawsze w nieoceniony sposób mi pomagasz – warknął Corus, czterokrotnie uderzając ustnikiem fajki o ławkę, a następnie przysunął go bliżej oczu, najwidoczniej sprawdzając czy się nie zatkał. – Wykorzystałeś już swoje trzy minuty, więc zabieraj się stąd, nim potraktuję cię jednym z gorszych zaklęć, jakie dane mi było kiedykolwiek poznać.- Czego się nie robi dla tak oddanych przyjaciół jak ty – odparł z ironią Nox, wstając i trzykrotnie przesuwając pazurami prawej, przedniej łapy po siedzisku ławki. – Och, ależ nie musisz mi o tym przypominać. I tak nie zniósłbym już ani minuty dłużej w twoim towarzystwie.To powiedziawszy zeskoczył na ziemię i przeciągając się uniósł wysoko ogon.- Keyla cię szuka – mruknął, nie odwracając głowy w stronę brązowego Anthrena . – Spotkałem ją ponad pół roku temu, nim udałem się twoim tropem tutaj…„Co wcale nie było proste, patrząc na to jak skrzętnie zacierałeś za sobą wszelkie ślady”, dodał w myślach Nox.- Wspominała coś o tym, że od momentu tego całego… zajścia w Carmond nie miała z tobą żadnego kontaktu i że martwi się o ciebie. Mówiła też, że Alan ma coraz większe problemy z utrzymaniem wszystkiego w jednym kawałku w Calei.Corus przez moment wpatrywał się w grzbiet czarnego kota, zaś żar pochodzący z komina fajki na krótko oświetlił słabym blaskiem jego pysk i oczy gdy wilk zaciągnął się, a następnie wypuścił kłąb białego dymu tytoniowego ze swoich płuc.- Obydwoje są już dorośli i doskonale poradzą sobie z tym, co postawi przed nimi życie bez mojej pomocy. – Wilczur wysypał resztkę niedopalonego tytoniu na ziemię, przydeptał go nogą po czym wstał, przeciągając się i poprawiając swój płaszcz. – Zresztą patrząc na to, jaki jest ich ojciec… Lepiej, żebym pozostał dla nich martwy gdzieś na dnie oceanu.Wsuwając obydwie łapy w kieszenie płaszcza Corus bez choćby słowa pożegnania ruszył w kierunku tawerny, podczas gdy Nox zdołał już zniknąć w jednej z bocznych, wąskich uliczek. Jedynym śladem po ich nocnej rozmowie były wgłębienia pozostawione przez pazury czarnego kocura w ławce, oraz narastający ciężar myśli, które coraz bardziej zalewały głowę idącego Anthrena.A więc kolejna bezsenna noc? Lepiej być nie mogło, pomyślał, westchnąwszy cicho.
Od Autora 2007 vs. Od Autora 2018 - Old vs. New Wersja Oryginalna, 2007:Od Autora Kieruję te słowa do każdego, kto zechce przeczytać trylogię, której pierwszą stronę części pierwszej właśnie otworzył. Każdy czyta inaczej, każdy znajduje coś innego dla siebie. Można to przeczytać słowo w słowo, można też przeczytać metaforycznie. Wszystko zależy od osobowości. Ja potraktowałem to jako swego rodzaju manifest, sposób wyrażenia swojego punktu patrzenia na świat, w którym żyjemy. I coś, co pomogło mi wreszcie uporządkować własne myśli i filozofię. Niech ludzie jednak wiedzą, iż treść owej trylogii zamyka się w mniejszym lub większym stopniu w sytuacji z dnia 20 lutego 2007 r. Tak więc wszelkie nieścisłości czy elementy sporne, które przeminęły, są tu opisane z tamtego punktu widzenia. Czy zechcecie się z nim zgodzić czy też nie, to już zależy od Was. Waszym, bowiem wyborem jest, jak oceniać otoczenie i ludzi: czy tak jak robił to WYKLĘTY, czy jak odradzał, sugerując, by nigdy nie oceniać jego metodami myślenia. Jeśli niektórzy odniosą wrażenie, że epizodyczne wydarzenia mają charakter biograficzny, może to być przypadek, albo też działanie celowe, mające dopomóc w zrozumieniu pewnego przesłania, które jest w powieści zawarte. Wiele może być ocen dla tejże trylogii. Niech jednak czytelnik pamięta, że oceny zależą przede wszystkim od punktu widzenia. A bywa i tak, że niejeden przekupuje krytyka, by dał negatywną ocenę danej osobie, z powodów prywatnych lub z zazdrości. Dlatego od razu zaznaczam, że oceny i recenzje krytyków mam w nosie. Dla mnie liczą się tylko opinie tych, którzy przeczytają Wyklętego choćby dla czystej przyjemności. Tak jak ja miałem dziwną przyjemność, kiedy to pisałem, ku złości kilku osób i mimo osobistych kłopotów na uniwersyteckim Wydziale. Jak to mówią, coś za coś. Jeśli miałem jakieś powody, by to opisać, to zdecydowanie był to lepszy wybór od tak zwanych rękoczynów. Życzę każdemu, kto zdecydował się z własnej nieprzymuszonej woli zagłębić się w ten niby znany każdemu, a jednak dziwny świat, przyjemnej lektury i sprawiedliwej oceny niektórych wymienionych aspektów. Bowiem teraz wszystko zależy od Was, czytelników i czytelniczek. Napisane 27 lutego 2007 roku Jan Wojciech Grzesiek student, Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych, Uniwersytet ŁódzkiRemake, 2018Od Autora W lutym 2007 roku pewien młody człowiek postanowił spróbować swoich sił jako powieściopisarz. To, czego mu brakowało w kwestii warsztatu, miał nadzieję nadrobić swoimi pomysłami i chęcią skłaniania czytelników do myślenia. I był to płodny młodzieniec – w ciągu zaledwie trzech lat powstała pełna epopeja, licząca aż pięć tomów. I choć jego Magnum Opus skłaniało do myślenia w pewnych zagadnieniach, pomysł nie nadawał się do oficjalnej publikacji. Zbyt wiele pomysłów wciśniętych w jedną historię czyniło całość ciężką do lektury. Nie pomagał brak doświadczenia, i fakt, że młodzieniec na siłę próbował uczynić swojego głównego bohatera Alfą i Omegą. Efekt końcowy był przerażający – jeśli ktoś uważał Bellę ze „Zmierzchu” za najgorszą postać pierwszoplanową, jaka kiedykolwiek powstała, powinien poznać tego protagonistę. Dopiero po wielu latach, które nauczyły go pokory, autor ten zrozumiał, jak wielkie popełnił błędy. Wiem coś o tym – Tym młodzieńcem byłem Ja. Taki wtedy byłem. Z głową napakowaną bzdurami, i bez żadnego praktycznego doświadczenia. Nawet dzisiaj wstydzę się pewnych słów, które w tamtym okresie przelałem na papier. A teraz... Cóż, wygląda na to, że powrócę do mojego Magnum Opus i napiszę go jeszcze raz. I mam kilka osób – krewnych i przyjaciół – którzy chcą, żebym spróbował. Nawet jeśli to nie pierwszy raz – To już drugi Remake mojego dzieła, ale pierwszy napisany w ojczystym języku. Nie powiem, że jestem tym specjalnie zachwycony. Od jedenastu lat próbuję z tym tematem skończyć – bez skutku, nie chce opuścić mojej głowy. Co gorsza, pewna animowana, odmóżdżająca strata czasu, Barachło, nad którym wtedy bardzo się pastwiłem, wciąż żyje i ma się dobrze. Mimo, że już dawno powinna trafić tam, gdzie jej miejsce – Na śmietnik historii. A jednak jestem tutaj – I piszę. Po raz kolejny. Dlaczego? Pewnie dlatego, że nie mogę zawieść tych, którzy mnie zachęcili, aby spróbować jeszcze raz. I jestem zbyt uparty, żeby się poddać bez walki. Nie ma już odwrotu – Zobaczymy, czy coś się nauczyłem przez te lata. Jedno na pewno się nie zmieniło – Nie jestem kiepski w pisarzu, ale leżę jeśli chodzi o edytowanie tekstu. Tak więc, Panie i Panowie... Przedstawiam Wam historię Hrabiego Wallenroda i jego Przyjaciół. Historię... Wyklętych.Powodzenia.JG07.07.2018
Tchnienie Polnocnego Wiatru - Rozdzial I
Tchnienie Północnego WiatruAutorstwa ©Reedena LandsheyaRozdział IPozbawiony przeszłościGwałtowny wdech i lodowate powietrze, które wdarło się bezpośrednio do płuc, sprawiając mu ból, były pierwszymi rzeczami które sprawiły, że poczuł w sobie życie.Otwierając szeroko oczy niemal natychmiast z powrotem je zamknął pod wpływem białego, niemal palącego blasku, jaki zewsząd go otaczał. Skąd pochodziło to rażące światło? Nigdy z niczym podobnym dotąd się nie spotkał, ale... Musiał wiedzieć, co to jest. Powoli i wyjątkowo ostrożnie rozchylając powieki raz za razem, zaczął przyzwyczajać oczy do tej niezwykłej bieli.Gdy w końcu ślepia, których pionowe źrenice były mocno zwężone przez ilość światła, w końcu przywykły do otoczenia, udało mu się stwierdzić dwa oczywiste fakty – po pierwsze, że leży plecami na czymś miękkim i zimnym, a po drugie, że patrzy wprost na błękitne, bezchmurne niebo. Tylko... Dlaczego leżał? I dlaczego akurat tutaj?Obracając powoli głową to w lewo, to w prawo skrzywił się, czując jak jego kark przeszywa ból – jego ciało było jakieś dziwnie sztywne i obolałe. Ponadto nie ulegało wątpliwości, że było mu zimno, ale w tym przypadku zrozumienie przyczyny pojawiło się błyskawicznie – wszystko bowiem wskazywało na to, że leżał częściowo zapadnięty w śniegu. Obecność tego białego, zimnego puchu wyjaśniała również szok, jaki przeżyły jego oczy.No dobrze... Ale gdzie tak właściwie obecnie się znajdował? I dlaczego wszystko tak bardzo go bolało? Czuł jak każdy mięsień, którym chciał poruszyć, głośno woła o litość. Z trudem podsunął łokcie w górę tułowia, próbując odepchnął się od ziemi i dźwignąć cało do pozycji siedzącej, ale przeszywający ból pleców udaremnił mu tą próbę. Opadając z powrotem na śnieg i patrząc ku błękitowi ponad nim, odetchnął kilka razy głęboko, wypełniając płuca zimnym, ale pobudzającym powietrzem. Przecież nie mógł tak tu leżeć w nieskończoność... Musiał wstać!Wbijając zakończone miękkimi opuszkami palce w śnieg i zaciskając mocno zęby, by chociaż częściowo skupić się na czymś innym niż ból, powoli odwrócił się na bok, a następnie upadł pyskiem w śnieg. Zadowolony ze swojego niewielkiego sukcesu, poszukał przednimi łapami pewnego oparcia pod świeżą warstwą puchu, a następnie z trudem dźwignął swoje obolałe ciało do pozycji siedzącej. Niewielka ilość śniegu opadła z jego torsu i ramion, świadcząc o tym, że musiał on spaść stosunkowo niedawno… Oraz o tym, że leżał tu nieruchomo od dłuższej chwili, w dodatku całkowicie nagi, co zdołał dopiero teraz stwierdzić, rzucając krótkie spojrzenie na swoje ciało. Co więcej zauważył ze zdziwieniem, że jego brązowe futro w kilku miejscach jest osmalone, jakby miało w jakiś sposób styczność z ogniem, a na prawym biodrze było ono ubrudzone ciemną, zaschniętą krwią. Gdy jednak sięgnął w tamtym kierunku łapą, nie wyczuł pod palcami żadnej rany, a jedynie delikatną bruzdę.Rozglądając się wokół nie widział nic poza rozległą, gładką, śnieżną równiną, pozbawioną choćby pojedynczych drzew czy też niewielkich wzniesień. Jedynie w pewnym oddaleniu dało się zauważyć ciemną linię drzew oraz zarys odległych, górskich szczytów, ale były one dziwnie rozmazane i nieostre, zresztą jak wszystko w oddaleniu, na czym próbował skupić wzrok. Nigdzie nie dało się dostrzec choćby śladu żywej istoty – na śniegu brakowało jakichkolwiek śladów, a wokół panowała idealna cisza, której nie zmącił świergot choćby jednego, przelatującego ptaka. To wszystko wprowadziło go w jeszcze większą konsternację, a do ogólnego bólu wyziębionego ciała zaczęła dochodzić przeciążona napływem informacji głowa. Jasna cholera, przecież tak po prostu nie spadł tutaj z nieba, lądując na wznak w śniegu, w dodatku pozbawiony jakichkolwiek ubrań.Westchnąwszy ciężko potarł skronie palcami. Jego sytuacja nie wyglądała za dobrze – był obolały, zziębnięty (fakt, że nie zamarzł najwidoczniej zawdzięczał swojemu futru), wszystko wskazywało na to, że najbliższe ślady żywych (i rozumnych) istot znajdowały się w nieznanej mu odległości, a w dodatku słońce zaczynało chylić się ku zachodowi. Jakby tego było mało, jego żołądek zaczynał zgłaszać głośny sprzeciw wobec dłuższego braku pożywienia.Ponieważ nie pozostało mu nic innego, powoli dźwignął się z ziemi do wyprostowanej pozycji, przez chwilę czując się dość niepewnie na dwóch nogach. Nie była to jednak do końca kwestia zmęczenia – coś wewnątrz jego głowy podpowiadało mu, że zdecydowanie lepiej czułby się na wszystkich czterech łapach, zyskując na szybkości i mobilności. Szybko jednak odrzucił od siebie tą myśl – przecież nie był dzikim, bezrozumnym zwierzęciem.Ale czy na pewno? Kim, albo czym tak właściwie był i dlaczego wyglądał tak, a nie inaczej? Z jakiegoś powodu nie mógł obecnie sobie nawet przypomnieć, jak wygląda. Obecnie wiedział tylko tyle, ile były w stanie dostrzec jego oczy. Ach, ile by dał obecnie za to, żeby mieć lustro...Dokładając kwestię swojego wyglądu do narastającej listy pytań, zamiótł z poirytowaniem kilka razy końcówką swojego długiego ogona śnieg, a następnie wykonał kilka kroków naprzód, po czym kilkukrotnie przeskoczył z nogi na nogę, przykucnął i wyskoczył w powietrze, sprawdzając swoją równowagę i ogólny stan kondycji. Gdy tylko uznał, że nie powinien mieć większych problemów, ruszył w kierunku widocznego na horyzoncie lasu. Z początku wolno i nad wyraz ostrożnie, z każdym kolejnym metrem zaczynał przyspieszać, czując jak jego mięśnie odzyskują zdolność do poruszania ciałem. Płuca, które początkowo boleśnie przyjmowały nawet niewielkie porcje zimnego powietrza, ostatecznie się do niego przyzwyczaiły, pozwalając na wzięcie głębokich wdechów. Z początku powolny spacer przeszedł w marsz, z każdą kolejną minutą przybierający na długości krok i prędkości, aż ostatecznie zmienił się w lekki trucht. Uśmiechnął się pod nosem, czując jak w całe jego ciało wtacza się powoli pewnego rodzaju ekscytacja która sprawiała, że mógł na chwilę zapomnieć o chłodzie, bólu i głodzie. Jeśli tylko utrzyma takie tempo, z pewnością dotrze do lasu w mgnieniu oka i znajdzie tam pożywienie, być może jakiś ciepły kąt i kogoś, kto będzie w stanie wytłumaczyć mu parę rzeczy. Bo przecież nadal potrzebował odpowiedzi na wszystkie te pytania, kłębiące się w jego głowie.Dosyć szybko okazało się jednak, że wszystko to było dość odległą perspektywą. Po niecałych piętnastu kilometrach, które nie przybliżyły go choćby w jednej trzeciej do obranego celu, poczuł jak jego ciało słabnie z każdym kolejnym, coraz krótszym krokiem. Oddech spłycił się i przyspieszył, zaś ból mięśni, wcześniej ledwo odczuwalny, wrócił ze zdwojoną siłą. Narastający głód tylko pogarszał sprawę, przyprawiając go o nieprzyjemny, bolesny ucisk w okolicach żołądka. Zatrzymując się, opadł na jedno kolano, wbijając drżące łapy w śnieg i starając się uspokoić kompletnie rozstrojone ciało. Wygląda na to, że moja obecna kondycja pozostawia wiele do życzenia, pomyślał z ironicznym uśmiechem, powoli normując swój oddech. Czy od zawsze był pozbawiony wytrzymałości, czy też miały na to wpływ obecne zmęczenie i głód? Skoro nie znał swoich limitów, nie był w stanie określić, jak dużą odległość jest w stanie pokonać w ciągu jednego dnia. A to oznaczało, że utrzymując obecne tempo mógł wcześniej paść z głodu i wycieńczenia, niż w ogóle dotrzeć do linii lasu.Zaciskając łapy w pięści, uderzył głową o śnieżną skorupę pod sobą, pragnąc odsunąć od siebie jakiekolwiek myśli o porażce. Nie mógł się poddać! Nie teraz, gdy zaledwie odrobina wysiłku fizycznego dzieliła go od odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania, oraz od pożywienia, które niemal na pewno znajdowało się pomiędzy wysoko rosnącymi drzewami. Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić pod względem logiki, nie miał jakiejkolwiek gwarancji na to, że znajdzie tam kogokolwiek, kto będzie umiał odpowiedzieć mu na choćby jedno z jego pytań, oraz że trafi na jakąkolwiek zwierzynę… Nie wspominając już o tym, że nie miał bladego pojęcia, jak ją upoluje.Tylko czy w jego obecnej sytuacji było w ogóle miejsce na logiczne myślenie? Mógł obecnie po prostu usiąść na śniegu, popłakać rzewne nad swoim losem i cierpliwie czekać, aż dopadnie go śmierć… Albo mógł też umrzeć, przynajmniej próbując walczyć z tym, co obecnie z każdą chwilą zdawało się coraz bardziej nieuniknione.Biorąc głęboki, już nieco spokojniejszy wdech, podniósł się ze śniegu, skupiając spojrzenie na rysującej się przed nim, ciemniejącej linii wysokich drzew, po czym ponownie ruszył truchtem a ich kierunku, mając w głowie tylko jedną myśl – dotrzeć na miejsce, nim zapadnie zmrok.***Spowite czernią niebo mieniło się już setkami gwiazd, a sierpowaty księżyc nieśmiało spoglądał na ziemię, gdy oparł się o pień najbliższego drzewa, a następnie zsunął się powoli po chropowatej korze w dół, upadając na kolana. Jego oddech był krótki i chrapliwy, z trudem udawało mu się utrzymywać w miejscu częściowo uniesione powieki. Wbijając pazury głęboko w pień, by uchronić się przed upadkiem na pysk w śnieg, lekko uderzył czołem o pień wysokiego, pozbawionego liści buka, walcząc z ogarniającą go sennością. Z trudem przywołując na pysk słaby uśmiech, zaśmiał się cicho pod nosem. A więc jednak udało mu się dotrzeć na miejsce!Biorąc kilka głębokich wdechów, by otrzeźwić zamroczony umysł, z niemałym trudem wyciągnął pazury z drewna, po czym ponownie wczepiając je już płycej w twardą korę wyprostował się, starając uspokoić drżące nogi. Zagryzając zęby i zagłuszając coraz bardziej przeszywający ból pustego żołądka, zaczął powoli zagłębiać się w las. Jego zmysły, przytępione zmęczeniem, nieco przybrały na sile pod wpływem nowego, nieznanego mu otoczenia, a szczególnie węch, który dotąd stłumiony jednolitością śnieżnej pustki, zaczął wyłapywać coraz to nowe zapachy. Choć wielu z nich nie był w stanie zidentyfikować, to jednak podświadomie wiedział, że żaden nie należy do pożywienia, bądź też żyjącej istoty, która mogłaby je zapewnić.Krajobraz leśnej głuszy, ukryty pod płachtą nocy był cichy i wręcz nieprzyjemnie monotonny. Miękka ściółka, w wielu miejscach jedynie częściowo zakryta śniegiem utrudniała marsz, zapadając się pod jego ciężarem. Nigdzie też nie było choćby śladu ścieżki, która mogłaby dokądkolwiek prowadzić – drzewa co pewien czas przerzedzały się tylko po to, by po kilkunastu minutach zacząć tworzyć tak ciasną gęstwinę, że musiał zbaczać z obranego przez siebie kierunku.Kolejne metry, które przebywał z umysłem zamroczonym zmęczeniem i głodem, były drogą przez mękę, pozbawioną wyraźnego końca. Kilka razy potknął się, upadając i dodatkowo obijając sobie i tak już obolałe ciało, za każdym razem z coraz większym trudem dźwigając się do pozycji na wpół wyprostowanej. Entuzjazm, który poczuł w sobie gdy tylko osiągnął linię lasu, wyparował bez śladu, pozostawiając jedynie desperackie pragnienie odpoczynku - nie ważne już gdzie i w jaki sposób - oraz ściskający ból żołądka.I wtedy, gdy ostatkiem sił wlókł swoje wycieńczone ciało naprzód, nie do końca wiedząc nawet dokąd idzie, jego noga natrafiła na pustkę. Nim zdołał w jakikolwiek sposób zareagować, już staczał się w dół po stromej ścianie kotliny, nie mając nad swoim ciałem żadnej kontroli, obijając się o zmarznięty grunt i wystające korzenie. Uderzając żebrami po lewej stronie o kamień, poczuł przeszywający ból świadczący o tym, że zapewne któraś z jego kości nie wytrzymała tego zdarzenia. Niewiele ponad sekundę później poddało się prawe przedramię, łamiąc się z głuchym chrupnięciem o gruby, wystający korzeń jednego z drzew.Kiedy w końcu zatrzymał się na dnie stromego wąwozu, upadając z impetem pyskiem w śnieg, znieruchomiał, bojąc się oddychać. Ból, który promieniował od złamanych kości i obitych mięśni był na tyle silny, że samiec nie potrafił opanować chaosu i rozbicia, które wypełniały jego organizm i umysł. Pobawiony trzeźwego myślenia, niemal podświadomie zwinął się w kłębek niczym dzikie, zranione zwierzę na tyle, na ile pozwalało mu na to obolałe ciało, drżąc. Jedyne, o czym był teraz w stanie myśleć to rozpaczliwa ucieczka od bólu i potrzeba odczucia choćby odrobiny ciepła w tej mroźnej, leśnej głuszy.Nim jego świadomość osunęła się w nicość, zdołał jeszcze przez przymknięte oczy dostrzec jakiś słaby, migoczący blask, który w niewyjaśniony sposób nagle pojawił się koło niego. Ciepłe światło zdawało się rozlewać po jego ciele, częściowo łagodząc ból i wypierając ogarniające go zimno.A więc to nazywają magią, pomyślał… Po czym stracił przytomność.***Szedł szybko ścieżką prowadzącą pośród drzew, które poruszały się niespokojnie pod wpływem gwałtownego wiatru, szarpiącego jego długim płaszczem. Gęste kłęby ciemnego dymu gryzły go w oczy, wypełniając nos zapachem spalonego drewna i trawy. Ptactwo i zwierzyna mijały go co chwilę, uciekając w popłochu. Jego oddech był nierówny, cały był roztrzęsiony, ciężko było mu zebrać myśli. Jego umysł wypełniały złe przeczucia. Dlaczego jeszcze nie minął nikogo ze swojego gatunku? Dlaczego nikt nie krzyczał? Cokolwiek znajdowało się przed nim, będzie to miało wpływ nie tylko na niego, ale być może również na wiele innych żyć wokół. Nie wiedział, czego może się spodziewać, ale musiał się z tym zmierzyć.Kiedy w końcu wypadł spomiędzy drzew, jego oczom ukazał się przerażający widok. Duża polana, na której niegdyś stały zabudowania, pomiędzy którymi rosły stare, omszałe dęby i buki została spalona niemal do szczętu. Częściowo zwęglone pnie płonęły wciąż niczym pochodnie, natomiast budynki z nimi sąsiadujące zdążyły się już zapaść pod własnym ciężarem. Wyrywając się z niewidzialnych szponów zaskoczenia, które początkowo unieruchomiły jego ciało, ruszył biegiem pomiędzy zgliszczami. Rozglądając się na boki, dość szybko odkrył powód, dla którego nie było słychać krzyków mieszkańców – ich poczerniałe, spalone ciała leżały wszędzie tam, gdzie nagle zastała ich śmierć. Wielu z nich zdołał poznać osobiście, gdy odwiedzał to miejsce kilka razy w roku, a oni przychodzili do niego ze swoimi problemami. Przez jego plecy przebiegł nieprzyjemny dreszcz, a w jego głowie przerażenie toczyło walkę z narastającym gniewem. Ktokolwiek dopuścił się tak bezlitosnego czynu, musiał ponieść konsekwencję swoich działań.Gdy tylko udało mu się przedrzeć przez kłęby gryzącego dymu do centrum wioski, zatrzymał się gwałtownie. Pośrodku pogorzeliska i ruin znajdował się głęboki krater, od którego wciąż biło palące ciepło, wysuszające oczy i boleśnie parzące w pysk. Tego typu lej mógł powstać tylko z dwóch powodów – uderzenia meteorytu, bądź też niekontrolowanej, magicznej eksplozji. To drugie obecnie było dla niego bardziej prawdopodobne – wciąż wyczuwał wokół zanikające z każdą minutą ślady potężnego…Nagle coś poruszyło się pośrodku leja. Nie, to przecież niemożliwe, żeby ktoś tam był, przecież niemal natychmiast by spłonął, pomyślał. Osłaniając ramieniem oczy i nos, przybliżył się powoli, by móc się lepiej przyjrzeć… Po czym poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości.Ktoś tam był.Niewyraźna sylwetka wyprostowała się powoli z pozycji na wpół klęczącej, podnosząc coś z wypalonej ziemi… A następnie odwróciła głowę w jego stronę, przeszywając go spojrzeniem szmaragdowo-zielonych ślepi.***Otwierając szeroko oczy krzyknął głośno z przerażenia, nagle uświadamiając sobie że leży na plecach. Chciał się jak najszybciej podnieść, ale jedyne co osiągnął to ból, przeszywający całe ciało. Co tak właściwie się stało? I jak się tu znalazł? A przede wszystkim – gdzie obecnie się znajdował?Obracając w miarę możliwości obolałą głową stwierdził, że znajduje się we wnętrzu niewielkiego, prowizorycznego namiotu, leży na posłaniu ze skóry i jest nakryty czymś, co wyglądało na zwierzęce futro. Ponownie chciał wstać, ale mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa, nie wspominając o ostrym bólu, promieniującym z jego żeber i lewej nogi. Wyczuwał też dziwną sztywność i lekki ucisk wzdłuż łydki i kolana. Spróbował poruszyć nogą, ale okazało się, że coś nie pozwala mu jej zgiąć. Doprawdy dziwne…Nagle materiał przy wejściu do namiotu zaszeleścił, uniósł się i do środka wszedł… Anthren, bo właśnie taka nazwa dla tego stworzenia była obecnie najbardziej właściwa, wręcz oczywista. Skąd ją znał? Nie miał bladego pojęcia, ale bardziej zastanawiało go, czy on sam wygląda podobnie… Czy jest Anthrenem.Tymczasem ktoś, kto zapewne musiał być właścicielem namiotu, odłożył przy wejściu trzymane w łapie trzy martwe króliki, a następnie zsunął kaptur ciepłego płaszcza, wykonanego z białego, gęstego futra. Oczom poturbowanego ukazała się głowa kota – śnieżnobiałego leoparda (sam nie wiedział skąd, ale wszystkie te nazwy i skojarzenia nagle wracały do jego głowy w postaci niewielkich przebłysków) o brązowych cętkach, turkusowych oczach i długiej grzywie, z pyskiem naznaczonym niewielką blizną w okolicy nosa. Spojrzenie owego kota niemal od razu przeniosło się na niego. Nie był tego do końca pewien, ale w tych ślepiach dało się dostrzec troskę.- No proszę, śpiący królewicz w końcu otworzył oczy. Zaczynałam się już martwić, że w ogóle się nie obudzisz. - Anthren odezwał się do niego ciepłym, spokojnym głosem, obdarzając go ciepłym uśmiechem i uświadamiając mu, że ma do czynienia z samicą. - Leżałeś tak w śnie nieruchomo od niemal tygodnia… Choć może z drugiej strony nie powinnam się dziwić, patrząc na to, w jakim stanie cię znalazłam.Zdejmując z siebie ciężki płaszcz i odkładając go obok jego posłania, Anthrenka nagle ukazała się jego oczom w pełnej swej okazałości, zupełnie naga. Jej ciało, bardzo ładne w swych proporcjach jak zauważył, było uzupełnione odrobiną wypracowanych mięśni, co wskazywało na to, że samica zapewne radziła sobie bez czyjejkolwiek pomocy z większością problemów. Futro i długi ogon były zadbane, choć nie do przesady.Podchodząc do niego, przyklęknęła przy jego posłaniu i przysunęła mu do pyska stojącą przy posłaniu manierkę. Pierwszy łyk orzeźwiającej, czystej wody zepchnął niepokój i strach na drugi plan, nagle wysuwając na pierwszy plan gwałtowne pragnienie. Pociągając łapczywie kilka razy życiodajny płyn zakrztusił się, co wywołało u Anthrenki lekkie rozbawienie.- Spokojnie! – mruknęła z uśmiechem, czekając aż samiec przestanie parskać. – Chyba nie zamierzasz zaraz wstać i wyjść z namiotu?Nie wiedząc do końca jak powinien zareagować na jej słowa, ponownie przysunął pysk do szyjki manierki, już o wiele spokojniej pijąc kolejne łyki wody, nieustannie wpatrując się w panterę.- Kim jesteś? – zapytał, gdy tylko zaspokoił pragnienie, z powrotem układając głowę na skórach, krzywiąc się przy tym nieco z ból, lecz nie spuszczając białego kota z oczu. – Co się ze mną stało? Gdzie ja jestem?- Ledwo się obudziłeś, a już tyle pytań! - Samica zaśmiała się cicho, odłożyła manierkę, a następnie zsunęła z niego wierzchnie nakrycie i zaczęła uważnie przyglądać się jego ciału. Jak się okazało, on również był kompletnie nagi (co, chcąc nie chcąc, wywołało w jego umyśle lekki dyskomfort, na który nie był nic w stanie obecnie poradzić, będąc unieruchomionym), zaś jego tułów, nogi i ramiona były w kilku miejscach owinięte bandażem. Dodatkowo lewa noga była usztywniona dwoma kawałkami drewna, co tłumaczyło fakt, że nie mógł nią poruszać.– Hmmmm, no więc po kolei – mruknęła, przesuwając palcami po opatrunkach. Dotyk, jej palców był delikatny, ale mimo to samiec kilkukrotnie skrzywił się z bólu. - Na imię mam Melyssia i należę do grupy wędrownych łowców. W tym roku polujemy w lasach i równinach Verry…- Verra? - zapytał zaintrygowany.- Tak. To kraj, w którym obecnie się znajdujemy – odrywając oczy od bandaży, spojrzała na niego z zaskoczeniem. - Musisz chyba pochodzić z daleka, skoro o tym nie wiesz.Zamierzał otworzyć pysk, żeby coś odpowiedzieć, ale zamiast tego zamilkł, spuszczając głowę i z zakłopotaniem przyglądając się własnym łapom. Ich budowa była bardzo zbliżona do tych, które posiadała Melyssia.- Jak się tu znalazłem? Ja… Nie do końca pamiętam, co się wydarzyło. Widać musiałem uderzyć się w głowę – mruknął cicho, ponownie przenosząc spojrzenie na samicę i uśmiechając się z zakłopotaniem. „Tak naprawdę to nic nie pamiętam… Od początku”, dodał w myślach. Nie chciał wyjść w oczach Anthrenki na jakiegoś dziwaka, szwendającego się po lesie bez celu.- Przyciągnęłam cię tutaj wraz z moja przyjaciółką na noszach, które udało mi się wykonać z gałęzi i kawałka materiału – odpowiedziała, przysuwając się bliżej i uważnie oglądając jego opatrunek na głowie. Gdy znalazła się tak blisko, mógł poczuć zapach jej futra – naturalny, a jednocześnie delikatny, przyjemnie łaskoczący w nozdrza. Starając się nie skupiać zbytnio wzroku na jej piersiach, spojrzał gdzieś w bok namiotu, jeszcze bardziej zakłopotany. - Nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego znalazłeś się w tamtym wąwozie, choć pewnym jest, że musiałeś spaść w dół, lub stoczyć się po jego zboczu. Miałeś szczęście, że akurat tego dnia przechodziłam tamtędy wraz z moją grupą – przenosiliśmy się wtedy z obozem z jednej części lasu do drugiej. Chyba tylko Opatrzność sprawiła, że wybraliśmy drogę przez wąwóz. Gdybyś został tam choćby kilka godzin dłużej, w najlepszym przypadku nabawiłbyś się poważnych odmrożeń na całym ciele.Samiec wzdrygnął się mimowolnie, gdy po jego ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nagle pomyślał o koszmarze z którego się wybudził i o nieprzyjemnych, zielonych oczach.- Gdzie jest reszta twoich towarzyszy, z którymi wędrowałaś? - zapytał, chcąc zająć swoje myśli czymś innym. - Czy oni też rozbili tutaj obóz?Melyssia pokiwała przecząco łbem.- Nie mogli sobie pozwolić na zbyt duże opóźnienie w podróży, więc postanowili ruszyć dalej - odparła, odsuwając się od samca. Na jej pysku nagle odmalował się smutek. - Powiedzieli, że zaczekają na mnie już na miejscu. Oni… Uznali, że nie warto poświęcać uwagi komuś, kto już dogorywa i tylko mógłby ich spowolnić, lub co gorsza, uszczuplić ich zapasy żywności, wody i ziół.Mrucząc pod nosem coś na temat pozbawionych uczuć osłów, Anthrenka przysunęła do siebie moździerz, a następnie sięgnęła do niewielkiego skórzanego woreczka po garść zasuszonych liści i korzeni, które zaczęła rozcierać. Namiot wypełnił się orzeźwiającym zapachem nieznanych samcowi ziół.- Przykro mi, że przeze mnie musiałaś zostać w tyle – powiedział cicho, spoglądając na Melyssię z nieukrywanym zmartwieniem. - Skoro byłem tak długo nieprzytomny, musiałem być dla ciebie niczym kula u nogi. Gdyby nie ja…Samica uderzyła tłuczkiem w denko naczynia z impetem, przerywając mu.- Nigdy nie zostawiłabym na śmierć kogokolwiek, nieważne kim by był, raz jak bardzo byłby ranny – mruknęła, rzucając mu gniewne spojrzenie. - Nikt nie zasługuje na śmierć w samotności.Zmieszał się, spoglądając gdzieś w bok, starając się uniknąć jej przeszywającego spojrzenia. Zawdzięczał jej życie, ale obecnie nie mógł w żaden sposób się odwdzięczyć. Co gorsze - był dla niej obecnie dodatkowym obciążeniem, przez które mogła mieć problemy.- No ale, ja tu opowiadam cały czas o sobie, natomiast ty nic nie wspominasz o swojej osobie. - Kończąc rozcieranie ziół, Melyssia wyciągnęła ze swojej torby niewielki flakonik, z którego dodała kilka kropel oleistej substancji do miski, a następnie całość zaczęła dokładnie mieszać przy pomocy drewnianej łyżki. - Skoro już ocaliłam ci życie, wypadało by chyba opowiedzieć co nieco o sobie, nie uważasz? - Spojrzała na niego z nieukrywanym zaciekawieniem.Jemu zaś nagle zaczęło robić się gorąco. Uśmiechając się lekko, gorączkowo zaczął myśleć o tym, co powinien odpowiedzieć. Nie mógł jej opowiedzieć o sobie czegokolwiek, bo nic nie pamiętał. Nie miał najmniejszego pojęcia, dlaczego akurat znalazł się w danym miejscu i czasie, oraz co go tu skierowało. Jak jednak będzie wyglądał w jej oczach, gdy przyzna się do tego otwarcie? A może powinien zmyślić jakąś historię i grać według niej dopóki bieżąca sytuacja wyjaśni się choć odrobinę? Choć Athrenka sprawiała wrażenie miłej i przyjaznej, to nie był do końca przekonany, czy powinien jej zaufać. Ale czy mógł sobie pozwolić na takie wątpliwości, gdy leżał unieruchomiony w jej namiocie, zdany jedynie na jej łaskę?- Proszę – przysuwając się do niego ponownie, samica podsunęła mu do pyska łyżkę z nałożoną porcją roztartych ziół, uśmiechając się przy tym uprzejmie. - Musisz zjeść je powoli, dokładnie przeżuwając. Przyspieszą gojenie się wewnętrznych ran i złagodzą nieco ból.Posłusznie biorąc do pyska gęstą, ziołową mieszankę skrzywił się pod wpływem jej gorzkiego smaku i nieprzyjemnego pieczenia, które pozostawiała na języku i gardle.- Ja… - zaczął cicho, gdy tylko przełknął, a Melyssia już przystawiła mu do pyska kolejną łyżkę. Tak bardzo chciał powiedzieć jej to wszystko, co się w nim kotłowało, narastając do chwili gdy obudził się w tym namiocie. Byli tutaj tylko on i ona – nie mógł obecnie zaufać nikomu innemu. - Ja nic nie pamiętam – wydusił z siebie z trudem, zamykając oczy i nerwowo zaciskając palce łap na swoim posłaniu. - Nie wiem dlaczego się tu znalazłem. Nie wiem skąd przyszedłem, co robiłem wcześniej, kim byłem w przeszłości, jaki byłem… Nie wiem… - głos mu się załamał. - Nie wiem nawet jak się nazywam, ani jak wyglądam.Anthrenka zamrugała lekko z zaskoczeniem, z łyżką wciąż przyłożoną do jego pyska. Po chwili jednak westchnęła cicho i odkładając na bok miseczkę i łyżkę, pochyliła się nad nim i delikatnie obejmując jego barki łapami, przytuliła się swoim nagim ciałem do niego, czym był kompletnie zaskoczony,- Wszystko będzie dobrze, spokojnie – wyszeptała. W jej bliskości i cieple było coś kojącego – coś, co sprawiło, że potok myśli zwolnił, a niepewność i napięcie częściowo ustąpiły. Gdyby tylko był w stanie unieść nieco wyżej ramiona, z pewnością teraz by ją objął, pragnąc by nigdy go już nie puściła ze swoich objęć.Tymczasem samica po chwili wycofała się z widocznym zakłopotaniem.- Szczerze mówiąc, kompletnie nie spodziewałam się takiej odpowiedzi – mruknęła, nerwowo przeczesując grzywę na karku palcami. - Niestety niewiele mogę ci pomóc, jeśli chodzi o pamięć. Pierwszy raz spotkam się z kimś, kto stracił ją niemal całkowicie… - spojrzenie jej turkusowych oczu było pełne współczucia. - Znam jednak kogoś, kto zajmuje się takimi sprawami w Cavor, stolicy sąsiedniego kraju. Być może on będzie w stanie ci jakoś pomóc.- Dziękuję – rzucił, obdarzając Melyssię niewielkim uśmiechem. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak dużo znaczy dla mnie fakt, że w ogóle mi pomagasz.- Nie gadaj głupot, to nic takiego – odparła, machając przy tym łapą i śmiejąc się cicho, już nieco luźniej. Pochylając się nad nim ponownie podała mu zioła, które wziął do pyska, krzywiąc się nieco mniej niż na początku. - Jeśli chodzi o to, jak wyglądasz, najlepsze byłoby lustro... Ale chyba mogę mniej więcej opisać twój wygląd, jeśli pomoże ci to w jakikolwiek sposób.- Przynajmniej będę świadom swojego wyglądu. - Przełykając lekarstwo, zaśmiał się cicho. - Reszta będzie musiała zaczekać do momentu, aż będę w stanie sam stanąć na nogi.Anthrenka przytaknęła skinięciem łba, podała mu ostatnią porcję lekarstwa, po czym odstawiła miseczkę na bok i odchrząknęła głośno.- Cóż… Nie ulega wątpliwości, że podobnie jak ja jesteś Anthrenem…A jednak!, pomyślał, westchnąwszy cicho. Odczuł dziwną ulgę gdzieś w okolicy żołądka.- … samcem, nie starszym niż 30 lat. – Melyssia kontynuowałam, z uwagą przyglądając się całemu ciału swojego „pacjenta”. - Wszystko wskazuje na to, że jesteś pumą z lekką domieszką pantery śnieżnej, patrząc na twój długi ogon i cętki na sierści. Twoją budowę ciała oceniłabym jako… Dobrą, nieco lepszą od przeciętnego Anthrena.Mógłby przysiąc, że jej spojrzenie nieco dłużej zatrzymało się na jego brzuchu i poniżej niego, po czym błyskawicznie wróciło do wysokości jego oczu.- Twoja sierść w większości jest koloru jasnego brązu i kremu. Cętki, które widziałam wcześniej na twoich plecach i nasadzie ogona są ciemnobrązowe. Podobnej barwy jest też bujna grzywa, dość niespotykana u samców twojej rasy. Brakuje ci jakichkolwiek znaków szczególnych w postaci blizn, znamion. Jedynie twoje oczy – jej przenikliwe spojrzenie zatrzymało się nieco dłużej na jego pysku i ślepiach - Ich kolor określiłabym jako pomarańczowy, co jest niezwykle rzadkie. Jak dotąd spotkałam zaledwie trójkę Anthrenów, których oczy były podobne do twoich.Melyssia jeszcze przez chwilę przyglądała mu się, po czym pokiwała łbem.- A więc właśnie tak wyglądasz. Wybacz niezbyt powalający i dokładny opis, ale nie mam zbytnio wprawy w wypowiadaniu się na temat innych…Nagle łapa pumy spoczęła na jej palcach, znajdujących się przy posłaniu samca. Zaskoczona, spojrzała na niego, po czym struchlała. Leżał bowiem z zamkniętymi oczami, po jego policzkach spływały łzy… A mimo to uśmiechał się ciepło, delikatnie zaciskając swoją łapę na jej.- Dziękuje – wyszeptał cicho.
Opowiadania obcojezyczne
Rekodzielo

Mature Content

((Custom doll)) Honey Swamp's new face by Franken-Fish

Mature Content

((HanaViolet custom doll))Bed of grass and clovers by Franken-Fish

Mature Content

((Hana Violet custom doll))Flower power by Franken-Fish

Mature Content

((Hana Violet custom doll))Resing by a willow tree by Franken-Fish
inne
COMMISSIONS OPEN by NeytiriNanami
Foto - Ludzie
Comfortably numb II by anylife
Foto - Rosliny
Summer juice by HowlingNunnally
Foto - Makro
Yellow by Inteaselive
Foto - Zwierzeta
Dissappearing into the foilage by Franken-Fish
Foto - czern i biel
at the lake by madre-superiora
Foto - Inne
Planetarium Wolfsburg (HDR) by skywalkerdesign
Foto - Architektura
Warsaw by madre-superiora
Komiksy
Lady Urako by KirieSempai

Deviants

Affiliates

:iconall-the-slavs::iconpairngspl::iconpolskie-arty:
Yo, ta grupa średnio żyje (właściwie to nie żyje), ale mam tu dla was ogłoszenie od :iconladyfromeast: o devmeecie na Falkonie. W sobotę o 11:30 przy głównym wejściu.

Więcej informacji na wydarzeniu na fb

:thumb712130001:
More Journal Entries

Admins

Founder


:iconp-line:

Co-Founders


:iconkamisa-chan::iconume-kyoyama::iconthenessiak:

Comments


Add a Comment:
 
:iconanaspieinpoland:
AnAspieInPoland Featured By Owner Feb 13, 2018  Hobbyist Traditional Artist

Miłe Panie i Panowie,

Z okazji tegorocznego Miesiąca Autyzmu, w dniu 7.IV. 2018 r odbędzie się w Warszawie Konferencja „Nic o Nas bez Nas. Dom, Szkoła, Praca”. Podczas Konferencji osoby, u których zdiagnozowano Autyzm lub Zespół Aspergera, opowiedzą gościom o swoich doświadczeniach i przeżyciach w trzech sferach swojego życia.

Jako jeden z prelegentów, który opowie o kwestii pracy, zapraszam wszystkich chętnych do zapisania się na Konferencję i uczestniczenia w tym wydarzeniu.

Zapisy i Program Konfenrecji znajdziecie Państwo pod tym linkiem: www.kokonovo.org.pl/konferencj…

Serdecznie zapraszam w imieniu organizatora jako prelegent.

 

JG

Reply
:iconzgredos87:
Zgredos87 Featured By Owner Dec 25, 2017  Hobbyist Traditional Artist
Reply
:iconschizosvenia:
schizosvenia Featured By Owner Jan 12, 2017
Martwa grupa? żadne prace nie są już akceptowane.
Dajcie znać, gdy ożyje.
Reply
:icondawidzdobylak:
DawidZdobylak Featured By Owner Apr 15, 2017  Professional Traditional Artist
chyba jeszcze żadna martwa grupa nie ożyła ;(
Reply
:iconschizosvenia:
schizosvenia Featured By Owner Apr 15, 2017
fakt ): 
ale można liczyć na cuda!
Reply
:iconharrymutant:
HarryMutant Featured By Owner Mar 23, 2016  Hobbyist Artist
Proszę ocenić moje "dzieła". Może się nadadzą. Próbuję coś tworzyć ale często ręka nie chce współdziałać.
Reply
:iconannex93:
Annex93 Featured By Owner Nov 12, 2015  Student Traditional Artist
Cześć wszystkim! Dzięki za przyjęcie ;)
Reply
:iconpeachgirl124:
PeachGirl124 Featured By Owner Aug 28, 2015  Student General Artist
dzięki za przyjęcie :)
Reply
:iconelkathebaloon:
eLkathebaloon Featured By Owner Jul 9, 2015  Hobbyist Writer
Chciałem dodać moje trzyczęściowe opowiadanie oraz jedno anglojęzyczne, niestety jak się okazało jest limit o którym nie doczytałem przez co dodałem części 2 i 3 opowiadania bez dodawania części pierwszej.

Czy można by usunąć "Wybranka 3" z grupy abym mógł poprawić swoją pomyłkę i dodać pierwszą część?
Reply
Add a Comment: