Shop Forum More Submit  Join Login
About Deviant Artist Madame Macabre30/Female/Poland Recent Activity
Deviant for 7 Years
Needs Core Membership
Statistics 425 Deviations 1,948 Comments 18,166 Pageviews
×

Newest Deviations

Literature
Cena: Sprawiedliwosc. Rozdzial 2 (cz. 1)
Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
    Rozdział drugi: Miejskie gierki (cz. 1)

    Poirytowana Damira rozglądała się po swoim mieszkaniu, przeszukując kuchenne szafki. Rzadko w nim bywała, właściwie to bardziej niż ten pokoik z ciasną kuchnią i maleńką łazienką za swój dom uważała komendę, ale na komendzie mieszkać nie mogła. Niestety, bo takie rozwiązanie odpowiadałoby jej najbardziej. Nie musiałaby wyrzucać pieniędzy na tę klitkę, a w dodatku na komendzie zawsze znalazło się trochę kawy, herbaty i cukru. W jej mieszkaniu niekoniecznie. Właśnie zarejestrowała bolesny brak powyższych, podobnie jak chleba, masła, mleka i czegokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. No, teoretycznie mogła spróbować zjeś
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 0
Literature
Cena: Sprawiedliwosc. Rozdzial 1:Goscie (cz. VI)
Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
    Rozdział pierwszy: Goście (cz. 6)

    - Siadajcie, rozgośćcie się. Zapewne pan Zukov, lekarz jak mnie poinformowano? – zapytała, wskazując wysokie krzesło, w którym uprzednio siedziała Władka i posyłając gościowi łagodny, ciepły uśmiech. Taki, żeby doktorek poczuł się nieco bezpieczniej.    - Zgadza się, pani komendant. – Mężczyzna lekko skłonił się. – Timur Zukov, absolwent akademii medycznej w Piotrogrodzie. Lekarz medycyny ogólnej specjalizujący się głównie w leczeniu chorób natury bakteryjnej i wirusowej, aczkolwiek nastawić złamaną kość, wybity bark czy dokonać prostego zabiegu chirurgicznego też potrafię.
    - Miło to s
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 0 3
Literature
Cena: Sprawiedliwosc. Rozdzial 1:Goscie (cz. V)
Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
    Rozdział pierwszy: Goście (cz. 5)
    Wzdychając, odgoniła od siebie te myśli i spojrzała na tarczę wysłużonego zegarka kieszonkowego. Siedemnasta piętnaście.  Powrót na posterunek powinien zająć jej około dwudziestu minut, ale musiała jeszcze zajrzeć do biblioteki zamienić ze dwa słowa z Wicią. Tak na wszelki wypadek, żeby wiedział, że ma na niego oko.
    Biblioteka miejska mieściła się w tym samym budynku co szkoła – sześciennym, prostym, brzydkim – aczkolwiek miała własne wejście. Dwuskrzydłowe pomalowane łuszczącą się, brązową farbą drzwi, nad którymi wisiał wyblakły, drewniany szyld. Niestety to nie uczniowie szkoły byli najcz&
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 3
Literature
Cena: Sprawiedliwosc. Rozdzial 1:Goscie (cz. IV)
Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
    Rozdział pierwszy: Goście (cz. 4)
    - Ciekawe to wasze miasto – mruknął zielarz, uśmiechając się pod nosem. – Kozy macie wielkie jak osły, osły jak konie… Aż się człowiek zastanawia czy te wasze wielkie ptaszyska to na pewno strusie, czy może kury wam udały się tak dorodne.
    Damira uśmiechnęła się. Tak, strusie. Wszyscy przyjezdni o nie pytali. Niejaki Pierzasty Hamisz sprowadził je tu przed stu laty jako zwierzęta hodowlane, utrzymując, że te, mimo nagich szyi i nóg, dobrze noszą mrozy i cóż, miał rację. Stanowiły doskonale zastępstwo dla bydła, które kiepsko znosiło wystające z tutejszych gleb ostre kamienie, na których kaleczyło i łamało nogi,
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 1
Literature
Cena: Sprawiedliwosc. Rozdzial 1:Goscie (cz III)
Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
    Rozdział pierwszy: Goście (cz. 3)
    Do godziny dwudziestej Żmij funkcjonował jako całkiem przyzwoita knajpka. Wpadali tutaj ciągnący z pracy robotnicy płci obojga, pary i wszyscy ci, którzy mieli ochotę rozgrzać się czymś do jedzenia i picia… Niekoniecznie zawierającym procenty. Menu Żmija było skąpe, ale smaczne i co najważniejsze pożywne. Wędzona ryba na ciepło, pieczone ziemniaki z masłem i – za dopłatą – serem, gulasz z dużą ilością warzyw oraz, dla miłośników słodkości, placek z jabłkami. Do tego kawa, herbaty i kozie mleko. Po dwudziestej ciepłe dania i napoje znikały na rzecz alkoholu, pojawiali się muzycy oraz prawie nadzy tancerze płci obojga, a krzesła i ławy
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 0
Literature
Cena: Sprawiedliwosc. Rozdzial 1:Goscie (cz II)
Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
    Rozdział pierwszy: Goście (cz. 2)
 
   - Jak się nazywa ten lekarz i gdzie się zatrzymał? - zapytał komendant.
    - Timur Zukov. Prawdopodobnie zatrzyma się u wdowy Tofilukowej, a przynajmniej jej dom mu wskazałam. Tofilukowa lubi ładnych chłopów i co chwila zdaje jej się, że jest konająca, to powinna go zatrzymać.
    - Wskazałaś mu?
    - No tak. Wypatrzyłam tego ślicznego doktórka, jak szedł z pociągu, kiedy wracałam ze Żmija. Przyjechał ledwie parę chwil temu.
    - Ślicznego doktórka wypatrzyłaś od razu, a zielarza, co siedzi u Obrzyna już parę dni, to dopiero dzisiaj?
    - Zielarz przyszedł nocą z pustkowi, z dziczy. Tak wyczer
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 0
Literature
Cena: Sprawiedliwosc. Rozdzial 1:Goscie (cz I)
Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość
Sprawiedliwość to mocna, stała wola oddawania każdemu tego, co mu się należy.”
św. Tomasz z Akwinu
     
    Rozdział pierwszy: Goście
     
    13 Grudnia 1932r
     
    Komendant Damira Murza cały ranek sprawdzała papiery. Wnioski, skargi, zgłoszenia. Nie znosiła tego, tej całej biurokracji, jednak wiedziała, że to konieczne. Nawet tutaj, na końcu świata wśród Kamulców… Może tutaj nawet bardziej niż gdziekolwiek indziej, bo tam, gdzie ludzie są jak skała, tam żąda się godnej skały trwałości. Pismo zaś daje trwałość, przypinając słowa i wiedzę do rzeczywisto&
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 2 0
Literature
Cena: Prolog
     
    Rosja. Wielkie, trawiaste stepy,  wielka, śnieżna tajga, wielka, smagana lodowymi wichrami tundra, ogromny kraj. Wiele przestrzeni, wielu ludzi, wiele wiosek. Bardzo dużo miast.
    Miasta.  Niektóre – odległe, wyłaniające się z dziczy, samotne wyspy –  niemal zapomniane. Porzucone przez władze, omijane przez burze historii, ale nie przez jej echa. Zapisane w pamięci jedynie tych, którzy z nich pochodzą i nielicznych, którzy mieli szczęście bądź pecha je odwiedzić. Przybierające formy nic nieznaczących nazw w starych papierach, zagubionych znaków w pobliżu rzadko uczęszczanych torów, marsu w krajobrazie. Zwykle nie budzące niczyjego zainteresowania: ani zwykłych ludzi, ani kupców, ani nawet rządzących. Powoli znikają ze wszelakich spisów
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 2 8
Literature
Brama Snu VI: Corvus Corax (cz2)
      Spojrzał na dom. Błękitna dachówka, wysokie ściany z czarnego kamienia, okna i weranda z niebieskiego drewna, dwa piętra… Chociaż nie, nie do końca. Piętro i coś na wzór przysadzistej, szerokiej wieży. Nieco dziwny, ale robił wrażenie, najbardziej swoją wielkością. Musiał mieścić z kilkanaście sypialni
      - Interesujące miejsce.
      - A i owszem. Dom wybudował prawie dwieście lat temu stuknięty naukowiec-alchemik. Przeprowadzał tu swoje eksperymenty. Miał lekką paranoję stąd ta sucha „fosa” czy jak to tam nazwać. Osobiście nie rozumiem, jaki widział sens w jej robieniu, skoro tyle tutejszych ras i bestii potrafi latać, ale no cóż… W każdym razie przydała się, nic co to stworzył nie uciekło p
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 0
Costamcostamkolor by MadameMacabre87 Costamcostamkolor :iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 5 3 meadow bouquet by MadameMacabre87 meadow bouquet :iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 3 0 Dezydery zmora by MadameMacabre87 Dezydery zmora :iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 2 Dezydery color by MadameMacabre87 Dezydery color :iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 3 2 Dezydery b-w by MadameMacabre87 Dezydery b-w :iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 2 0
Literature
DS: Dazac do konca... Jakiegokolwiek X (cz. 2)
    Jej szpony cięły sieci bez najmniejszego trudu, zmieniając trwałe jak dom gniazdo w gruzowisko złożone z grubych warstw pajęczego jedwabiu. Pająki, te które nie zbiegły, w większości zostały zgładzone, przy życiu pozostawiła jedynie piątkę. Nie zrobiła tego bez przyczyny. Powód dla którego pozwoliła żyć bestiom tkwił w luźnym kokonie i szamotał się ze strachu. Podeszła do niego ostrożnie.
    Szybkim ruchem rozdarła sieć, uwalniając maleńką pajęczycę, którą jej wyrodna matka miała zamiar pożreć. Miała rozmiary kota  i była przerażona. W nieprzyjaznym środowisku szanse na przeżycie przyszłej królowej były praktycznie żadne, a w każdym razie byłyby takie, gdyby nie miała słu
:iconMadameMacabre87:MadameMacabre87
:iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 1 0
Projekt Zabobon: Marlenka by MadameMacabre87 Projekt Zabobon: Marlenka :iconmadamemacabre87:MadameMacabre87 7 0

Favourites

Czas Chaosu EP1 by WasylTheFox Czas Chaosu EP1 :iconwasylthefox:WasylTheFox 7 1 flesh wound by len-yan
Mature content
flesh wound :iconlen-yan:len-yan 852 17
City Landscape by Beneke City Landscape :iconbeneke:Beneke 9 5 Ashes by Gloom82 Ashes :icongloom82:Gloom82 247 12 Kravica Waterfall by Energia93 Kravica Waterfall :iconenergia93:Energia93 48 5 Hut on the outskirts. by Khablovskiy Hut on the outskirts. :iconkhablovskiy:Khablovskiy 52 25 ROADWORKS page 130 by Yokiter ROADWORKS page 130 :iconyokiter:Yokiter 27 2 Hocus Pocus by IrenHorrors Hocus Pocus :iconirenhorrors:IrenHorrors 1,594 54 Patterned fungus and snail. by Khablovskiy Patterned fungus and snail. :iconkhablovskiy:Khablovskiy 53 24 Path to infinity by peterdomanic Path to infinity :iconpeterdomanic:peterdomanic 26 7 C U by Skirill C U :iconskirill:Skirill 506 29 Lisovik by JaviRGRAPHICS Lisovik :iconjavirgraphics:JaviRGRAPHICS 23 0 Abyss by FuriyaTerrible Abyss :iconfuriyaterrible:FuriyaTerrible 25 7 The Swan of Tuonela by TeroPorthan The Swan of Tuonela :iconteroporthan:TeroPorthan 1,212 212 It-Came-from-the-Forest-2 by Davesrightmind It-Came-from-the-Forest-2 :icondavesrightmind:Davesrightmind 635 52 The Infernal Metaphor for an Apathetic Existence by ColourBlindPencil The Infernal Metaphor for an Apathetic Existence :iconcolourblindpencil:ColourBlindPencil 213 18

Activity


Opowieść pierwsza: Sprawiedliwość

    Rozdział drugi: Miejskie gierki (cz. 1)

    Poirytowana Damira rozglądała się po swoim mieszkaniu, przeszukując kuchenne szafki. Rzadko w nim bywała, właściwie to bardziej niż ten pokoik z ciasną kuchnią i maleńką łazienką za swój dom uważała komendę, ale na komendzie mieszkać nie mogła. Niestety, bo takie rozwiązanie odpowiadałoby jej najbardziej. Nie musiałaby wyrzucać pieniędzy na tę klitkę, a w dodatku na komendzie zawsze znalazło się trochę kawy, herbaty i cukru. W jej mieszkaniu niekoniecznie. Właśnie zarejestrowała bolesny brak powyższych, podobnie jak chleba, masła, mleka i czegokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. No, teoretycznie mogła spróbować zjeść porośniętą grubym kożuchem pleśni kiełbaskę albo spróbować czy podejrzanie wyglądające ogórki konserwowe są jeszcze dobre, ale wolała nie myśleć o efektach.
    - Co ze mną jest nie tak? – zapytała siebie samą, wlepiając spojrzenie w kawałek cebuli tak suchej, że mogłaby się nią ogolić. – O zrobieniu zakupów na komendę i posterunki zawsze pamiętam. Dlaczego nie potrafię zapamiętać, żeby zrobić SWOJE zakupy?
    Naprawdę nienawidziła dni wolnych, a jakieś dwa lata temu magistrat uchwalił, że każdy musi mieć minimum jeden dzień w tygodniu niepracujący. Niedzielę lub, jeżeli to zawód wymagający ciągłego ruchu, jakikolwiek inny ustalony grafikiem. Nawet ona, miejscowa komendant, jedna z najważniejszych osób w mieście. Doprowadzało ją to do szału. Niby ufała swoim ludziom, ale mimo tego miała wrażenie, że bez niej wszystko się posypie i niemal dostawała epilepsji na myśl, że ktoś z podwładnych może wejść do jej gabinetu. W dodatku, jakby tego wszystkiego było mało, w dni wolne nie mogła korzystać z milicyjnej stołówki, a kucharzyć nie potrafiła. Jajecznica stanowiła szczyt jej możliwości kulinarnych.
    - Szlag by to – warknęła.
    Musiała zrobić zakupy. Zakupy złożone głównie z konserw, bo jedyne, co potrafiła zrobić na ciepło, to właśnie podgrzać zawartość puszek. Gdyby pracowała w fabryce czy szwalni po prostu poszłaby zjeść do Żmija, ale stołowanie się u kogoś, kogo od paru lat usiłowała aresztować, uznawała za kiepski pomysł. Poza tym zawsze mogła trafić tam na Wasyla, a ten dzień był już wystarczająco fatalny.
    Warcząc pod nosem soczyste przekleństwa z rozmachem otworzyła szafę, w której obok wyprasowanych w kant mundurów piętrzyły się wymięte ubrania codzienne. Nie tracąc czasu, naciągnęła na siebie ciepłe rajstopy, kraciastą, długą do kostek, plisowaną spódnicę z koziej wełny i wymiętą koszulę, na którą ubrała brązowy sweter. Całość przypominała powiększoną wersję zestawu „do szkoły” dla panienki z robotniczego domu. Wrażenie owo potęgował płaszcz po ojcu i niedopasowana, nieco za duża czapa na głowie. Jednak nie obchodziło jej to. Nie interesowała się modą, starczało jej, że ubrania miała wręcz wzorcowo czyste. To, że liczyły sobie niemal tyle samo lat, co ona i ostatnio prasowano je w zeszłym dziesięcioleciu, to inna rzecz.
    Z niechęcią spojrzała na piętrząca się obok szafy górę brudów, odnotowując w pamięci, żeby zanieść je do praczki… I nająć kogoś do sprzątania, bo kurz na meblach powoli zaczynał przypominać lukier na pierniku.
    - Nigdy nie będę dobrą gospodynią – burknęła. – I w sumie dobrze.
  Poirytowana, szybkim krokiem maszerowała w stronę najbliższego sklepu spożywczego, delektując się jedną z dwóch, nielicznych zalet dni wolnych – niewidzialnością. Bez zwyczajowego munduru podkreślającego jej sztywną i nieco męską sylwetkę, mało kto ją rozpoznawał, szczególnie, że co tydzień wychodziła w innym płaszczu. Miała ich chyba z dziesięć – przyciasnych i przykrótkich po matce, przydługich i luźnych po ojcu. Tak samo czapek.
    Drugą zaletą dni wolnych były plotki. Te, których nie przynosiła jej nawet Władka, te które skutecznie omijały panią komendant w jej mundurze, te, które kryły się pomiędzy zwykłymi stwierdzeniami. Plotki, o których nie plotkowano, plotki, których nie powtarzano. Informacje przekazywane w niedomówieniach. Liczne, maleńkie tabu, od których Kościokamieniec wręcz pękał. Co najgorsze, nikt nie wiedział, co te dokładnie znaczą, może jedynie ci, których bezpośrednio tyczyły. Może. Nie była tego pewna.
    Mroźny wiatr szarpał jej płaszczem, chłostał twarz i wciskał się pod odzież. Nie dość, że sprawiał, iż temperatura wydawała się co najmniej z dziesięć stopni niższa niż była, to jeszcze drażnił ludzi. Zmagająca się z nim Damira miała wrażenie, że wszyscy mieszkańcy miasteczka wstali z łóżek lewą nogą, dokładnie tak samo jak ona. Warczeli na siebie, spoglądali z ukosa, przeklinali.
    - Wiatr niesie zmiany, a większość ludzi nie lubi zmian – mruknęła do siebie.
    Jedną ze zmian miały być ciężkie opady śniegu. Mimo mrozu w powietrzu dawało się wyczuć wilgoć, a w dodatku zwierzęta zachowywały się inaczej. Kruki, wrony i bezpańskie koty buszowały wśród śmietników z większą bezczelnością niż zwykle, podkradały jedzenie podwórkowym burkom, czasem nawet rabowały ludzi, a przynajmniej próbowały. Znaczyło to tylko jedno – zbierały zapasy, bo przez następne kilka dni nie będą miały okazji zdobyć jedzenia.
    Chuchając w zmarznięte dłonie i energicznie wycierając buty, weszła do mieszczącego się na parterze piętrowego domu, niewielkiego sklepiku. Wnętrze niemal całkowicie zapełniali cierpliwie czekające w kolejce, ale zrzędliwi klienci. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, kiedy grzecznie stanęła w ogonku i bardzo dobrze. Dzięki temu mogła sobie posłuchać, o czym rozmawiają i na co utyskują jej sąsiedzi, co nie raz się przydawało.
    Prawdziwy glina może wyjść z pracy, ale praca nigdy nie wyjdzie z prawdziwego gliny. Ot, znana, dobra prawda.
    Stara Pawłowa narzekała swojej przyjaciółeczce, że „ten młody z góry, wiecie, ten Hajduk, znowu leje żonę i dzieciaka, a wczoraj to cały wieczór, aż do późnej nocki u nich to tylko łomoty i krzyki”. Słysząc to, Damira skrzywiła się. Wystarczyło tylko raz przyuważyć z jakim przerażeniem mały  Tomuś patrzy na matkę, żeby zrozumieć, że to ona jest katem w tej rodzinie,  nie jej mąż. Niestety to komplikowało sprawę, bo o ile tłuczone przez mężów kobiety mogły znaleźć obronę i współczucie, to tłuczeni przez żonę mężowie niekoniecznie. Zwykle wyśmiewano ich, wyzywano od pantoflarzy i ciamajd, podczas gdy ci nie mieli się jak bronić, bo uderzając w samoobronie żonę, narażali się na symbol czerwonej dłoni – agresywne kobiety były specjalistkami w zakłamywaniu rzeczywistości na swoją korzyść. Musiała sprawę załatwić w cztery oczy z Hajdukową, najlepiej nieoficjalnie. Jeżeli to nie pomoże, to „przypadkiem” powie słówko komuś od Obrzyna czyli praktycznie rzecz biorąc samemu Obrzynowi albo dzieciakom z teatru, a oni już mieli swoje sposoby na sprawiedliwość. Sposoby niekoniecznie zgodne z prawem, ale w wyjątkowych sytuacjach akceptowalne.
    Poza informacją o rodzinnym dramacie w mieszkaniu Hajduków nikt nie powiedział już niczego ciekawego. Powoli tonąc we własnych, niewesołych rozmyślaniach, zaczynała wątpić, że w ciasnym, zatłoczonym sklepiku dowie się czegokolwiek nowego, aż tu nagle nowiny same wkroczyły do środka.
    Drzwi sklepu otworzyły się z trzaskiem i stanęła w nich znana Damirze postać – zielarz. Już ponad dwa tygodnie siedział u starego doktora i wyglądało na to, że jest jedną z nielicznych osób, z którymi starzec jako-tako się dogaduje. Wedle relacji Władki lekarz traktował obcego prawie jak swego świętej pamięci syna, a obcy odnosił się do niego z wielkim szacunkiem. Jedyne, co dziwiło akuszerkę to, to że stary w trakcie jej odwiedzin miał minę, jakby znał puentę żartu, z którego istnienia ona nawet nie zdawała sobie sprawy.
    Damira też była nieco zdziwiona, podobnie jak inni kupujący. Dziwiło ją zaś to, że zielarz dźwiga na plecach mruczącego jak mały kociak rysia, który z lubością lizał go po wytatuowanej głowie. Sprzedawczyni, która ostro traktowała każdego próbującego wejść do sklepu z czworonogiem, tymczasowo odebrało mowę.
    Komendant znała tego rysia i podobnie jak większość ludzi, którzy mieli okazję być w domu Hryciuka, uważała go za nieobliczalną, żądną krwi bestię. Doktor znalazł go jakieś sześć lat temu – małego poszarpanego przez bezpańskie psy podrostka – zabrał do siebie i połatał. Zwierzak pokochał go całym sercem i zachowywał się wobec niego jak delikatny, radosny kociak… Niestety tylko wobec niego. Wszystkim innym pokazywał wyjątkowo złośliwą i drapieżną część swojej natury.  Przynajmniej do teraz. Kocisko wydawało się ubóstwiać zielarza całym swym podłym serduszkiem, chociaż z drugiej strony sam Zuber nie wyglądał na szczególnie zachwyconego.
    - Dzień dobry – grzecznie przywitał się ze wszystkimi, stając w ogonku.
    Odpowiedział mu zgodny pomruk „dobry”, a staruszki z przodu kolejki natychmiast zmieniły temat rozmowy, jednocześnie ściszając głosy, lecz nie tak, aby stojąca blisko nich Damira nie słyszała o czym mówią. A mówiły rzecz jasna o zielarzu, nie szczędząc mu przykrych słów. Nie podobało im się dosłownie wszystko – jego znoszone ubrania, łysa głowa, tatuaże, a nawet to, że jest taki grzeczny. Jednak między zwykłymi narzekaniami powiedziały parę ciekawych rzeczy. Między innymi, że Hryciuk pozwala Zuberowi pomagać w medycznych sprawach, że dzięki temu stary doktor przyjmuje dwa razy więcej ludzi niż zwykle i że remedia obcego działają cuda na reumatyzm, grzybicę stóp i choroby sezonowe. Teoretycznie ta wyliczanka powinna być pieśnią pochwalną, jednak starowiny opowiadały o tym tak, jakby Hryciuk i Zuber, założyli spisek, mający na celu wytrucie wszystkich mieszkańców. Nie dziwiło to Damiry. Obie należały do tego typu starych harpii, że gdyby którejś obcy – nie ważny zielarz czy doktorek – uratował życie masażem serca, ta narzekałaby, że miał zimne ręce.
    Ledwie komendant przywołała na myśl doktora i ten pojawił się w drzwiach sklepu, niemal zderzając się z jedną z owych harpii – kobieta właśnie skończyła robić zakupy i zmierzała ku wyjściu. Swoją drogą to niesamowite, że starowina mimo nieustannego mielenia ozorem w ogóle zdołała cokolwiek kupić, czego dowodem były wypełnione po brzegi torby.
    Zukov spojrzał na siedzącego na ramionach Zubera rysia i uniósł brwi w wyrazie niemego zdziwienia, a może i lęku.
    - To już przesada – westchnął.
    - Tu się akurat z wami zgadzam – odrzekł zielarz, odwracając się do doktora.
    Obaj popatrzyli na siebie zdziwieni, najwyraźniej rozpoznając w rozmówcy „tego drugiego obcego”. Zuber wyglądał przy tym na zaskoczonego, a Zukov zmieszanego. To dziwne, że do tej pory żaden z nich nie wpadł na pomysł, aby poznać tego drugiego. Zwykle przyjezdni szukali swojego towarzystwa już po kilku dniach wśród Kamulców.

(UWAGA SPOILERY)

    „To”, film od blisko trzech dekad siejący przerażenie wśród wszystkich, którzy odczuwają dreszcz na widok klaunów, a miłośników kina grozy (chociaż nie koniecznie horrorów, bo sam film horrorem zbytnio nie jest) masowo przyciąga do odbiorników doczekał się remake’u.  Po dwudziestu siedmiu latach dobrze nam znane, żywiące się lękiem i ludzkim mięsem zło otworzyło swe ślepia aby ponownie wyruszyć na łowy…

    Większość z was pewnie już zna „To” z pierwowzoru, a jeżeli nie, nich reszty nie czyta, tylko biegnie go obejrzeć, bo recenzja porównaniami i spoilerami najeżona. Jednak, jeżeli spoilery wam nie przeszkadzają, zapraszam.

    W skrócie film opowiada złym czymś przybierającym postać Tańczącego Klauna Pennywise’a – w oryginale wyglądającego jak klaun, a w remake’u jak klaun po Czarnobylu – któremu przeciwstawia się grupa nastolatków. Nastolatków posiadających jedną cechę wspólną: mniej lub bardziej ciężkie życie. Mamy tu grubasa, chuderlawego Żyda w jarmułce, jąkałę, mikrego okularnika, hipochondryka, któremu własna matka wmawia choroby , dzielną oraz bardzo urodziwa chłopczycę, mająca być nieszczęście być napastowaną przez własnego ojca, a także czarnoskórego chłopaka z solidną traumą. Dodam, że akcja filmu obejmuje czasy, gdy za samo bycie czarnym nie raz dostawało się bęcki. W każdym razie, nasi nieletni bohaterowie, szkolne dziwadła, stanowią doskonały obiekt „żartów” dla szkolnych chuliganów, a to oraz poczucie wyobcowania szybko czynią z nich dobrych przyjaciół. Owa przyjaźń, siła ich charakterów, a także dociekliwość sprawiają, że koniec końców skutecznie przeciwstawiają się swoim prześladowcom, zarówno tym ludzkim, jak i nie…

    Brzmi jak dziwaczna wersja „Harrego Pottera”? Owszem, bo tym właśnie jest remake… Z tym, że porównując go z przygodami młodego czarodzieja, „To 2017” wygrywa. Bohaterowie, chociaż młodzi, mają prawdziwe, dorosłe problemy, a ich świat  nie jest „bajkowy” –  na „cuda” muszą zapracować sobie sami. Do tego  żadnej Przepowiedni,  żadnego Przeznaczenia, żadnego Wybrańca, a zamiast magii brutalne życie, ślepi czy też obojętni dorośli i czyhające gdzieś-tam zło o wielu twarzach. Zło, któremu postanowili stawić czoła na własną rękę, a aby to zrobić, pierw musieli pokonać własne demony. Oczywiście nie na zawsze, albowiem zło, szczególnie te wewnątrz człowieka, nie umiera, a jedynie przysypia…

    Ładnie? Ładnie. A jeżeli dorzucić do całości ponury, złowieszczy klimat zestawiony z cudownie beztroskimi chwilami oraz głównego złego w porównaniu z którym Voldemort wygląda jak nieco nierozgarnięta starsza pani z sąsiedztwa: cud, miód i orzeszki… Przynajmniej dla tych, którzy nie nastawili się na horror – tak jak wspomniałam na początku to tylko film grozy. Nie, nie grozy. Raczej nazwałabym go niestroniącym od brutalności filmem przygodowo-fantastycznym z wieloma elementami grozy. Tak. Tak jest precyzyjniej.

    Trochę inaczej ma się sprawa z oryginałem. Otóż w remake’u historia kończy się na pokonaniu To i obietnicy bohaterów, że jeżeli kiedykolwiek zło powróci, ponownie stawią mu czoła, co stanowi mało subtelną zapowiedź części drugiej. W pierwowzorze owa część druga i pierwsza są całością, a fabuła wychodzi o wiele bardziej na przód. BA! Dzieje bohaterów jako nastolatków i ludzi dorosłych są ze sobą przeplatane. Niemal od początku filmu widzowi towarzyszy swoista aura… Niechęci. Nie chodzi tu rzecz jasna o niechęć, którą ów czuje do filmu, ale o niechęć siódemki obrońców Derry – miasteczka, w którym toczy się akcja – którzy znów podejmują wyzwanie, jakie rzuca im los. Niechęć do powrotu do znienawidzonego miasteczka, niechęć do ponownego przeżycia horroru sprzed lat, który już zdawał się tylko złym snem. Samej akcji towarzyszy znów o wiele większa naturalność. Problemy bohaterów pokazano mniej dramatycznie, ale za to bardziej realistycznie, a wydarzenia są ściślej ze sobą powiązane. Jedno wynika z drugiego. Czemu w oryginale To prześladuje z taką zawziętością akurat bohaterów, a nie inne dzieciaki? Bo odkryli, że za dziejące się wokół zło odpowiada on, więc chce ich wyeliminować jako potencjalne zagrożenie. W remake znów… Cóż, jest to mocno niejasne. Być może powodem jest ich szczególna wrażliwość na lęk, wynikająca z nieprzyjemnych doświadczeń, ale czy tak jest naprawdę? Tu akurat niepewność nie dodaje smaczku, a irytuje. Zaburza przyczynowość. Czym jeszcze oryginał różni się od swego następcy? Tym jak cudownie zaznaczono, że demony  przeszłości – i nie chodzi tylko o Pennywisea – nie odeszły (i nie odchodzą) wraz z wiekiem młodzieńczym. Niektóre przysnęły, inne nieco zmieniły postać, były… Są też takie, które urosły w siłę. Hm… Generalnie rozdzielenie dorosłości i młodości bohaterów uważam za wielką krzywdę dla remake’a. Tak, jestem świadoma, że i będący produkcją telewizyjną pierwowzór został podzielony na części, ale na co innego czekać na ciąg dalszy dwa dni, a co innego kilka lat (oby nie znowu dwadzieścia siedem).

    Co jednak najbardziej różni oryginał i remake? Tańczący Klaun Pennywise! Osobiście jestem fanką tego z pierwowzoru i uważam go za o niebo lepszego od duplikatu. Tim Curry odwalił świetną robotę wcielając się w tę rolę. Dał Penny’emu osobowość. Otóż Pennywise-Currry to bardzo radosna i całkiem wyluzowana postać. Tak, jest okrutnym, bezwzględnym drapieżnikiem, ale ma z tego szczerą radochę. Bawi się swymi ofiarami jak przysłowiowy kot myszką, śmieje się i klaszcze w ręce… Po to by znienacka wpaść w furię. Wie, że bohaterowie zagrażają mu i reaguje na to srogim gniewem, ale zarazem czerpie radość z pojedynku, z łowów (a z oczu wyziera mu głód)… Jednak to nie wszystko. Największa mocną stroną Pennywisea-Currry’ego jest to, że wygląda jak zwykły clown. Ba! Na pierwszy rzut oka robi sympatyczne wrażenie, a nawet budzi zaufanie. Widząc jego uśmiechniętą twarz człowiek rozumie, dlaczego odaje mu się zwabić i pożreć tyle dzieci. Zaś kiedy zrozumie się, co naprawdę skrywa ta pozornie szczera, uśmiechnięta twarz… No cóż, dreszcz przebiega po plecach. O ile Pennywise tych pleców wcześniej nie pożarł.

    Czy to znaczy, że remake to kicz? Dubel do ciągnięcia kasy? Otóż nie. Chociaż sama wolę o wiele bardziej pierwowzór, to i przy remake’u świetnie się bawiłam. Głównym powód to oprawa graficzna. Film wygląda o niebo lepiej niż ten sprzed 27 lat, kiedy efekty specjalne były bardziej karykaturalne niż straszne, a obecnie budzą jedynie śmiech. Pennywise-Curry w drapieżnej postaci to – mimo jego wybitnego aktorstwa –  sprawia wrażenie BARDZO kiepskiej ozdoby Halloween’owej. Nowy Pennywise… Cóż, kiedy pokazuje ząbki zaczyna wiać grozą. Szkoda tylko, że już na wyjściu wygląda paranormalnie, co odbiera wszystkiemu elementu zaskoczenia. Jednak muszę oddać aktorowi grającemu go – Bill’owi Skarsgård’owi – że się postarał. Kiedy przemawia wabiąc do siebie chłopca (niestety jego łowy są pokazane tylko raz i generalnie bardzo rzadko się odzywa, a nawet pokazuje) – mimo pokracznej twarzy wydaje się niemal miły, a nawet, na swój dziwny sposób uroczy. Niestety reżyser postawił na przedstawienie Penny’ego jako klasyczne, prześladujące innych monstrum. Szczęście Billowi udało się przemycić w nim trochę drapieżnej, połączonej z pokrętnym urokiem radości (dawać mu role psychopatów, sądzę, że się sprawdzi ;) ) Zresztą i wszyscy młodzi aktorzy się postarali, a zbudowany przez zdjęciowców i reżysera klimat grozy, przeplatany z niewinnymi ujęciami, swoistym sentymentem oraz dziejącymi się w tle, prywatnymi dramatami dają naprawdę przyjemny efekt.

    Dla tych, którzy oglądali: co mi się szczególnie w remaku podobało? Komnata unoszących się dzieci, zawieszenie Beverly, ostateczne starcie z To (szczególnie wkurzony Richie), scena w rzeźni, ucieczka grubaska, druga śmierć Georgie’go. Czego mi brakowało? Pennywise, który na ekranie tylko straszył nie pokazując prawdziwego siebie (wiem, powtarzam się), sceny pod prysznicem (bez podtekstów), sceny na cmentarzu i oryginalnej formy sceny z przeźroczami, która wydawała mi się o wiele lepiej przemyślana.

    Reasumując: To 2017 jest pozycją może nie znakomitą, ale na pewno dobrą i chociaż nie umywa się do (wizualnie niestety brzydkiego) oryginału, naprawdę warto go obejrzeć. 

Groups

Comments


Add a Comment:
 
:iconmess0rem:
mess0rem Featured By Owner Jul 25, 2018  Hobbyist Traditional Artist
Thanks so much for the fav :D
Reply
:iconakitku:
akitku Featured By Owner Jun 29, 2018  Hobbyist Traditional Artist
Dziekuje za fava! :)
Reply
:iconfaustgoethe87:
FaustGoethe87 Featured By Owner Jun 11, 2018
Dzięki za "fejwa" :)
Reply
:icongielczynski:
gielczynski Featured By Owner Feb 10, 2018
Dzięki za polubienie
Stairs by gielczynski :)
Reply
:iconmaivena:
Maivena Featured By Owner Dec 28, 2017  Hobbyist
Wszystkiego najlepszego, zdrówka, szczęścia i radości z okazji urodzin. No i gratuluję przeżycia kolejnego roku tułaczki egzystencjalnej c:
Pozdrawiam, Ja.
Reply
:iconmadamemacabre87:
MadameMacabre87 Featured By Owner Dec 29, 2017
Dziekutki wielkie :)
Reply
:iconnumerata:
Numerata Featured By Owner Dec 28, 2017  Hobbyist General Artist
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Dużo zdrowia, szczęścia i chęci do pisania genialnych opowieści i recenzji.Free Birthday Icon  
Reply
:iconmadamemacabre87:
MadameMacabre87 Featured By Owner Dec 29, 2017
Dziękiii <3
Reply
:icongielczynski:
gielczynski Featured By Owner Dec 4, 2017
Dzięki za dodanie  Little Blue Monster REMASTERED:) by gielczynski  do kolekcji :)
Reply
:iconmadamemacabre87:
MadameMacabre87 Featured By Owner Dec 5, 2017
Jak mogłam nie dodać czegoś, co wygląda jak ja o 6.00 w poniedziałek :D
Reply
Add a Comment: