Shop Mobile More Submit  Join Login

Similar Deviations
Organized by Artist
Białoruś zamknęła drzwi za wychodzącym Litwą a następnie poprawiła bluzkę i przeczesała palcami włosy które nieco się potargały. Tym razem poszło szybciej niż ostatnio więc miała kilka minut dla siebie. Zdąży napić się mocnej herbaty. Już z filiżanką parującego napoju usiadła przy niewielkim stoliczku przy oknie i otworzyła dość gruby notes. Będzie musiała kupic niebawem nowy bo ten już niewiele miał pustych kartek. O tak, nie mogła narzekać na brak klientów. Owszem nie zawsze było łatwo ale interes jakoś się kręcił. Spojrzała na ostatnie zapiski. Dziś był już Litwa a wcześniej wpadł jak zawsze wybredny Francja. Z nim zawsze miała kłopot bo nie dał się zadowolić byle czym. Miał wymagania i potrafił się wykłucać o choćby najmniejsze uchybienie. No ale dziś był zadowolony.  Wyszedł uśmiechnięty obiecując że wróci niebawem i że jeśli Natasha tak będzie się starać zostanie jej stałym klientem.
Toris za to zawsze był miły i potrafił przemilczeć jeśli nie od razu trafiała w jego gust. Zresztą nie był zbyt wymagający.
Odwróciła stronę chcąc sprawdzić kto jeszcze dziś ma przyjść. Była już nieco zmęczona ale  nie mogła odwołać wizyt. Jednak już wiedziała że na przyszłość nie będzie zapisywać więcej niż troje na jeden dzień. Szczupły palec przesunął się po kartce. Ludwig… A potem jeszcze Pan Szwedek który uprzedził że przyprowadzi ze sobą Finlandię który także potrzebuje by zajęła nim się profesjonalistka. A więc trzech. W tym Niemcy który  zachowywał się jakby nadal był w wojsku i najlepiej fundował by wszystkim musztrę. Wydawał jej polecenie sztywno i chłodno a ona  
Bez słowa robiła co kazał a on tylko bawił się tym swoim pejczykiem. Płacił jednak za każdym razem a często nawet więcej niż wynosiła cena. Szwedek natomiast był trudnym klientem. Już wiedziała że napracuje się by odgadnąć wszystkie jego życzenia. Zawsze był bardzo oszczędny w słowach i to ona wysuwała propozycje a on tylko potakiwał lub  zaprzeczał. Dziś będzie trudniej bo nigdy nie miała dwóch klientów w jednym czasie. No cóż, jakoś będzie musiała sobie poradzić. Za to jutro przyjdzie Ivan do którego miała słabość i teraz często lubiła mu zafundować coś gratis. Zawsze mógł liczyć na więcej i lepiej niż inni. Gdyby mogła nie brała by ani grosza za usługi od Rosji. Przecież to co robiła dla niego nie było praca, obowiązkiem a przyjemnością. Za to Polska który miał wejść po Ivanie zawsze doprowadzał ją do szału i zastanawiała się czy nie odmówić mu gdy się pojawi. Nigdy nie był do końca zadowolony. Zawsze wynalazł coś czego się uczepił i marudził potem za każdym razem. A to coś go uciskało, a to za krótko lub za długo albo stwierdził że dostał uczulenia i że to być może jej wina. Byli tez inni. Prusy który wpadał dosłownie na 5 minut bo jak twierdził nie miał czasu na jakieś długie zabawy. Grecja który za to spędzał tu więcej czasu niż inni bo zanim doszedł do sedna potrzebował kilkudziesięciu minut na zebraniu się w sobie. Japonia, cichy i ceniący tradycję. Dania, z którym ciężko jej się było dogadać ale i tak zawsze wychodził zadowolony.
Dopiła herbatę i zamknęła notes. Właśnie w tej chwili rozległo się pukanie i po chwili stał przed nią Ludwig który trzasnął pejczem o stolik stwierdzając że ma się zabierać do pracy bo on dziś jest zajęty. Skinęła dłonią wskazując krzesło a po chwili Niemcy rzuciła tam marynarkę, koszulę i spodnie. Stał teraz w samych bokserkach wyczekując. Natasha podeszła bliżej i kucnęła przed nim. Po kilku minutach mężczyzna polożył na stoliku kilka banknotów i ubrał się.
-Wpadnę za 4 dni i mam nadzieję mundur będzie gotowy.
-Ależ oczywiście. Miarę mam tak dokładną, że mogłabym szyć z zamkniętymi oczyma.
- Cieszy mnie to, chociaż dodam, że gdy brałaś miare na długości nogawek spodni czułem się dziwnie.
-Niestety nie ma innego sposobu. Zatem do widzenia.

Gdy tylko Ludwig wyszedł usiadła do maszyny. Zanim przyjdzie pan Szwedek zdąży zacząć szyć spodnie dla Niemca
Kolejny tekst niby zboczony, ale wcale nie!

Nie dajcie się nabrać!!!!!!!!!!!

Bo widzenie czegoś więcej niż widać, nie zawsze jest derem. Czasami to po prostu głupota. :D

Proszę jeśli zauważycie błędy piszcie w komentarzach!

(APH)

Axis Powers Hetalia (c) Himaruya Hidekaz
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Wakacje 2012 w Krakowie, pojechali ze mną Prusy i Polska xD
Zawsze kiedy robiłam zdjęcia wcinali mi się w kadr! :D



Axis Powers Hetalia papercraft Prussia and Poland
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

- Halo, dzień dobry, Felek?

- Dzień dobry, witam, cześć, tu totalnie zaspany Felek dla ścisłości właśnie, a z tamtej strony, kto???

Toris nabrał powietrza by przerwać, lecz w porę ugryzł się w język. Polak zaspany wiadomo tak samo jak głodny to zły. Lepiej traktować jak dziecko z pełna pieluchą.

- Witaj Poliś. Dzwonie, bo znalazłam twój portfel, nie wiem czy pamiętasz jak wczoraj kupowałeś ten różowy komplet pościeli do swojego domu. Wpadłeś do mnie pochwalić się zakupami a ja potem znalazłam ten portfel pod kanapą. Są w nim dokumenty i kasa. Dzwonię żebyś nie zastanawiał się gdzie…..

Zaczerpnął powietrza, bo wszystko to powiedział jednym tchem by ukryć zdenerwowanie. Tak właśnie zdenerwowanie, które często go ostatnio ogarniało, gdy miał do czynienia z Polską.

- Portfel??? Mój???

- Tak, brązowy, zresztą tu są dokumenty, więc....

- Portfel!!!!!!!!!!! Cholera gdzie ja mam portfel???!!!???

-  No właśnie tłumacze, że ja znalazłem.....

- Tece Licia poczekaj ja zaraz zobaczę czy mam portfel

-Poczekam, Ale przecież.........

-Momęcik!!!!

Litwa usłyszał pukniecie słuchawki o stolik i jak by dalekie szamotanie.

- Wiesz, co Licia… zgubiłem portfel, cholera jasna. Totalna masakra!

- No wiem, właśnie, dlatego dzwonie, bo ja go...

-Cała wypłatę tam miałem, niech to szlak.

- Feliks!!! No przecież…. –Licia trochę podniósł  głos - przecież tłumacze znalazłem to,co zgubiłeś i chcę ci to oddać, czy rozumiesz, co mówię???

-Oddać??? To, co zgubiłem?? O faktycznie, po to dzwonisz? Ja spałem i dopiero się obudziłem. Grałem całą noc, znaczy pracowałem długo i przepraszam, że ja, że tak, no, że nie wiem.

- No ok., Ale teraz wiesz, więc możesz go potem odebrać.- Litwa ucieszył się, że w końcu udało mu się dojść do jako takiego porozumienia. Myślał, że wszystko ma już z głowy, gdy Polska prychnął do słuchawki jakoś dziwnie.

- Aż musiałem przekąsić paluszka z tego wszystkiego. No śpi sobie człowiek spokojnie i nawet nie domyśla się, że jego kasa i papiery szwendają się cholera wie gdzie. – Felek jakoś nie myślał nawet, że obraża dom Litwy – No rozumiesz Licia, mój przyjacielu. Taki stres. Przecież byle menda mogła je zabrać.

Poluś usłyszał dziwne trzaśnięcia i połączenie zostało przerwane.

-Te cudowne Litewskie linie telefoniczne. Totalnie do bani- Polska jedna ręka wpychając kolejnego paluszka do ust a druga drapiąc się po lewym pośladku poczłapał w kierunku swojej sypialni.

Toris w tym czasie patrzył na słuchawkę telefonu, którą odłożył dość nagle przerywając ten jakże zajmujący monolog przyjaciela.

- I weź się staraj człowieku to cię od mendy będą wyzywać.

Prusy jak zawsze szwędał się to tu to tam mając nadzieję na jakąś darmowa wyżerkę albo rozrywkę. Szedł sobie drogą wspominając niedawne spotkanie z Francją. Na samo wspomnienie jego usta rozchylały się w bardzo szerokim uśmiechu. Wpadł do Francisa bez zapowiedzi i nawet nie zapukał do drzwi, ale to w końcu nikogo nie powinno dziwić. Przecież On był zaglibisty i nikt nie powinien wymagać by pukał.  No, więc wszedł sobie ot tak, biorąc drzwi z lekkiego kopa i stanął twarzą w twarz z jakimś maszkaronem  w papilotach i jakimiś zielono-zgniłymi glutami na twarzy. Zmora siedziała sobie na fotelu i goliła paskudne nogi. Gilbert już miał uczynić znak krzyża myśląc, że to jakaś paskuda nasłana przez tego świra Anglię, gdy to coś odezwało się i Prusy rozpoznał w glosie Francję.

Jedyne, na co go było stać to szybkim ruchem wyciągnąć z kieszeni telefon i zrobić zdjęcie, po czym wycofać się zanim znany wszystkim playboy ocknie się z szoku. Zdjęcie od razu przesłał na Facebooka i w ciągu kilkunastu minut chyba pobił ilość „lubię to". Wiadomo przecież On Gilbert jest najlepszy i zaglibisty.

Teraz tak wspominając dotarł do przytulnego domu skrytego wśród drzew i krzewów. Tradycyjnie i tu nie miał zamiaru pukać tylko wejść jak do siebie.

- Rany, kobieto czy tu tajfun był??? Dlaczego jest taki bałagan??

-Bo sprzątam. Nie widać??- Węgry ze szmatą w dłoni i potem na czole starała się przesunąć kanapę i nawet nie zwróciła uwagi, że ktoś wszedł.

-No właśnie jakoś nie widać, dlatego się pytam- Prusy walnął się na jednym z foteli. Nie usiadł a właśnie walnął się.

- Żeby było posprzątane najpierw musi być bałagan… -Elizka nauczona samodzielności nawet nie pomyślała, że Gilbert zachowuje się bezczelnie rozsiadając się zamiast np. zaproponować pomoc.

-No skoro tak twierdzisz niech ci będzie, nie będę się sprzeczał. A czy można liczyć na coś do jedzenia????

- Liczyć zawsze można, ale dziś to licz na siebie i jak możesz odgrzej sobie zupkę. Jest w lodówce. – Powiedziała spokojnie tylko, dlatego że kanapa w końcu ku jej radości drgnęła.

- Odgrzać mogę a potem mogę nawet iść wywalić śmieci.

-  No to jestem zaskoczona, tak sam z własnej woli??? Gdzie to zapisać??

- Ty się nie śmiej, bo zostawię cię z tymi worami i ciekawe, co będzie.

-  Wywalę przez balkon i już.

- Dobra wywal a ja poczekam i zobaczę jak sąsiedzi dzwonią po policję.

- Ty już idź jeść.

-Idę, idę..- Gilbert zwlekł się z fotela i ruszył w kierunku kuchni.



Kanapa drgnęła o kilka kolejnych centymetrów i gdy Węgry kolejny raz napięła mięśnie nagle do niej dotarło, że coś jest nie tak. Wyprostowała się gwałtownie wycierając odruchowo dłonie w fartuszek. Czy jej się wydawało czy chwile temu wlazł tu Gilbert i teraz oto sama wysłała go do kuchni? Czy on zaproponował jej wyniesienie śmieci? Zbladła gwałtownie spoglądając w kierunku gdzie odszedł Prusy. Czy miała jeszcze kuchnię? Biegiem rzuciła się w stronę drzwi prawie wywalając się o zrolowany dywan. Do cholery przecież ten pacan, ten bubek nadęty robi z jej domu jakąś jadłodajnię i jeszcze się zadomawia.

Zatrzymała się w progu i już miała krzyknąć na niego by się wynosił do wszystkich diabłów, ale wtedy zobaczyła go. Prusy stał nad garnkiem i łapczywie wyjadał zimną zupę. Widać było, że musiał być bardzo głodny. Złość uleciała z Lizki. Zamrugała powiekami i spokojnym już krokiem podeszła do niespodziewanego gościa. Wyjęła mu z ręki łyżkę wazową.

- Usiądź a ja zaraz tu….- Popchnęła go w stronę stołu i znów się zdziwiła, że ten bez protestów usiadł tam gdzie mu wskazała. Obserwowała go spod grzywki jednocześnie szykując nakrycie i stawiając na stole nie tylko talerz na zupę, ale i dzbanek z sokiem, koszyk z pieczywem i najładniejsze serwetki, jakie znalazła.  Właśnie te serwetki sprawiły, że rozłościła się sama na siebie. Po co tak się stara? I to, dla kogo? Już miała powrotem je schować, gdy Gilbert  wstał.

-To ja może pójdę umyć ręce zanim …no wiesz. – Gestem wskazał na stół.

Węgry położyła serwetki na stole myśląc, że ten Prusy jest naprawdę bardzo dziwny i co irytujące ma równie dziwny wpływ na nią. Nienawidziła go za to. Nienawidziła?

Węgry nie tylko wyprała firany i wymyła podłogi ze 3 razy, ale zmieniła pościel, wymyła wszystkie szafki w kuchni wewnątrz i na zewnątrz, wyprała dywan i zrobiła porządek na pawlaczu. Gilbert w tym czasie z nieznanych jej przyczyn narąbał drewna i pomógł przestawiać, co cięższe sprzęty. Oczywiście cały czas zapierał się, że nie ma mowy by jej pomagał a to, co robi to tylko ćwiczenie mięśni. No i poza tym w końcu, kto miał to robić, jeśli nie On? Ona? Licha pannica?  Był przekonany, że nikt, poza zaglibistym nim nie poradziłby sobie z tymi pracami. Węgry nie wyprowadzała go z błędu z dwóch powodów. Po pierwsze dzięki niemu miała nieco mniej pracy a po drugie niech sobie myśli, że jest taki wspaniały. Żal jej się zrobiło tego pacana bez własnego domu. Był, jaki był, ale przez lata nauczyła się już nieco jego obsługi. Telefon zadzwonił w chwili, gdy Lizka odłożyła mopa na miejsce i zadowolona spojrzała po wysprzątanych pokojach.

- No hejka laska !!! – głos Francji brzmiał radośnie- Impreza się klaruje w domu Niemiec. Szykuj się szybko. U mnie ciuszki już naszykowane a ja nawet z tej okazji wybrałem się do fryzjera. No niesamowitą mam fryzkę. Zobaczysz sama. Wszyscy wymiekną.….. – Francis nie dał jej nawet dojść do słowa- No to wskakuj w niedzielne ubranko i przyjeżdżaj.

Węgry stała z słuchawką w dłoni  czekając aż dane, które otrzymała ulegną konfiguracji w jej głowie.

- Witaj kochanieńka!!! – Od drzwi dał się słyszeć nowy głos, który przerwał jej rozmyślanie -Tak wpadłem na chwile, bo szafeczka mi się obluzowała i tak pomyślałam ze może masz taki ten do pukania i ten do wkręcania, bo jak się urwie to szkody narobi a ja już nie mam, kogo o pomoc prosić, bo Licia chyba się obraził i nie odbiera telefonów. Miałem, co prawda jednego takiego zdolnego człowieka, ale wyjechał do Anglii twierdząc, że ja mu każę prawie za darmo pracować. Niewdzięcznik jeden. Niby, że tam będzie miał lepiej? –Feliks wszedł do domu Węgier i nawet cmoknął ją w policzek nie przestając mówić- Już prawie 9 lat ja wyjechał i mogę się założyć, że nie jadł od tego czasu porządnego, dobrego posiłku. Był jeszcze jeden tez dość zdolny, ale ten łachmyta też wyjechał. Dania chyba teraz jego domem. Ten, choć nie z powodów pracy tylko jakiejś baby. No, że niby w moim domu nie ma dość kobiet? Ja się pytam gdzie są lepsze niż u mnie?  Zdrowe, ładne i gotować potrafią. Nie to żebym obrażał kogoś, co nie. Tak tylko mówię.  Ale co to ja chciałem....- Zawahał się a Węgry ucieszyła się, bo już zaczęła obawiać się, że jeśli Polska nie nabierze powietrza to będę w swoim świeżo wysprzątanym salonie nieboszczyka.

- Szafeczka obluzowana..- Podpowiedziała spoglądając na Gilberta, który właśnie tez skończył zajęcia i teraz stał w drzwiach przyglądając się jej gościowi z malującym się na twarzy niesmakiem.

-  Ano właśnie to czy totalnie masz ten pukasz i wkręcacz???

-  Nie, Nie mam i właściwie nie wiem czy kiedykolwiek miałam.  ........- nie zdarzyła dokończyć bo zdała sobie sprawę że pewnie gdzieś był i młotek i śrubokręt ale teraz gdy właśnie wszystko lśniło nie miała ochoty szukać narzędzi.

-  Ależ kochanieńka no nie trzeba kupić. Ja poczekam. – Z wrodzoną prostota odparł Feliks.

-Ale ja właśnie wychodzę. My wychodzimy już zaraz, więc zakupy nie wchodzą w grę – Lizka podeszła do Gilberta i ujęła go pod ramię.

-  Gdzieś wychodzisz??? A gdzie to, jeśli można spytać i to jeszcze z tym tu? – Wskazał na Prusy –Nie to żebym się wtrącał, ale On totalnie zawsze wszystko rozpiernicza.  

-   Idziemy na imprezę do Ludwiga. Właśnie Fransie dzwonił i wspominał o….

-  Impreza? No totalnie zajefajny pomysł!!! Tez wpadnę tylko skoczę po Licię. Może mu fochy mina jak się zabawi!   

Gilbert stal cicho nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi w tym wszystkim. Jedno, co wiedział to fakt, że miał ochotę wykopać Feliksa za drzwi, lecz z dziwnych i niezrozumiałych dla niego samego przyczyn tego nie robił. Polska był przyjacielem Elizabeth i choć On, zaglibisty i wielki nigdy nie pojmował tego związku to teraz stal potulny jak baranek czekając aż gość sam wyjdzie bez pomocy jego szlachetnego buta. Nie wiedział też, o co chodziło z tą jakąś imprezą, chociaż wizja możliwości darmowej wyżerki i picia  zabłysła pod jego białymi włosami niczym objawienie.  

-  No to pewnie się spotkamy – Węgry pchnęła lekko Polskę w stronę drzwi.

- A jeszcze, że tak spytam. Wiesz może, co u Belgii? Czy ona jeszcze czyni te podchody do Hiszpanii? No i on do niej?  Przecież mają już swoje lata i ja w tym wieku to już czwórkę dzieci…Nie, wróć…, Co ja gadam? –Feliks podrapał się w czoło idąc w stronę wyjścia-A już wiem to z serialu, który oglądałem w nocy. Spać nie mogłem.  

-  Przepraszam Feliks, ale musimy już wychodzić, choć miło się gawędzi, ale nie chcemy się spóźnić, to nie ładnie – Elizie udało  się wtrącić

- Ależ kochana no ja już idę, nie będę przeszkadzać, baw się dobrze, choć nie wiem czy da się dobrze z nim, no naprawdę nie wiem. Za moich czasów bywało inaczej. Pamiętam jak....A nie to znów serial –Prusy zdecydowanym kopnięciem zamknął drzwi za blondasem mamroczącym ciągle coś pod nosem.
Szczerze, nie miałam tego wstawiać ale przyjaciółki mnie namówiły.....

Prolog do Impreza u Ludwiga, jest to głównie PruHun ale o innych państwach też jest sporo :D

Niedługo będą następne części a później kontynuacja imprezy pod tytułem "Panda Uszczęśliwia"

Sytuacje czy sceny czerpie z realnego życia




(APH)

Axis Powers Hetalia (c) Himaruya Hidekaz
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

        Nie wiedziałem dlaczego tak się stało. Ale jednego byłem pewien: nic już nie będzie takie jak dawniej. Stałem pośrodku pustego pokoju… Nic po sobie nie zostawił. Ruszyłem do innych pokoi. Nie tu także nie... I w tym też… Upewniłem się także że okna są szczelnie zamknięte. Doszedłem do kuchni… O..! Jednak coś zostawił… W szafce ciągle stał jego ulubiony kubek. Uniosłem go delikatnie. Prosty bez żadnych zdobień… Łup. Ups… Mówi się trudno… Patrzyłem beznamiętnie na popękane skorupy. Przypominały moje dawne życie… Teraz w tej chwili… Zerknąłem na kuchenkę. Tak to najlepsze rozwiązanie. Powoli odkręciłem wszystkie zawory… Tak nie żałuje… Nie mam czego… Powietrze jest coraz cięższe…  Zapalniczka jakby sama pojawiła się w mojej dłoni… Trzaśnięcie drzwi wejściowych… Jakiś krzyk… Ukochana twarz… Ale to…
-Już bez znaczenia… - mówię zapalając zapalniczę.
Mój pierwszy ff... Jak mam być szczera to sama nie wiem co to jest... Bez żadnego paringu na razie
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

     Mattias szedł powoli przez las. Ze złością kopał gałęzie i szyszki. Co oni sobie myśleli?! Co z tego że był dzieckiem? Może i wyglądał młodo ale miał dusze prawdziwego wojownika. Był duchem narodu ale nikt nie traktował go poważnie. Może i powstał dzięki nim ale to on ich jednoczył.  Nie byli by jednością gdyby nie on.
       Tak rozmyślając nie zauważył jak daleko zapuścił się w las. Rozejrzał się zdezorientowany.  Znajdował się zupełnie nie znanej sobie części lasu. Tak daleko się jeszcze nie zapuszczał. Postanowił wrócić po swoich śladach gdy usłyszał delikatny głos:

Are you, are you
Coming to the tree
Where they strung up a man they say murdered three.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

       Zaintrygowany ruszył w kierunku głosu zagłębiając się coraz bardziej w las. A głos śpiewał dalej:

Are you, are you
Coming to the tree
Where the dead man called out for his love to flee.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

     Im dalej szedł tym robiło się ciemniej. Tylko księżyc słabo błyskał przez gałęzie. W pewnym monecie Mattias zauważył że jest pełnia.
- Nie dobrze…  - powiedział do siebie – W pełnie zawsze jest mnóstwo… - wycie przerwało jego wywód - …wilków – dokończył biorąc w rękę swój topór który do tej pory był przymocowany do paska na jego placach. Usłyszał dalszą część piosenki:

Are you, are you
Coming to the tree
Where I told you to run so we'd both be free.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

      Dotarł do niewielkiej polanki na środku której rosło potężne drzewo zupełnie pozbawione liści.  Zamiast nich na gałęziach wisiały sznury z pętlami jak do powieszenia. Pod drzewem siedział młody chłopak o blond włosach i błękitnych oczach. U jego stóp leżał srebrny wilk. Mattias zaczął powoli podchodzić do chłopaka. Wtedy znowu usłyszał głos:

Are you, are you
Coming to the tree
Wear a necklace of rope, side by side with me.
Strange things did happen here
No stranger would it seem
If we met up at midnight in the hanging tree.

      To ten chłopak śpiewał piosenkę. Mattias otworzył szerzej oczy. Wilk który jeszcze przed chwilą leżał przy chłopaku teraz wsiał na jednym ze sznurów. Blondyn powoli spojrzał w jego stronę.
- A więc przyszedłeś – powiedział tym samym melodyjnym głosem. Powoli wstał i ruszył w stronę przerażonego Mattiasa. –Jesteś całkiem ładny… Szkoda by było… - w jego oczach było widać obojętność… Ale i… Ból? Mattias przełkną ślinę. Jest wikingiem. Wikingowie nie boją się nikogo ani niczego!
- Kim ty jesteś? – zapytał hardym głosem. Blondyn delikatnie przekrzywił głowę i zanucił:
- Where they strung up a man they say murdered three.
-To nie jest odpowiedź! – warkną Mattias wysuwając topór do przodu.
      Chłopak tylko się roześmiał. Brzmiało to przerażająco. Mattias mógłby przysiąc że oczy blondyna rozbłysły na czerwono.
- Widać chcesz do nich dołączyć – powiedział chłopak wskazując drzewo. Mattias powędrował wzrokiem za jego ręką i prawie się przewrócił z przerażenia. Na każdym sznurze wsiała jedna osoba. Mężczyźni, kobiety i dzieci. W różnym wieku…  Młodzi i starzy. Powoli przeniósł wzrok z powrotem na blondyna. Chłopak trzymał w rękach sznur… Taki sam jak te które wisiały na drzewie.  Mattias zamachną się toporem ale ten przeszedł przez blondyna jak przez powietrze. Ten zaśmiał się znowu i zaczął iść w stronę przerażonego chłopaka. Mattias nie czekał. Odwrócił się i pobiegł do lasu. Usłyszał jeszcze ten przerażający śmiech…
Pisane na mega fazie...

Piosenka użyta w tekście i zarazem moja wielka inspiracja:
"The Hanging Tree" z książki Suzanne Collins "W pierścieniu ognia"


postacie Danii i Norwegii by Hidekaz Himaruya
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Paaaastaaaa~! :P z dedykacją dla Yenni :heart:
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

My lovely Gaara.
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Specjalnie dla mojej przyjaciółki Yami, jej cosplay'owa postać.
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

A taka mała kolekcja...
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

A jakiś nie ten teges Gilbert z Hetalii, a przynajmniej coś go przypominające...>.<
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Chibi Luke fon Fabre (jego nazwisko mnie w pewien sposób rozśmiesza...:D)
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

- Dziś, 14 września 2016 roku mija dokładnie rok od zakończenia III Wojny Światowej, zwanej także przez ludzi Końcem przed Końcem. W związku z tym dzisiaj przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie będą odbywać się uroczystości mające na celu uczczenie pamięci ofiar wojny. - reporterka z TVP przemawiała do widzów nieco oschłym tonem. Jednak ich nie obchodziło to zbytnio. - Przypomnijmy. W tej wojnie z mapy Europy zniknęło 15 państw. W większości były to kraje członkowskie Unii Europejskiej. Ich tereny zostały podzielone pomiędzy Rosję, Szwecję, Zjednoczoną Rzeczpospolitą i Szwajcarię, która pomimo swojej neutralności, przystąpiła do Wspólnoty Germańskiej tym samym przyłączając się do walki. Odczytanie nazw wszystkich państw, które bezpowrotnie zniknęły z powodu śmierci wszystkich obywateli, odbędzie się dziś podczas mszy przy Grobie Nieznanego Żołnierza o godzinie trzynastej.
Toris podał przyjacielowi filiżankę z herbatą. Trochę dziwiło go to, że Polak polubił Earl Grey, albo że podczas wojny zmienił się wręcz diametralnie. Słowa takie jak "totalnie" i "generalnie" co prawda gościły jeszcze w jego słowniku, ale występowały niezwykle rzadko.
A sam Feliks? Przycichł. Nie był już taki radosny. Litwin myślał, że jest to spowodowane tym, iż dwie poprzednie wojny omal go nie zniszczyły.
Ale mylił się...
Bardzo, ale to bardzo się mylił...
- Panie Polsko... - w drzwiach pojawił się Raivis. Trząsł się wręcz niemiłosiernie, mimo iż w pobliżu nie było Ivana. - Zamierza pan pójść na te obchody?
Polak natychmiast przybrał maskę radosnego chłopca, jakim był wcześniej.
- Generalnie to tak. - po tych słowach Łotwa zniknął w korytarzu.
- Wszyscy się o ciebie martwią, Polsko... - szepnął Litwin tak, by nikt inny nie usłyszał. Ale Łukasiewicz wychwycił te słowa.
- Dlaczego? - mówiąc to, wziął łyk herbaty.
- Nie... Nic nie mówiłem. - wymigał się Toris, po czym dodał serdeczniejszym tonem - Przynieść ci sękacza?
- Nie... Nie trzeba... - Litwa już miał wyjść, kiedy ten dodał: - Trzeba, tak totalnie, zaraz wyjść. Inaczej się generalnie spóźnimy.
- Nie udawaj, że jesteś tym, kim byłeś wcześniej. Nie wychodzi ci.
- Aż tak bardzo to widać? - zaśmiał się. Odpowiedziało głuche milczenie. Cisza, której Feliks szczerze nienawidził. Zwłaszcza ostatnio, kiedy do jego domu wprowadziła się całkiem spora gromadka.
Po chwili usłyszał tylko cichy chrzęst zamka. Oznaczało to, że brunet wyszedł z rozległego salonu.
Łukasiewicz schował twarz w dłoniach. To był jego gest obronny, a wrogiem był płacz. Bywało, że to nie wystarczyło, ale jedyną osobą, która widziała jego łzy była jego starsza siostra - Czechy.
Na szczęście, teraz nie było łez.
Na szczęście...
Ale czym jest szczęście?

Przed drzwiami do wielkiej, rozległej willi Węgry, Czechy i Słowacja czekali na swoich współlokatorów.
- To już rok... Kto by pomyślał? - zaczęła drobna brunetka, która ma oczy identyczne z Feliksem.
- Przestań. Mówisz, jakbyś szła teraz na urodziny swojego rocznego dziecka. - odparła druga brunetka, która we włosy miała wpleciony kwiat.
- A nie można powiedzieć, że naszym rocznym dzieckiem jest pok... Ała!
- Czechy. Zachowuj się choć raz w życiu poważnie. - skarcił ją Słowacja. - Bez tych "troszkę" idealistycznych poglądów.
- Bolało!
- I miało boleć.
Czechy właśnie miała odpowiedzieć bratu ciętą ripostą, kiedy zza drzwi wyłonili się bracia z nad Bałtyku. Nietrudno zgadnąć, że Łotwa wciąż się trząsł. Pewnie dlatego, że na obchodach mieli pojawić się Rosja, Białoruś i Ukraina.
- Gdzie Feliks? - zagadnęła Torisa po dłuższej chwili Elizabeta tak, by inni nie słyszeli.
- Jeszcze się szykuje. - skłamał. Wiedział, że Polska był gotowy do wyjścia już jakiś czas temu. Więc czemu wciąż tkwi w salonie?
- Trochę jak dziewczyna. - zaśmiała się.
Nie minęło pięć minut, kiedy blondyn, który był poniekąd "Panem Domu", zamknął drzwi i dołączył do rodziny i przyjaciół. Wszyscy ubrani w eleganckie stroje wręcz biegli na uroczystość, która miała odbyć się przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Na szczęście zdążyli.
A może i nie...?

Wyczytanie nazw państw, które zniknęły w wyniku III Wojny Światowej okazało się dla niektórych szczególnie bolesne. Mimo to, wszyscy starali się zachowywać kamienne twarze. Nie wszystkim się to udawało.
Słowacja w tłumie wypatrzył Islandię i Szwecję. Obaj stali na baczność i mieli niesamowicie obojętne wyrazy twarzy nawet w momencie, kiedy wyczytywali nazwy reszty Skandynawów. Chociaż ten pierwszy wydawał się mieć za sobą ostatnio kilka nieprzespanych nocy.
Gdzieś za nimi stał Sealandia. Ten płakał chyba jako jedyny od początku uroczystości. Szczególnie, kiedy zostało mu w brutalny sposób przypomniane, że nie ma już żadnego ze starszych braci, a także opiekuna w postaci Finlandii.
Węgry, tak jak inni, starała się zachować kamienną twarz. Kiedy wyczytali Austrię, w jej oczach pojawiły się łzy, które szybko wytarła rękawem od jedwabnej marynarki.
Włoscy bracia stali w pierwszym rzędzie. Szczerze mówiąc, nikt nie oczekiwał, że przetrwają tę wojnę. A jednak. Udało im się. Pozostali bez większości kompanów z czasów historycznych, ale istnieją. Wplątali się w wojnę, ale istnieją.
Wyczytali Ludwiga. W oczach Feliciano pojawiły się łzy.
- Nie możesz teraz płakać... Nie teraz... - Romano starał się, by młodszy brat nie płakał. Bezskutecznie.
Wyczytali Antonia.
- Kurna... Czemu on...? - Starszy brat krył płacz przed młodszym.
Szwajcaria wydawał się przybity. Czy to dlatego, że przypadkowo ofiarą wojny stała się też Liechtenstein?
A Polska? On krył swoje uczucia. Łzy nie stanęły do walki... Może dlatego, że zamiast "Anglii", wyczytali "Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej"? Przecież to było tak wiele osób...

Uroczystość, łącznie ze składaniem kwiatów, defiladą wojska Zjednoczonej Rzeczpospolitej, przemówieniami ważnych osobistości państwowych i oczywiście mszą świętą zakończyła się dwie godziny później. O dziwo, nikt nie poszedł do domu wcześniej.
Chociaż Feliksa dziwiło co innego. Po co komu msza święta, jak Boga nie ma?
Kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić, do blondyna przyszedł Rosjanin. Oczywiście nie był sam. Przybył on w asyście swoich sióstr.
- Witajcie, towarzyszu Polsko. Chociaż może powinniśmy powiedzieć "towarzyszu Zjednoczona Rzeczpospolito". - zachichotał. Na ten śmieszek, Łotwa i Estonia zaczęli dygotać ze strachu.
- Nie ma takiej potrzeby. - odparł sucho.
- Może daliby się towarzysze zaprosić na kieliszek wódki? No i oczywiście na pogaduszki o starych, dobrych czasach, da~? - Rosja ponownie się zaśmiał. Feliks chciał odmówić, gdy ten szepnął do niego jeszcze: - Naprawdę bardzo mi przykro z powodu towarzysza Anglii, ale wojna jest wojną, a on nie chciał stać się ze mną jednością.
- ZAMILCZ! - Łukasiewicz w ataku furii rzucił się na Ivana i okładał pięściami dopóty, dopóki Słowacja i Węgry nie przytrzymali go tak, by nie mógł się już ruszyć.
- Puszczajcie mnie! Pozwólcie mi go zabić! Dorwę go! Dorwę! - Polska próbował się wyszarpać z uścisku, jakim został objętym. Bezskutecznie. Zaczął więc wyzywać Rosję tak, jak tylko polak potrafi.
Białoruś wyciągnęła nóż i chciała samodzielnie zaatakować członków Zjednoczonej Rzeczpospolitej.
- To nie jest konieczne, Białoruś. - Braginsky wyciągnął rękę tak, żeby przyblokować jej drogę.
- Jesteś pewien, braciszku? - potaknął, a Natalia schowała nóż.
- Więc skoro nie, żegnajcie, towarzysze. - po tych słowach, Słowianie wschodni zniknęli w tłumie.
Żeby uspokoić Feliksa, potrzeba było jeszcze paru minut i kilku paluszków. Na szczęście, nikomu nic się nie stało.
Na szczęście...?

Sealandia płakał. Stał na placu i płakał w samotności. I wtedy słońce przysłonił mu Polska.
- Czego chcesz? - zapytał pomiędzy wybuchami płaczu.
- Ciężko jest ci po stracie braci, prawda? - zaczął blondyn.
- Wcale że nie. Jestem szczęśliwy, że jestem jedynakiem. - Peter pociągnął nosem -  Nienawidziłem moich braci.
Polskę coś ukuło w serce. Czyżby żal po ukochanej osobie nie pozwolił na jej obrazę?
- Więc czemu płaczesz?
- Ze szczęścia. - chłopiec wytarł łzy ze swoich dużych, błękitnych oczu.
- Mylisz się. To smutek. - blondyn pogładził malca po głowie, po czym odszedł.
- Dla mnie to szczęśliwy smutek! - krzyknął w końcu Peter. Jednak on nie usłyszał i odszedł wraz ze swoimi współlokatorami.
- Czym jest szczęśliwy smutek, mały? - tym razem słońce przysłonił mu Islandia.
- Żal i smutek, że straciłem braci, ale i szczęście, że nie mam głupich braci, a szczególnie głupiego Anglii.
- Dorośnij i zdecyduj, czy to radość, czy smutek. - i już nikt nie zasłaniał chłopczykowi słońca. Za wyjątkiem deszczowej chmury.

Wchodząc do willi, wszyscy byli przemoczeni do suchej nitki. Pierwszą rzeczą, którą zrobili było przebranie się w normalne, mniej uroczyste ciuchy.
- Pójdę zrobić kolację. - oznajmiła Węgry, po czym udała się do kuchni. Słowacja i Bałtowie, pomimo deszczu, siedzieli na tarasie i popijali tradycyjnie kawę oraz delektowali się ciastkami. Polska został z Czechami.
- Kochasz go nadal, prawda? - dziewczyna położyła bratu rękę na ramieniu. On tylko przytaknął. - To musi być straszne. Tak bezpowrotnie stracić bliską osobę. - znowu przytaknął. I zapanowało milczenie. To nieprzyjemne, którego mieszkańcy tego domu tak nienawidzą.
- Wiesz, siostro... Śniło mi się dziś, że spadam w przepaść. Bezkresną i ciemną. Nie miała dna.
- To pustka, jaka ci pozostała w sercu. Już ci to mówiłam. Weź się w garść. Inaczej skończysz jako marionetka Rosji. - po tych słowach Czechy włączyła wiadomości i odcięła swoją łączność na zewnętrzne bodźce.

Nocne pejzaże po deszczu są naprawdę piękne. Świeży zapach unoszący się w powietrzu tworzy piękną, aczkolwiek nieidealną harmonię z księżycem, gwiazdami i oświetlanymi przez nie kroplami na trawie, które wyglądają poniekąd, jak małe kryształy.
Pejzaż piękny, ale zbyt bolesny dla osoby, która straciła cząstkę siebie. Feliks pamiętał, jak Arthur zachwalał kiedyś właśnie taką przyrodę.
Na szczęście przed wojną.
Na szczęście, które nie istnieje...

Minęło kilka tygodni. Rozpoczęła się prawdziwie polska złota jesień. Feliks coraz częściej się uśmiechał, pomimo spadającej temperatury. Wielobarwne lasy potrafią poprawić mu humor.
- Chodźmy generalnie na grzyby! - oznajmił w połowie października, wręcz gotowy do wyjścia, trzymając koszyk w ręce.
- CO?!
- Wiesz... Nie chcę nic mówić, ale wiesz, jak szybko ludzie u ciebie zbierają grzyby. Jeden dzień i niczego nie ma. - zaczęła nieśmiało Elizabeta.
- Którego dzisiaj, tak jakby, mamy?
- Piętnastego. - odparł Słowacja strugając z nudów jakąś drewnianą zabawkę.
- No to przecież najlepsza pora na grzybobranie, no...
- Ale października... - dodał Estonia.
- ŻE TOTALNIE JAK?! - Feliks był w niemałym szoku, jak widać. - Jeszcze wczoraj był wrzesień, no...
- Najwyraźniej straciłeś poczucie czasu. - odparł Toris, po czym wszyscy wręcz ryknęli śmiechem.
- Idę na grzyby, czy wam się to podoba, czy nie. - Polska puścił teatralnego "focha". Oczywiście na niby, bo po chwili sam zaczął się śmiać wraz z przyjaciółmi.
"- Nie zachowuj się tak, Poland. Nie chcesz przecież, żeby inni się z ciebie śmiali." Feliks przypomniał sobie, jak Anglia uczył go czegoś, co nazywał "dobrym zachowaniem". Momentalnie przycichł i spochmurniał. Dokładnie wtedy, kiedy za oknem zerwał się silniejszy wiatr.
- Hej! Hej! Felek! Co się stało?! - śmiała się Węgry, chociaż pomału i stopniowo przestawała. - Chyba się nie obraziłeś o ten żart, co nie?
- Nie. To nie to... ale chyba pójdę do siebie. - wyszedł po tych słowach, trzymając głowę tak nisko, jak mógł.
- Co go znowu ugryzło? - zapytał z irytacją Słowacja.
- Bóg wie... - odparła Węgry.
- Nie tylko Bóg. - szepnęła sama do siebie Czeszka.
- Coś panienka mówiła, panienko Czechy? - spytał lekko roztrzęsiony Łotwa.
- Ja? Nie. To nic.

Nocny koncert świerszczy się rozpoczął, jednak nie było na nim zbyt wielu słuchaczy. Jedynie Elizabeta,  która wrażliwa była na piękno przyrody, oparta o parapet, lekko wychylała głowę za okno.
W kuchni krzątała się siostra Polski, podczas gdy przy stole siedział jego brat. Po chwili dziewczyna postawiła mu kubek z herbatą przed nosem i sama siadła naprzeciw, popijając gorące kakao.
- Więc twierdzisz, że tak było? - zaczął w końcu Słowacja.
- Byłam tam przecież. Przestań patrzeć na wszystko z takim dystansem i poczuj się czasem człowiekiem! - skarciła go.
- Nie tak głośno. Jeszcze sąsiadów obudzisz...
- Przepraszam... Poniosło mnie. Wiem, że to trochę niewiarygodne...
- Trochę? Sądzisz, że Polska może rozpaczać z powodu śmierci Anglii?! Przecież... Przecież nie mieli ze sobą nic wspólnego!
- Uspokój się, bo zaraz ty obudzisz sąsiadów naszych sąsiadów.
- Przepraszam. - urażony Słowacja upił łyk z kubka.
- To... nie wyglądało tak, jak myślisz... - Czeszce język zaczął się plątać.
- Więc jak? Spotykali się potajemnie?
- Dokładnie.
- Dlaczego?
- Nie poznałeś jeszcze dobrze innych państw, jeśli się o to pytasz. Wiesz, że jakby to rozgłosili, świat zacząłby huczeć od plotek. Ja ich przyłapałam całkiem przypadkiem, ale obiecałam dochować sekretu i... i teraz czuję się podle.
- Niepotrzebnie. - pocieszył ją Słowacja i położył jej rękę na ramieniu.
- Słuchaj. Musisz obiecać, że nie wygadasz. - błagała Czechy. Zapadło milczenie, po czym jej brat odparł:
- Zgoda.
- Dziękuję. - po tych słowach dziewczyna wyszła zostawiając go samego.

W grudniu spadł pierwszy śnieg. Gałęzie ogołoconych drzew uginały się pod jego ciężarem. W taką pogodę jak ta, rodzice nie wypuszczają swoich dzieci z domów, a sami wychodzą tylko jeśli muszą.
Litwa robił w willi generalny porządek. A jak porządek ma być "generalny", to musiał też posprzątać pokój Polski.
Kiedy ścierał kurz z jego komody, przypadkowo pociągnął szufladę tak, że ta spadła na ziemię wraz z zawartością. Toris schylił się, by to wszystko pozbierać, kiedy…
- Co... Co to jest? - zdumiony przeglądał całe sterty zdjęć. Większość z nich była już wyblakła. Od łez?
Fotografie przedstawiały razem Polskę i Anglię. Byli szczęśliwi. Prawie jak para nowożeńców niedługo po zawarciu małżeństwa.
- Hej! Litwa! Nie chciałbyś kilku... - Czechy stanęła w wejściu do pokoju. - ...knedlików...?
- Wiedziałaś o tym? - dziewczyna podeszła, by zobaczyć zdjęcia, zamykając za sobą drzwi. Odłożyła talerz na komodę i... spoliczkowała bruneta.
- Grzebałeś w jego rzeczach! - oznajmiła po kilku sekundach.
- To wcale nie tak, jak myślisz. - Litwa próbował się bronić.
- Więc jak?!
- Ta szuflada... wyleciała przypadkiem. - chłopak widział gniew w jej oczach. Trochę mu w takich chwilach przypominała Białoruś.
- Naprawdę sądzisz, że w to uwierzę?
- A masz inne wyjście?
- Wygląda na to, że nie... - westchnęła zrezygnowana, kiedy się już uspokoiła.
- Inni muszą się dowiedzieć. - oznajmił, na co Czeszka obrzuciła go spojrzeniem godnym tylko jej osobistej ofiary.
- Nie mogą.
- Muszą!
- Obiecałam im... że zrobię wszystko, by się nie wydało.
- Kiedy?
- Ach... To było tak dawno... Na szczęście, na długo przed wojną...
- Nie wierzę w szczęście. Jeśli Bóg istnieje, to jest sadystą.
- Czyż nie? Wiesz... Dowiedziałam się, w gruncie rzeczy, na pół roku przed wojną...
Maj 2012 roku. Kasztany tego roku pięknie kwitły. Tak samo jak bzy.
Czechy i Polska siedzieli na tarasie i popijali mrożoną herbatę.
- ...i tak generalnie, to wszystko jest w porządku, tylko nie wstępuję do strefy Euro jeszcze przez kilka lat. - Feliks skończył swój wywód o tym, jak to się mu wiedzie na świecie.
- Nie spiesz się z tym jeszcze. Zwłaszcza, że Euro jeszcze nie podniosło się tak wysoko, jak było przed 2010 rokiem.
Feliks się zaśmiał tak, jak tylko on potrafił.
- Tak jakby nie zamierzam. Szczerze mówiąc, to się zastanawiałem, kiedy to całe Euro totalnie upadnie. - w tym momencie zadzwoniła komórka. Polska spojrzał na wyświetlacz i lekko się uśmiechnął. - Przepraszam, siostra. Muszę odebrać. - po tych słowach zniknął w korytarzu, zagłębiając się w rozmowie.
Mijały kolejne minuty. Po dwóch kwadransach Czechy poszła szukać Polski. Trochę się o niego martwiła.
- No bo, tak generalnie, jesteś wspaniały. - dobiegł ją głos zza drzwi do kuchni. Stanęła i słuchała uważniej. - Naprawdę cieszę się z tego wyjazdu. Tak jakby tylko ty i ja. Totalnie! - cisza, po czym... - Ty przecież wiesz, że cię kocham! - to zaszokowało Czeszkę.
- Niemożliwe... Mój brat... się zakochał? - szepnęła, po czym odeszła z powrotem na taras. Czuła, że musiała usiąść na świeżym powietrzu.
Minęło jeszcze 5 minut, po czym Polska wrócił do oczekującej go dziewczyny.
- Coś się stało, siostra? - spytał, kiedy zobaczył ją jeszcze w lekkim szoku.
- Co? Nic się nie stało. - skłamała, po czym dodała podejrzliwie: - A kto do ciebie dzwonił?
- No totalnie Anglia! Znowu chciał to całe sprawozdanie z działania tarczy antyrakietowej. - kłamał jak z nut. Przecież on nie miał tarczy antyrakietowej.
- Jednak ją wybudowali?
- Totalnie, ale to tajemnica, więc cicho sza! - kłamał. Wiedziała, że kłamał, a mimo to milczała.
- Cicho sza. - zawtórowała bratu.
- A generalnie, to co u Słowacji? Co sądzi o naszym projekcie? - Polska pytał teraz oczywiście o Zjednoczoną Rzeczpospolitą.
- Zgadza się. - odparła mu siostra, uśmiechając się.

Potem cisza. Nic nie wskazywało na to, że podejrzenia dziewczyny są prawdziwe, więc szybko o nich zapomniała. Aż zakwitła lipa w czeskim ogrodzie...
Pojechała nad Bałtyk. Widywała go tak rzadko, więc przecież raz na dziesięć lat może się zachować jak człowiek i pojechać na wczasy. Właśnie tak myślała. Miała zostać przez dwa tygodnie. W dwóch różnych miejscowościach wypoczynkowych.
Pierwsze siedem dni spędziła pomiędzy Dziwnowem a Dziwnówkiem. Na prawie bezludnej plaży, słuchając szumu morza i spacerując przy jego brzegu w świetle słońca.
Natomiast w drugie była w Trójmieście i zwiedzała je z zapałem godnym turystki. Mimo tego, że była tu już setki razy i mogłaby oprowadzać turystów.
Zatrzymała się w jakiejś małej, przytulnej kawiarence, kiedy już noc zapadała. Niebo mieniło się pięknymi kolorami, od żółci i czerwieni na zachodzie, aż bo błękitów i granatów na wschodzie. I tam pojawiały się pierwsze gwiazdy.
Nagle usłyszała znajome głosy. Pierwszy należał chyba do Feliksa, ale drugi... Arthur?
Byli razem. Więc jednak Czeszka miała rację w swoich przypuszczeniach. Kiedy dyskretnie wyjrzała, zobaczyła jak Polska podjada Anglii czekoladowego loda.
- Zachowuj się, Poland. - skarcił go towarzysz, kiedy ten się oblizywał. Posiadacz krzaczastych i bardzo charakterystycznych brwi nie mógł na to patrzeć, więc wyciągnął chusteczkę i wytarł resztki słodkiej substancji, przybliżając przy tym twarz niebezpiecznie do twarzy polaka. Czechy szybko zrobiła zdjęcie komórką i wróciła do rozkoszowania się widokiem niezauważona.

- Nie mówiłeś, że się zakochałeś. - nawiązała w rozmowie niewiele później.
- Co? Ale... Ale skąd o tym, tak jakby, wiesz? - jako odpowiedź, Czechy pokazała mu zdjęcie robione komórką. - Śledziłaś nas?!
- Nie... Byłam po prostu w Sopocie w takiej miłej kawiarence i was zobaczyłam i... - Polska przestał słuchać. - Do tego słyszałam w maju, jak z nim rozmawiałeś. O czym to było? O "tarczy"? Przecież ona nie istnieje.
- Skoro już wiesz, to sobie wiedz... - burknął obrażony, po czym dodał już błagająco: - ...ale proszę. Nie mów! Totalnie! Nie mów nikomu! Wiesz, jacy oni, tak jakby są! Pamiętasz, jak plotkowali, kiedy była Czechosłowacja, prawda? Albo Austro-Węgry?
- Trudno zapomnieć... Te teksty Francisa trzeba zacząć gdzieś zapisywać. Przy nim klasyczne "Jesteście piękną parą" wymięka. - zażartowała dziewczyna, po czym oboje wybuchnęli śmiechem.
- Więc proszę! Obiecaj, że zrobisz wszystko, by nikt się nie dowiedział. - Feliks błagał wręcz siostrę.
- Niech będzie... - westchnęła w końcu. - Ale wy też coś z tym zróbcie, bo dziś wiem ja, jutro może się dowiedzieć Belgia, a od niej do Francji już niedaleka droga.
- I generalnie proszę jeszcze, żebyś nie mówiła Anglii o tym, że ty wiesz, ani że ja wiem, że ty wiesz.
- Wiem. Wiem... ale czy to na pewno wobec niego fair?
- Ja... Totalnie nie chcę go narażać na większy stres.
- Stres? - zdziwiła się Czechy. - Znowu się zapowiada jakaś wojna?
- Generalnie, to lepiej, żeby nie.
- Też prawda... - westchnęła po dłuższej chwili milczenia.

21 października powstała Zjednoczona Rzeczpospolita. Tego dnia zwolennicy różnych przepowiedni mówili o jednej z nich - Polsce "od morza do morza".

A dwa miesiące później zamknięto szkoły. Przyczyna była jednoznaczna - Inwazja rosyjsko-białoruska na najważniejsze porty bałtyckie.
Wojna trwała. W atakowanych miastach unosiła się dusząca woń śmierci. W jednym z nich, które było bombardowane już na samym początku, zachował się stary ratusz, który pełnił funkcję muzeum. Dźwięk dzwonów, a szczególnie melodia, jaką układały równo co cztery godziny, była bardzo piękna.
Wojna się rozpoczęła - melodię żałobną czas zacząć. Nie wiem... Może to był jakiś marsz Chopina?
Był styczeń 2014 roku. Do tego czasu większość państw świata zaangażowała się w wojnę.
W Świnoujściu na gruzy wież kościelnych padał śnieg. Nic więcej po świątyniach nie zostało. Tylko wieże i dzwonnice. A może to był jakiś radioaktywny pył? Licho wie...
- Pomyśleć, że to było takie spokojne uzdrowisko... - we wspomnieniach Feliksa, naprawdę, jak przyjeżdżał tuż przed weekendem majowym, było spokojnie. - Co prawda założone jeszcze przez Gilberta, ale kiedyś już te ziemie były totalnie moje.
Łukasiewicz stanął przed zniszczonym deptakiem, w miejscu, gdzie kiedyś z kamieni ułożony był duży kompas.
- Jak sytuacja, Poland? - usłyszał od postaci, która wynurzyła się wręcz ze śnieżnej mgły.
- Generalnie, to jest okej, kochany. - odparł w odpowiedzi do Arthura.
- Dobra.
Nagle usłyszeli dźwięk lecących odrzutowców. Bitwa powietrzna? Raczej nie, bowiem w oddali można było usłyszeć wybuchające bomby.
- Ivan wciąż nie ma dość tej zabawy? - Feliks był wyraźnie zirytowany, że wpadł w okolice bombardowania. Oprócz tego, można też było usłyszeć wystrzały z karabinu.
Nagle zza mglistej kurtyny wybiegła dziewczyna w białym płaszczu. Trzymała się za krwawiący bok, przez co jej bieg był nieco chwiejny. Nie zwróciła uwagi na kraje stojące na samym środku deptaka. Po chwili jedna seria strzałów zakończyła jej życie.
Polska i Anglia wyjęli pistolety, gotowi już strzelać do ruskich.
A anioły wydawały się śpiewać...

Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój,
Nie noszą ni srebra ni złota,
Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój
Piechota ta szara piechota.

Maszerują strzelcy, maszerują,
Karabiny błyszczą, szary strój,
A przed nimi drzewa salutują,
Bo za naszą Polskę idą w bój!


Cisza. Bezwzględna na tyle, że nawet wiatr się uspokoił i czekał na odpowiedź losu. I ta również była bez serca.
Minęło parę sekund, kiedy kilka pocisków trafiło Kirklanda. Polak instynktownie, chociaż byłabym skłonna powiedzieć raczej "bezmyślnie", "na oślep", zaczął strzelać w tamtą stronę, zabijając napastnika.
- Arthur! Nie! - krzyknął, kiedy ten upadał. Szybko chwycił go w swoje ramiona. W tej samej chwili rękawy od munduru Feliksa nasiąknęły krwią, zmieniając swoją barwę.
- Dlaczego? Dlaczego ty? - wyżalał się umierającemu towarzyszowi.
- Bo ty musisz żyć... - wykrztusił. - Stworzyć silne państwo... Oprzeć się Ivanowi... - w tym momencie chłopak zaczął krztusić się własną krwią.
- Nie umieraj! Nie możesz! Czechy zaraz tu będzie i zawiezie cię do najbliższego szpitala! Wytrzymaj!
- To bez znaczenia, czy trafię do szpitala... Umrę i tak... - blask życia w zielonych oczach prawie zanikł, a śnieg był szkarłatny od krwi. - Może to nawet lepiej, że umrę teraz. Że nie zobaczę już więcej okrucieństw wojny.
- Nie możesz! Jak umrzesz, to ja umrę! Z tęsknoty! Rozumiesz?! Z tęsknoty!
- Ja umrę, a ty... ty musisz żyć. Ciesz się życiem i...
- NIE! Nie będę mógł się cieszyć życiem, jeśli umrzesz! - Polska zaczął spazmatycznie płakać. Śnieg był już teraz mokry od krwi i łez...
Po deptaku z karabinem w ręku biegła Czeszka. Zatrzymała się dopiero przy kompasie wykutym w kamieniu.
- Ach... Więc jednak... przybyłaś? - wykrztusił umierający ostatkiem sił. - Mimo tego... nie zabieraj mnie do żadnych szpitali...
- CO?! - wykrzyknęło równocześnie rodzeństwo.
- Hej... Lucie... - rzadko się zdarzało, żeby ktoś się zwracał do niej po imieniu. - Wiedziałaś?
- O... czym?
- Anglio. Ty chyba nie zamierzasz jej powiedzieć o tym że my... no wiesz... - Feliks próbował odwieść kochanka od wyjawienia prawdy.
- Wiedziałaś? Że twój brat i ja... jesteśmy razem? - dziewczyna próbowała udawać zaskoczoną. - Skoro już teraz wiesz... Proszę... Nie dopuść do tego... by inni się... dowiedzieli… - po tych słowach spojrzał na Polskę. - Nie płacz... To smutne... widzieć płacz na zwykle... uśmiechniętej... buzi. - głos Anglii stawał się coraz cichszy, a jego serce pracowało coraz wolniej, a usta były coraz zimniejsze i bledsze. - Don't cry... Poland...
Serce stanęło. Oddech nie wypełniał już jego płuc. Dusza odeszła... A Polska pogrążył się w pewnej osobliwej rozpaczy... Próbował jeszcze wtłoczyć w niego życie.
- To bez sensu, braciszku... Przestań już... - głos Lucie się łamał. W jej oczach były łzy, tak jak w oczach Feliksa.
Zanieśli jego ciało do najbliższej bazy wojskowej. Na szczęście, wiedzieli, z kim mają do czynienia.

Szczęście bez ukochanej osoby nie istnieje.
Mówiąc na szczęście, okłamujesz sam siebie...
Ludzie, którzy okłamują sami siebie, są biedni...
Biedactwo...
Biedactwo...

Anglię pochowano tydzień później. Była to mała i skromna uroczystość, na którą przybyli wszyscy. Za wyjątkiem Rosji, Białorusi i Ukrainy.
Polska starał się nie okazywać uczuć. Gdyby się rozpłakał, wszyscy by się domyślili o sekrecie jego i Arthura.

Litwa w zamyśleniu oglądał kolejne zdjęcia.
- Ja... nie mogę w to uwierzyć. - wykrztusił, kiedy Lucie skończyła opowiadać historię miłości prawdziwej.
- To prawda. Co z tym zrobisz zależy tylko od ciebie, zrozumiałeś? - Litwa tylko potaknął.
- Co to jest? - rzekł po kilku minutach, kiedy pod zdjęciami znalazł stłuczone lustro w drewnianej oprawie. Na podstawce ktoś napisał rok produkcji. 1998. - Dlaczego Feliks trzyma takie stare rzeczy?
- Szczerze mówiąc nie wiem...

I w tym momencie do pokoju wbiegł Łotwa. Cały wystraszony, wypowiedział kilka tylko słów o wielkim znaczeniu:
- Pan Polska... On... nie żyje.
Cisza. Ta znienawidzona. I wreszcie płacz.
- Co? Przecież... Przecież on miał żyć. I już nigdy nie płakać... - Czechy skuliła się i schowała twarz w dłoniach, chcąc ukryć swoje łzy przed światem. Szybko je wytarła i wstała. - Gdzie... on jest?
- W kuchni.
- Nie mów, że on... - Litwa chciał dokończyć, ale Raivis bezzwłocznie potwierdził jego przypuszczenia. - Nie rozumiem. Jak on mógł?
Czechy chciała pójść jeszcze zobaczyć ciało brata i się z nim pożegnać.
- Ostrzegam, że to może być dla ciebie trauma... - powiedział Estonia, kiedy mijali się na schodach. Dzisiaj był ponury, jak zimowe chmury, które nie chcą sprawić żadnej radości dzieciom.
- Zdaję sobie z tego sprawę...
Lucie przybiegła do kuchni, mocząc sobie skarpetki krwią. Okazało się, że Feliks popełnił samobójstwo. Wbił sobie z uśmiechem na ustach, ale i z łzami w oczach, nóż w brzuch. Przypominało to trochę seppuku, o którym kiedyś opowiadał jej Japonia.
Obok zwłok stał Słowacja. Oczy miał trochę zapuchnięte. Płakał?
- Nie mogę... uwierzyć... - wykrztusiła Czeszka, kiedy bezwiednie klęknęła przed bratem. - Nie. Nie!!!
Zrozpaczona siostra znalazła martwego braciszka. Dlaczego?
- Uspokój się... - próbował ją uspokoić Słowak. - Musisz być silna. Wiesz przecież, że Feliks jest jak feniks. Powstanie z popiołów.
- Nie... Nie powstanie. On... On to zrobił, by być z Anglią... Wiesz o tym! - dziewczyna krztusiła się łzami. Jej brat postanowił ją stamtąd wyprowadzić. Policja była już w drodze, a dla Lucie to był zbyt wielki szok.
- Żegnaj, kochany bracie. Będzie mi brakować naszych wspólnych chwil. - powiedział w kierunku ciała, kiedy przystanął w progu kuchni. Uśmiechnął się sztucznie, bo nie chciał, żeby Feliks zobaczył jego smutek... Chociaż to i tak bez znaczenia, prawda?

Polskę pochowano obok Anglii.

- Dlaczego przyniosłaś na jego grób chryzantemy? - zagadnęła z pretensją Elizabeta, na co Czechy podała jej liścik, który znalazła pod swoim łóżkiem.
"(...)i pamiętaj o białych chryzantemach, siostrzyczko! Totalnie!"
- Nic z tego nie rozumiem, ale niech będzie. - Węgry wzięła od niej bukiet i zaczęła szukać dla niego odpowiedniego miejsca wśród krwistych bratków.

Kiedy kraje Zjednoczonej Rzeczpospolitej wracały z cmentarza, Litwa wyjął zdjęcie, które wziął do kieszeni i zwierciadło z plecaka.
- Czechy! Już wiem, skąd się wzięło to lustro! - rzekł, po czym przyłożył je do fotografii, która odbijana w różnych odłamkach zaczęła się poruszać. A przynajmniej tak to wyglądało.
- Anglia potrafi stworzyć prawdziwe czary, prawda?
- Masz rację. To jest magia.
O matko. Napisałam! Udało mi się i skończyłam to! ;p

A teraz na poważnie.
To jest ten UKPl dla :iconkagashime: i wierzę, że jej się spodoba.
Mam wrażenie, że mi nie wyszło tak, jak chciałam, ale ocenę zostawiam wam.
Jak pewnie zauważyliście, pojawiły się dwie moje postaci - Słowacja (Tomáš Varga) i Czechy (Lucie Nováková). Arty do nich pojawią się najprawdopodobniej na początku wakacji.

A swoją drogą, czy wy też macie to wrażenie, że to nie Polska i Anglia, a Czechy jest główną bohaterką? >.<

Emm... Co jeszcze ja miałam... A tak! Jeśli ktoś będzie wiedział, że znowu chcę pisać angsta, daję mu pełne prawo do tego, żeby mnie walnął w łeb. Może to mnie oduczy tego xD

Tak, jak przypuszczałam, najbardziej poczytne opowiadanie jest w ciszy.
A jakby ktoś chciał wiedzieć, pisałam to przy tych utworach:
[link] (świetna do jakiegoś świątecznego fika xD)
[link]
[link] (ze wszystkich czterech chyba najlepiej oddaje klimat opowiadania)
[link]

Poland/Feliks Łukasiewicz, England/Arthur Kirkland, Hungary/Elizabeta Hedervary, Lithuania/Toris Lorinaitis, Latvia/Raivis Galante, Estonia/Eduard von Bock, Northern Italy/Feliciano Vargas, Southern Italy/Lovino Vargas, Sealand/Peter Kirkland, Sweden/Berwald Oxenstierna, Iceland, Russia/Ivan Braginsky, Belarus/Natalia Arlovskaya, Ukraine and other from Axis Powers Hetalia by Hidekaz Hiramuya.
Czech Republic/Lucie Nováková and Slovakia/Tomáš Varga by me
"Lustro wspomnień" by me
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Ameryka podążał ciemnym, wąskim korytarzem oświetlonym jedynie słabymi lampami dającymi zielonkawe światło. Prowadził go pulchny polityk, którego głowa najwyraźniej nigdy nie poznała włosów.
- Więc dokąd idziemy? - zagadnął Alfred przerywając długie milczenie.
- Zaraz zobaczysz. - odparł zimno biurokrata. - Ale pamiętaj, że to ściśle tajne.
- W końcu jak cała Strefa 51. Przecież nie po to mnie tu pan przyprowadził, żebym wszystko wygadał. W końcu jestem bohaterem! - po tych słowach zapadło głuche milczenie przerywane tylko dźwiękami kropel wody rozbijających się o metalową posadzkę i kroków. Kiedy one ustały, dwaj amerykanie stali przed wielkimi żelaznymi drzwiami zamkniętymi na kilkanaście zamków.
- Kod 239k. - powiedział towarzysz Ameryki do małego mikrofonu umocowanego w ścianie.
- Czy ktoś jeszcze z panem jest, Smith? - usłyszeli w odpowiedzi. Był to oschły głos należący do kobiety, która najpewniej skończyła już 40 lat.
- Yes. Gość najwyższej rangi. Kod 1a. - w głośniku umocowanym w ścianie można było usłyszeć szelest przewracanych kartek. Trwało to minutę, może dwie.
- Proszę wejść. - odparła w końcu lekko zestresowana, po czym wszystkie zamki się głośno otworzyły. Smith popchnął drzwi, a one uchyliły się na tyle, żeby obaj mogli przez nie przejść.
W nieco jaśniejszym pomieszczeniu zastali około 30-letnią kobietę, której brązowe włosy były spięte w bardzo ciasny kok.
- Witaj, Melanie. - powitał ją serdecznie łysy biurokrata.
- Witam, panie Smith… - odparła tym samym głosem, który rozmawiał z nim przed ścianę. Czyżby praca tutaj tak wykańczała, że psychika człowieka staje się aż o dekadę starsza? - …i pana także, panie Jones. - dodała w kierunku Ameryki.
- Więc po co mnie tu sprowadziliście? - rzekł już poważnie Alfred rozglądając się po niewielkiej, podziemnej hali z licznymi stanowiskami badawczymi i wielkim, podświetlonym akwarium. Klimat tego miejsca był wyjątkowo surowy. Jeszcze bardziej, niż korytarz, który w to miejsce prowadzi.
- Chciałabym panu przedstawić… - rozpoczęła kobieta, ale urwała i spojrzała swoim niespotykanie zimnym spojrzeniem w kierunku grubego polityka. - Panie Smith. Nie jest pan upoważniony do znajomości tego projektu. Proszę stąd wyjść.
- Ależ Melanie. Czy to wszystko musi być takie urzędowe i sztywne? - po tych słowach brunetka wezwała ochronę, by wyprowadzili niepowołanego gościa. Kiedy już to zrobili, a wrota do żelaznej komnaty się zatrzasnęły, mogła spokojnie kontynuować.
- Więc chciałabym panu przedstawić projekt "Utopia". - mówiąc to przeszła w głąb pomieszczenia.
- Projekt "Utopia"? Co to? - zaciekawił się Jones.
- Projekt mający na celu zniesienie organizacji wielu państw na rzecz lepszego jutra. Wiem, że to może się panu wydać dziwne, ale w takim kraju wszyscy będą mówili w jednym języku, posługiwali się wspólną walutą. Można by także powiedzieć, że wszyscy byliby sobie równi, ale to już by było kłamstwo.
- Dalej nie rozumiem…
- Wie pan, co to utopia, prawda? "Przedstawienie idealnego ustroju politycznego funkcjonującego na zasadach sprawiedliwości, solidarności i równości." Właśnie coś takiego chcemy stworzyć już od dłuższego czasu.
- A co będzie z nami? - zaciekawił się Ameryka.
- "Nami"? - Melanie wyraźnie nie rozumiała własnej ojczyzny.
- No… Z państwami. Przecież nie tylko ja jestem personifikacją państwa. Każdy kraj posiada coś takiego.
- Rozumiem, ale nie ma powodów do obaw. O ile się orientuję, każdy z was jest także człowiekiem z indywidualnym imieniem i nazwiskiem. - brunetka zatrzymała się przy wielkim akwarium, do którego były podłączone setki kabelków.
- Yes, ale co to ma do rzeczy?
- Każdy z was otrzymałby ludzkie życie bez zmartwień typu kryzys gospodarczy, relacje międzypaństwowe, deficyt budżetowy. - wyjaśniła.
- A kto by to wszystko przejął? - Ameryka wciąż miał wątpliwości, co do tej całej "Utopii".
- Ona. - teraz wskazała właśnie na podświetlone zieloną poświatą akwarium. Alfred podszedł tak blisko, jak tylko mógł, ale niczego nie widział.
- Jest niewidzialna? - zażartował, a chwilę później z gęstej żółtej mazi wynurzyła się mała dziewczynka o śnieżnobiałej cerze. Delikatnie dotknęła szyby i spojrzała blondynowi prosto w oczy. Uśmiechnęła się lekko. Z tego uśmiechu płynęła pewna nuta złośliwości, ale nikt jej nie zauważył. Po chwili, podłączone do kilkudziesięciu kabelków ciało zaczęło się oddalać, by ostatecznie zniknąć w głębokiej, świecącej mazi.
- Przedstawiam panu Utopię nr 409 - pannę Rin Marthę Stirling. Jest to jak dotąd najdoskonalsza sztucznie utworzona personifikacja państwa.
- Jak to najdoskonalsza? Więc były jakieś wcześniej? - Alfred mógł jedynie przypuszczać, co się stało "wcześniejszymi".
- Dokładnie, jednakże nie był one doskonałe.
- Co z nimi zrobiliście? - blondyn począł rozglądać się dokładniej po pomieszczeniu, w którym się znalazł, próbując znaleźć jakąś wskazówkę, która udzieliłaby odpowiedzi na to pytanie. Kobieta najwyraźniej puściła je w niepamięć dopóty, dopóki nie zostało ono kilkakrotnie, z coraz to większą irytacją powtórzone.
- Oczywiście, nie zabiliśmy ich. Nasz zespół naukowców uznał, że 408 biologicznie dobrych i bardzo dobrych klonów może być przydatnych przy testowaniu najnowszych wynalazków i specyfików chemicznych. Dzięki temu obrońcy praw zwierząt nie będą mieli absolutnie żadnych zastrzeżeń co do nowych produktów na rynku.
- Gdzie je trzymacie? - jemu to ledwo przechodziło przez gardło. Dla niego to było niewyobrażalne, tak traktować klony, szczególnie ludzkie. Przecież one też czują, umieją płakać, śmiać się… Przynajmniej tak myślał.
- Proszę za mną. - Melanie zbliżyła się do niewidocznych wręcz drzwi ukrytych z boku hali, które otworzyła dużym, złotym kluczem. - Tutaj jest…
- Wystarczy. Dalej pójdę sam. - powiedział niedbale Ameryka.
- Yes, sir.
- Proszę się tak do mnie nie zwracać. To… takie angielskie, nie uważa pani? - jego twarz błyskawicznie się wręcz rozpromieniła na same wspomnienia sprzed uzyskania niepodległości. Ona nie odpowiedziała, tylko usunęła się w cień, by Alfred mógł swobodnie przejść.
To, co zobaczył, było przerażające. Schodząc kilka schodków w dół, znalazł się w długim korytarzu oświetlonym jedynie słabymi i bardzo starymi żarówkami. Betonowa, brudna od zaschłego jedzenia i wymiocin podłoga wskazywała na to, że więźniom bynajmniej nie smakuje lub szkodzi to, czym są karmieni. Wzdłuż chodnika aż do sufitu rozciągały się stalowe kraty, oblepione niewiadomo czym, a za nimi egzystowały "niedoskonałe Utopie". Po lewej mężczyźni, a po prawej kobiety i dzieci. Podejrzane było to, że "dzieci" to same dziewczynki. Chłopców nie było. Być może zostali oni zabici lub poddani eksperymentom, z których nie wyszli cało. Możliwe też, że naukowcy nie chcieli bądź nie mogli stworzyć chłopca przed 20 rokiem życia. Po całym więzieniu dawno już rozprzestrzeniła się woń zgnilizny, pleśni i nieświeżości.
Kiedy tylko drzwi się za nim zatrzasnęły, wszystkie oczy się ku niemu zwróciły. Wśród więźniów można było znaleźć małe dziewczynki o słodkich twarzyczkach, początkowo odziane w kolorowe sukienki, które teraz uległy zabrudzeniu, panienki o nienaturalnych kolorach włosów i oczu, odziane tylko w rozciągnięte, stare podkoszulki, murzynów i mulatów zbitych w ciasnej kupce w rogu pomieszczenia, jakby w obawie przed prześladowaniami, staruszków o zmęczonych, pomarszczonych i smutnych twarzach w ciuchach, których sam Jezus by się nie powstydził oraz oczywiście klonów o wyglądzie ludzi w sile wieku produkcyjnego. Byli oni bardzo zróżnicowaną grupą. Było kilku łysych mężczyzn grających w kości, kobiety zajmujące się małymi dziewczynkami, jak i te, które zajmowały się prostytucją w dniach, kiedy dopuszczano płeć męską do żeńskiej lub na odwrót. Parę osób mogło być też teraz w środku walki, a inni mogli im kibicować lub też patrzeć z niesmakiem. Oczywiście, wśród tych wszystkich niegodziwych i bezradnych klonów znajdowały się prawdziwe perły pod względem fizycznym. Zazwyczaj siedziały one nieśmiało pod ścianą, ale zdarzało się, że przebywały one z innymi zajmując się przewodzeniem grupy.
Nagle spod prawej ściany do krat podbiegła drobna, złotowłosa dziewczyna o brudnej, wychudzonej twarzy i błagalnym, lazurowym wzroku.
- Uratuj nas… Niech pan nas stąd wyciągnie! - zaczęła, dławiąc się własnymi łzami. - Wszyscy tutaj umieramy, jeden po drugim. Jedzenie jest zatrute i do tego okropnie smakuje! Woda brudna! Czasem zabierają nas stąd i poddają eksperymentom. Te, które nie chcą, są wykorzystywane przez przypadkowych żołnierzy. Prawie jak niewolnice! Proszę nas stąd uratować! Chociaż dzieci niech pan zabierze! Nie jest ich wiele. Zaledwie 15 dziewczynek.
- Przepraszam, ale nic nie mogę zrobić. - z wielką trudnością odparł Alfred.
- Jak to tak? Przyszedł pan tylko po to, by zobaczyć na żywo ludzkie cierpienie? - głos dziewczyny stał się złośliwy, zawiedziony. - Ach, no tak! Zapomniałam, że my nie jesteśmy ludźmi, tylko efektami nieudanego eksperymentu. Żałosne! Ty przebrzydły Amerykańcu! Ty bezczelny psie! Ty… - drzwi zatrzasnęły się za blondynem, co mocno zaszokowało blondynkę. - Przestraszyłam go…?
- Najpierw posłuchaj siebie, a potem zadawaj głupie pytania, panno prawie-doskonała-408. - odparła jej na to jedna z nastolatek o turkusowych włosach.
- Phi! - prychnęła i wróciła na swoje miejsce przy zimnej, betonowej ścianie.

***
- I jak ci się podobał projekt. Bardzo ambitny, prawda? - zaśmiał się Szef Ameryki, kiedy przechadzał się ze swoim poddanym po korytarzach Białego Domu.
- Of course yes, Mr Boss. - odparł wesoło chłopak. - Trochę mi się nie podobała wizyta w miejscu, gdzie trzymają nieudane klony… - tutaj twarz wykrzywiła się w grymasie zniesmaczenia, by po chwili wrócić do standardowego uśmiechu. - …ale najważniejszy jest efekt końcowy, prawda, Mr. Boss?
- I takie myślenie mi się podoba, Mr. America. Kiedy byłbyś gotowy wprowadzić ten projekt w życie? - szef Ameryki również był radosny. Chyba udzielił mu się nastrój Alfreda.
- I don't know. To twoja decyzja, Mr. Boss.
- Więc postanowione. Plan wprowadzamy równo za rok!
- Mr. Boss, mogę wiedzieć, czemu konkretnie ma służyć ten plan? - po tych słowach blondyna, jego szef nagle spoważniał i zrobił się bardziej tajemniczy.
-This is Top Secret, right?

***
- Sam nie wiem… Nie jestem do tego projektu jakoś szczególnie przekonany. Nie uważasz, że nie jest dobrze tak, jak jest, bałwanie? - Arthur oparł się wygodnie o krzesło i wziął łyk herbaty.
- Oj, no weź, Anglio. Będzie fajnie. W końcu będziemy żyć jak prawdziwi ludzie. - Alfred próbował właśnie przekonać wszystkich do projektu "Utopia". Z ponad połową świata dał sobie radę bez większych problemów, ale te napotkał, kiedy próbował przekonać Europę.
- Ja tak totalnie generalnie jestem temu przeciwny, nie? Bo, tak jakby, co będę z tego mieć ja i co moi ludzie będą z tego mieli, co? I ja, i oni byliśmy 123 lata pod zaborami i nie mamy generalnie ochoty na, tak jakby, powtórkę z rozrywki. Bo dla mnie, to totalnie, ciche zabory, nie? - Feliks, jako jeden z nielicznych, nie dawał się przekonywać do tego od samego początku. Co prawda, dla Ameryki było to nieco szokujące, gdyż zazwyczaj potrafił nim manipulować, zazwyczaj obiecując gruszki na wierzbie, ale gdyby zechciał się zaznajomić z historią tego państwa, wiedziałby, że na coś takiego Łukasiewicz nigdy się nie zgodzi.
- A ja się nie zgadzam ani z Ameryką, ani z Anglią... - odparł niedbale Francja.
- Nonsens! Powinieneś wybrać!
- …ależ mon cheri, nie dałeś mi dokończyć. Z Ameryką nie zgadzam się bardziej. Bo jeśli nie ja, to kto będzie najbardziej romantycznym krajem świata? - Francis zalotnie odgarnął włosy i wyciągnął różę z kieszeni marynarki.
- Uważam, że każdy powód do tego, by się nie zgodzić, jest dobry. Nawet tak błahy, jak francuski. - Ludwig był już wyraźnie zniecierpliwiony. W ciągu ostatnich 5 godzin Ameryka próbował przekonać kraje europejskie oraz Japonię, który się z nimi, jak zwykle zresztą, zgadzał. W tym czasie mógłby już pójść z bratem na porządne piwo, objeść się wurstami i zorganizować porządny trening dla Feliciano. A tak musi gnić na kolejnym nudnym zebraniu. I jak tu nie dojść do wniosku, że Alfredowi trzeba utrzeć nosa?
- Ej, noo… Nie bądźcie tacy chamscy.
- To nie jest podstawówka, baranie… Wyrażaj się oficjalnie. - zgodnie ze swoimi przyzwyczajeniami, Arthur pouczył swojego byłego młodszego braciszka.
- Wiem! - olśnienie. Może stwierdził, że nadaremno namawiał inne kraje na tak głupi pomysł? - Przyprowadzę ją tutaj i zobaczycie, że to dobre dziecko! - …a jednak nie…

***
- Przypomnij mi, proszę, raz jeszcze, po co tu przyszliśmy. - rzekła niewyraźną angielszczyzną dziewczynka. Tak, jak przy ich pierwszym spotkaniu, miała długie, czarne włosy, które teraz ukształtowały się w eleganckie loczki, błękitnawe oczy o wyjątkowo obojętnym spojrzeniu i śnieżnobiałą wręcz cerę, kontrastującą z różowymi policzkami i ustami. Ameryka ubrał ją w szkarłatną, falbaniastą sukienkę a'la gothic lolita, czarne rajstopy oraz czerwone pantofelki. Włosy były przyozdobione spinką z wielką, białą, sztuczną różą oplecioną satyno-podobnym materiałem.
- Żeby inni zaakceptowali twoje istnienie. - wyjaśnił Alfred uśmiechając się jak głupi.
- Czy to konieczne? - Rin skierowała swoje zmęczone oczy ku niebu.
- Oczywiście, że tak. Inaczej nie będziesz mogła egzystować w spokoju.
- Ach… no tak… - Ameryka otworzył potężne drzwi do budynku, w którym odbywały się spotkania na szczeblu międzynarodowym.
W głębi bardzo miło oświetlonego korytarza przy jednym z portretów stała Elizaveta. Kiedy tylko zobaczyła młodą damę u boku Alfreda, uśmiechnęła się do nich i podbiegła.
- Bardzo miło mi cię poznać, panienko. Nazywam się Elizaveta Hedervary i reprezentuję Węgry. - pogłaskała dziewczynkę po włosach, gdy ta ze zmieszanym wzrokiem wpatrywała się w nią. Po chwili zaczęła gładzić kwiatek w jej włosach, po czym krótko oświadczyła:
- Prawdziwy... Miło mi panią poznać. Jestem Rin Martha Stirling. - Elizavetę wręcz zamurowało, ale nikt tego nie zauważył, gdyż w tym samym momencie wbiegli…
- Polsko! Zaczekaj na mnie! - …właśnie. Feliks i Toris. Kiedy minęli tylko ten mały tłumek, zorientowali się, że należałoby się przywitać. Stanęli na baczność i odwrócili się przodem do towarzyszy. Pierwszy podszedł do dziewczynki blondyn. Schylił się, by spojrzeć jej w oczy i zaczął mierzyć ją podejrzliwie wzrokiem. Obejrzał ją z prawie wszystkich możliwych stron, po czym westchnął i zapytał:
- Dziecko, jak masz generalnie na imię?
- Rin.
- A pełne imię i nazwisko powiesz?    
- Rin Martha Stirling. A ty? - tym razem to ona spojrzała jemu w głębokie, zielone oczy oczekując odpowiedzi.
- Feliks Łukasiewicz. Totalnie!
- "Totalnie"? - dziewczynka delikatnie przekrzywiła głowę w niezrozumieniu. Nie znała jeszcze tego słowa.
- No totalnie, "totalnie"! - potaknął Polska. Po tych słowach wszyscy skierowali się do sali konferencyjnej. Wszyscy z wyjątkiem Elizavety, która, jak ją zamurowało, tak już została. Trwała tak jeszcze przez chwilę, kiedy wreszcie w szoku wyszeptała:
- "Pani"…?
***
- Jakaż to piękność z ciebie, młoda damo o twarzy nieskażonej jeszcze ludzkimi troskami. Tyś nie człowiek. Tyś anioł, moja droga, więc przyjmij tą różę na znak mojego uznania. - rzekł Francis, kiedy tylko zobaczył Utopię. Powtarzał to na okrągło przez około 20 minut, kiedy inni dyskutowali o tej aktualnej sprawie. Typowa reakcja na zobaczenie czegoś pięknego.
- Popieram Francję. - skwitował Kiku.
- Rety! Japonio! Wyraź w końcu SWOJĄ opinię! - Szwajcaria jak zwykle w takich sytuacjach upomniał azjatę.
Ameryka czuł, że przekonanie tych kilku zaledwie krajów do tego, by projekt "Utopia" został uznany oficjalnie, jest tylko kwestią czasu. Miał jednak z tym małe wątpliwości związane szczególnie z tym, że to projekt utajniony. Przecież zwykłych projektów się nie utajnia…
- A ja się wciąż na to nie zgadzam. Tak generalnie. I koniec dyskusji. - uciął Feliks. Wtedy Rin podeszła do niego, bowiem poczuła instynktownie, że musi coś zrobić. Spojrzała mu w oczy swoimi, lekko zaszklonymi i zapytała:
- Tak totalnie nie?
- No… Myślę, że generalnie nie. - serce polaka chyba zmiękło, ponieważ nie był już tak pewny swoich racji. No bo w końcu jak mógł pozwolić, by przez niego płakało małe dziecko?
- Ale… Ale tak totalnie, definitywnie nie?
- Widzisz, Polsko!? Doprowadzasz dzieci do płaczu! I mnie przy okazji też! - wrzasnął Francis udając dramatycznie szloch.
- Ech… No dobra… Tak jakby, przemyślę to… - Łukasiewicz przekrzywił głowę i głęboko westchnął udając zamyślenie.
- A nie możesz tak po prostu totalnie się zgodzić?
Po tych słowach trwała bardzo długo chwila ciszy i zadumy, którą przerwało dopiero szuranie odsuwanych krzeseł. Anglia, Niemcy i Rosja wstali ze swoich miejsc bo długiej naradzie między nimi.
- Rozważyliśmy wszystkie "za" i "przeciw", po czym doszliśmy do wniosku, że niechętnie, aczkolwiek zgadzamy się na objęcie tym projektem również nas. - oznajmił Niemcy.
- Nie no… Wy też? Tak totalnie nie może być!
- Wybacz, Polsko, ale wygląda na to, że na tym placu boju pozostałeś tylko z panem Szwajcarią, panienką Liechtenstein i panną Węgry. Bo oczywiście zakładam, że wy… - tutaj Ivan zwrócił się do Bałtów. - …się zgadzacie.
- Tak jest, panie Rosjo. - odparli bracia trzęsąc się za strachu.
- Więc, tak totalnie, Polsko, zgodzisz się? - Rin po raz kolejny popatrzyła się przeszklonymi oczyma w Feliksa jakby chcąc powiedzieć "zgódź się!".
- Ech… Niech już będzie. Generalnie się zgadzam. - westchnął i spojrzał przepraszającym wzrokiem na Węgry, która sama była bliska rezygnacji ze swego dotychczasowego stanowiska na korzyść małej lolitki.

***
Utopia się śmiała zwykłym, dziecięcym chichotem, w którym jednak była ta nuta złośliwości i politowania. Nie było to słyszalne dla kogoś z zewnątrz, ale dla niej, jak najbardziej. Prawdopodobnie Rin zdawała sobie sprawę z tego, że inni nie słyszą tego, jak ona, więc zręcznie to wykorzystywała udając naprawdę niewinną istotkę.
- Co się stało? - spytał Ameryka, kiedy wracali, a ona się właśnie śmiała tym swoim słodkim, dziewczęcym chichotem.
- Nic takiego. Po prostu cieszę się, że inni mnie zaakceptowali. Dzięki temu nie trafię do tego strasznego miejsca, gdzie trafiały nieudane Utopie, prawda?
- Racja. Ciebie ominie to piekło. To wspaniale, prawda? - mówiąc to, Alfred podniósł dziewczynkę i posadził sobie na ramionach.
- Łaaaał~! Świat z tej perspektywy jest naprawdę piękny, panie Ameryko. - teraz w jej głosie była niesamowita, dziecięca szczerość, uczucia i radość.
- "Panie"? Nie nazywaj mnie tak. - blondyn udał naburmuszonego.
- Więc jak? Mogę "braciszku"? - dziewczynce twarz się rozpromieniła.
- No jeszcze się pytasz. Jasne, że możesz, siostrzyczko. A co byś powiedziała na lody?
- Lody~! Mogę truskawkowe?
- Dostaniesz truskawkowe, sister!

***
Niedługo po tym we wszystkich krajach zaczął obowiązywać projekt "Utopia". Na całym świecie zaczęto mówić sztucznym językiem, którego nigdy nie nazwano, posługiwano się niewiadomą, ale jednakową walutą. Nie było granic, paszportów. Jedni uważali, że żyje się lepiej, a inni tępili nierozwijanie, a wręcz eliminowanie poszczególnych kultur narodowych. Oczywiście, to były wymysły fanatyków teorii spiskowych. Nie miały zastosowania w rzeczywistości.
Z drugiej strony standard życia we wszystkich krajach się poprawił i osiągnął równy poziom. Prawie nie było bezrobocia, a zarobki były bardzo przyzwoite. Zakładano coraz więcej miast, a liczba populacji osiągnęła 10 miliardów zanim zaczęła na powrót spadać. Czemu spadała? Niewiadomo. Być może to nawet lepiej…?
Był koniec października. Bardzo piękny koniec października. Feliks z Elizavetą, która tej niedzieli przyszła wcześniej niż zwykle, krzątali się po salonie, ustawiając na stole zastawę obiadową.
- Co dziś na obiad tak w ogóle? - krzyknął z salonu głos żeński.
- Tradycyjna zupa ogórkowa, kotlet schabowy w panierce, ziemniaki i kapusta kiszona! - odkrzyknął z kuchni głos męski.
- To świetnie. Jeśli Francis albo Gilbert będą próbowali się wprosić, to już tu nie wrócą, prawda? - zaśmiała się. Po domu rozległ się dźwięk pukania, więc Feliks poszedł otworzyć drzwi.
- Witaj, przyjacielu. - rzekł Toris, kiedy stanął w drzwiach. - Jeśli się nie obrazisz, to może po obiedzie zjemy ciasto mojego wypieku, zgoda?
- Ty się jeszcze pytasz. Generalnie, to się przecież na takie sprawy zgadzam.
Po kilkunastu minutach zasiedli do obiadu. Feliks, Toris, Elizaveta, Raivis, Eduard, a gościnnie w tym tygodniu także Roderich, Vash i Lily.
- Nie spodziewałem się, że to powiem, ale twoja zupa z ogórków była wyborna. - rzekł Austriak po zjedzeniu pierwszego dania.
- Całkowicie się z tobą zgadzam. - skwitował Szwajcar. Jego towarzyszka siedziała cicho i delektowała się smakiem tego, co jeszcze pozostało w talerzu.
- Generalnie, to czego się spodziewaliście? Wiem, że Francis rozpuszcza dziwne plotki na temat mojej kuchni, ale to nie powód, by się tego totalnie bać, prawda?
Kiedy gospodarz sprzątał brudne naczynia po zupie, Roderich wstał i rzekł:
- Feliksie. Czy masz w zanadrzu fortepian? Proponowałbym, by przed daniem głównym wysłuchać mojego skromnego koncertu fortepianowego inspirowanego Chopinem, Bachem i Mozartem. - po czym Elizaveta również wstała i rzekła:
- Roderichu. Uważam twój pomysł za wspaniały, ale jakbyś jeszcze nie zauważył, fortepian stoi w rogu sali. Czy uraczysz nas swym koncertem? - mówiła to z przesadną dykcją i gestykulacją dłońmi, co spowodowało, że goście poczęli się śmiać. Niewiadomo, czy z niego, czy z niej. Więc kiedy śmiechy ucichły, Austriak subtelnym krokiem podszedł do instrumentu, siadł przy nim, przejechał palcami po klawiszach, jakby chcąc wyczuć nuty, które zaraz popłyną w powietrze i zaczął grać. Najpierw utwory Chopina, później Bacha, a na koniec Mozarta.
Kiedy koncert się skończył, Polak skierował się do kuchni, by nałożyć i przynieść danie główne.
- Panie Feliksie. Proszę zaczekać. Pomogę panu. - rzekła Lily i za nim skierowała się do kuchni.
Raivis poczuł, że Toris i Eduard celowo depczą mu stopy i patrzą na niego wymownie. I on już dobrze wiedział, co to spojrzenie oznacza…
- Panie Polsko… znaczy się panie Feliksie. Też panu pomogę. - Łotysz zerwał się z krzesła i pobiegł za dziewczyną.
Jego bracia od początku wiedzieli, że odkąd tylko przestali uosabiać państwa na mapie, to on zakochał się w pannie z Liechtensteinu. Oczywiście, nie spodobałoby się to jej bratu, gdyby się dowiedział, ale kto powiedział, że on musi już o tym wiedzieć? W każdym bądź razie, to właśnie Toris zasugerował, by zaprosić na obiad germanów, by Raivis przejrzał na oczy, że to nie jest dziewczyna dla niego. Ponieważ jego bracia też nie byli za tym związkiem…
Łotysz zrównał się z Lily, po czym zrównał z nią swoje tempo. Bał się jej trochę spojrzeć w oczy, jakby w obawie, że może w nich zbyt dużo wyczytać. Lecz ona wbiła wzrok w podłogę z nieśmiałym uśmiechem na oblanej rumieńcem twarzy. I tak szli za Feliksem w milczeniu.
Ach, ta młodzieńcza miłość. Czyż ona nie jest piękna…?

***
I tak pięknie było przez pierwsze 30, może 40 lat. Po upływie tego czasu, Światowa Rada Parlamentarna się rozpadła i przez krótki okres nikt nie był u władzy… i wtedy na scenie politycznej pojawił się Łysy Polityk. Nikt nigdy nie poznał jego imienia ani nazwiska. Nawet twarz pozostawała tajemnicą. Głos, jedyna rzecz dowodząca, iż ten mężczyzna naprawdę istnieje, został zamaskowany i brzmiał sztucznie.
Łysy Polityk szybko zdobył poparcie, pomimo swojej tajemniczości. On i jego partia doszli do władzy, po czym zginęła demokracja. Nie było wyborów do zniszczonej już Światowej Rady Parlamentarnej. Rządził tylko on i jego partia. Niepodzielnie.
Coraz więcej ludzi zaczęło się burzyć takiemu porządkowi rzeczy. Ci, którzy wierzyli w prawdziwość teorii spiskowych mówili o Rządzie Światowym głośniej niż zwykle. W związku z tym, do coraz to większej ilości ludności przychodzili ponurzy panowie w czarnych garniturach. Szybkim, sprawnym ruchem unieruchamiali swoje ofiary, to jest ludzi, którzy chcieli walczyć o wolny świat, wyjmowali pistolety zza płaszcza i po jednym, głuchym strzale było już po wszystkim…

***
Alfred z Arthurem wbiegli wręcz do wielkiego, szklanego wieżowca. Zostali zatrzymani w swoistego rodzaju recepcji.
- Są państwo umówieni? - zapytała pani za ladą.
- Jak to umówieni?! Zazwyczaj wchodziłem tu kiedy tylko chciałem i jak chciałem! Czy ty kobieto w ogóle wiesz, kim jes…
- Alfred. Uspokój się. - zganił go mężczyzna z krzaczastymi brwiami.
- Jak mam się uspokoić, Arthur? To pierwszy raz od 40 lat, kiedy nie mogę wejść do Rin bez wcześniejszego umówienia! - recepcjonistka odetchnęła głęboko i przestała słuchać tych krzyków. Zadzwoniła tylko do swojej przełożonej z zapytaniem, co ma z nimi zrobić.
- Wy dwaj… - zwróciła się do nich, kiedy odłożyła słuchawkę. - …możecie wejść.
Jazda windą trwała niewiele ponad minutę. Kiedy mężczyźni z niej wysiedli, znaleźli się w obszernym biurze oświetlonym dzięki przezroczystym ścianom. Pokój był bardzo wszechstronny i znajdował się na ostatnim piętrze, więc nie było obawy, że ktokolwiek przez przypadek wysiądzie na tym piętrze. W pomieszczeniu, przy oknie znajdowało się biurko. Nie było ono zasypane papierami, ani zagracone kablami od komputerów. Od początku swojego istnienia zostało puste. Przy biurku stało krzesło, odwrócone tyłem do przybyszów.
- Braciszku… - zaczęła dziewczyna siedząca na krześle. - zjadłabym, tak jak dawniej, lody truskawkowe. Jednakże, ten świat pogrążył się w kolorach, których nic nie zmieni. Nie sprzedają też naszych lodów.
- Wiem o tym. Dlaczego mi to teraz mówisz? - blondyn spoważniał i poprawił okulary.
- Jestem jedyną osobą, która może się zobaczyć z moim szefem mając pełną świadomość, że to właśnie on. I wiesz… To dobra osoba. - tutaj Utopia się odwróciła do gości. Wyrosła. Długie, czarne włosy miała związane kolorową gumką w wysoki koński ogon. Nosiła podniszczone, młodzieżowe ciuchy - podartą, kolorową bluzkę na czarnym golfie, krótkie jeansy, czerwone, cienkie rajstopy i podniszczone trampki. Na dłoniach miała rękawiczki bez palców i kilka bransoletek, a paznokcie miała pomalowane na czarno.
- Dalej nie rozumiem…
- Mój szef jest dobrą osobą i bezgranicznie popieram jego działania.
- Wszystkie? - dopytywał się Arthur.
- Dokładnie. Łysy Polityk rządzi lepiej niż Światowa Rada Parlamentarna. - w tym momencie Utopia zachichotała. - Uważam, że nawet ten rozkaz, który teraz właśnie wyszedł z ust jego jest słuszny. Nawet bardziej, niż poprzednie.
Z windy wysiadło sześciu mężczyzn w czarnych garniturach. Otoczyli oni zdezorientowanych blondynów, po czym szybko ich unieszkodliwili i doprowadzili do utraty przytomności.
W dźwigu pojawił się nagle trochę tęgi mężczyzna w dyskretnym, czarnym kapeluszu i w długim, czarnym płaszczu. Podszedł do Rin i uścisnął jej serdecznie rękę.
- Wiedziałem, że jest mi panienka oddana. Ma już panienka plan, jak mamy się ich pozbyć?
- Oczywiście. Na razie proszę wtrącić ich do lochu zgodnie z tym, jak wcześniej to ustaliliśmy, panie Łysy Polityku. - mężczyzna machnął ręką do podwładnych, po czym sam wyszedł wraz z nimi i więźniami.
Kiedy dziewczyna miała już stuprocentową pewność, że urzędnicy wyszli i nie wrócą, stanęła przed szybą z pistoletem w ręku. Najpierw chichotała. Złośliwie i nieznośnie, po czym śmiech stał się już spokojniejszy i przyjemniejszy, po czym w końcu ustał.
- Więc mam ich po prostu zabić… tak?

***
Nie tylko dawne uosobienia Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych trafiły do więzienia - niezwykle ciemnej i szarej, aczkolwiek niewielkiej, podziemnej hali. Stopniowo zapełniano pomieszczenie coraz to nowymi towarzyszami.
I tak pewnego dnia otworzono halę tylko po to, by wrzucić tam ciało drobnej blondyneczki. Strażnik szarpnął ją za włosy, po czym dosłownie rzucił ją daleko, na zimną, stalową posadzkę. Słychać było tylko śmiech i zamknięcie żelaznych zamków.
Dawne uosobienie Łotwy wręcz zerwało się na równe nogi. Przez chwilę młodzieniec stał i się przyglądał zaistniałej sytuacji, po czym panicznie wręcz podbiegł do delikatnego, posiniaczonego ciałka. Sprawdzał puls, oglądał rany, a co poważniejsze opatrywał oderwanymi kawałkami swojego ubrania. Nikt nie zwracał na to uwagi. Jedynie Szwajcar stojący w kącie uśmiechnął się do siebie, po czym podszedł do Łotysza  i zaoferował mu pomoc w opatrywaniu ran.

***
W niespełna tydzień wszyscy ci, którzy niegdyś uosabiali kraje, zostali złapani i uwięzieni. Skupiali się w niewielkich grupkach. W jednych pocieszali się nawzajem. W innych obmyślano mało skuteczne plany ucieczki i względnego przeżycia. Kiku powtarzał w kółko "Kokoro; Kiseki; Kiseki; Kokoro;". Tłumaczył, że pierwsze słowo oznacza serce, którego tej dziewczynie, która teraz rządziła światem, brakowało. Drugie słowo oznacza cud, który byłby potrzebny do tego, by oni nie zginęli śmiercią tragiczną.
Minęło jeszcze kilka dni, zanim Rin nie złożyła im wszystkim wizyty wraz z całym oddziałem uzbrojonych generałów. Stanęła uroczyście w świetle, które dawała niedawno zainstalowana z tej okazji lampa, po czym zaczęła przemowę.
- Wy wszyscy… Wy wszyscy uwierzyliście słodkim oczom małego dziecka, które zaczęło się wtrącać do wielkiej polityki z rozkazu pewnego pana. W mojej pamięci zatarły się już wasze wątpliwości, które zapewne miały miejsce i ustąpiły przeświadczeniu, że za taką nieodpowiedzialność należy was ukarać. Łysy Polityk postanowił, że waszą karą za dopuszczenie dziecka do polityki będzie śmierć. Nie macie prawa do obrony, apelacji, podważenia wyroku Łysego Polityka. Jednak za nim Specjalny Oddział do Usuwania Istot Nieśmiertelnych się wami zajmie, chciałabym powiedzieć wam coś od siebie… - między żołnierzami zaczęły się szemrania. Czyżby nie było tego w oficjalnym planie? - Chciałabym wam podziękować za dopuszczenie tego małego dziecka o słodkich oczach do wielkiej polityki. Dzięki wam stoję tutaj między wami…
- Nonsens! Nigdy nie będziesz jedną z nas! - krzyknął zirytowany Raivis trzymający w ramionach ranną Lily. Ona tylko lekko szczypała jego ramię, jakby chcąc, by przestał. Szeptała mu coś, najpewniej chcąc go uspokoić. Nieskutecznie… Utopia skinęła palcem na jednego żołnierza, po czym on wycelował w Łotysza i zastrzelił go.
Jego ciało oparło się tylko o ścianę, a wzrok skierował się jeszcze po raz kolejny w ukochaną osobę. Krew zalewała mu twarz z rany umiejscowionej nieco ponad ustami. Z wielką trudnością pogładził jeszcze po włosach tej zszokowanej teraz dziewczyny, a oczy jego straciły blask życia.
- Nie… To niemożliwe… Raivis! Obudź się! Raivis! - blondynka trzęsła lekko ciałem, nie chcąc uwierzyć w to, co właśnie się wydarzyło. Trwało to kilka chwil, po czym dziewczyna wstała gwałtownie, będąc już oblaną krwią towarzysza. Podbiegła nieco do szeregu żołnierzy i wyciągnęła ręce, jakby chcąc zasłonić współwięźniów. - Jeżeli jego zabiliście, to mnie też zabijcie, ale proszę… Oszczędźcie i… - nie dokończyła. Stary, siwy generał do niej strzelił. Otrzymała ranę w głowę i zmarła wręcz od razu.
- Nie lubiłam takich osób jak ona. Zbyt dużo takich jest w literaturze. Myślą, że jeśli się poświęcą, to ocalą innych… - Utopia zachichotała złośliwie. - Zabawne… a jednocześnie tak głupie i naiwne. Mam nadzieję, że jeżeli gdzieś tam jest lepszy świat, to teraz jesteś szczęśliwa… - po czym zwróciła się z powrotem do żyjących. - Wracając jeszcze do wcześniejszego, rzecz jasna, chciałabym wam podziękować za dopuszczenie tego dziecka do władzy i wielkiej polityki. Dzięki wam stoję tu teraz przed wami. Gdybyście mieli jakąś przyszłość, powiedziałabym wam, żebyście w niej uważali, kogo sobie dobieracie. Ale jej nie macie… Za chwilę zakończy się historia różnych narodów, zwaśnionych krajów i wielkich wojem między nimi, a ostatecznie zacznie się lepsze jutro, którego wy nie zobaczycie. Żegnajcie…
Po tych słowach do każdego więźnia została wycelowana spluwa. Jedni śmierć przyjęli ze strachem, chcąc jej zapobiec, uniknąć. Trzęśli się oni, a ci, co do nich celowali, pomimo pewnej ręki, musieli chwilę celować. Inni śmierć przyjęli z honorem. Siedzieli oni spokojnie, z głową skierowaną w dół. Jeszcze inni chowali się przed nią za innymi więźniami. A przynajmniej próbowali. I oni zginęli pierwsi, bowiem, by nie stracić ich z celownika, dostali strzały zanim zdążyli się ukryć.

***
Początkowo lud nie odczuł, że brakuje mu rozwijania swojej kultury, języka i innych. Głównie dlatego, że podobnie sprawy się miały przed tą tajną rzeźnią uosobień narodów. Dopiero po śmierci kilku pokoleń, po upływie kilku wieków, lud wzniecił rewolucję przeciwko prawnukowi Łysego Polityka. W jej wyniku, poszczególne kraje powracały do życia. Odżyła niemalże cała Europa i Ameryka, poczynając od Polski oczywiście. Niektórzy azjaci również na nowo powitali się z darem życia. Rozwścieczony lud na powrót zaczął doszukiwać się swoich korzeni, uczyć się własnej kultury, zwyczajów i języka. W stolicy Utopii, która nigdy nie została nazwana, ostał się jeden, najwyższy budynek w mieście - szklany biurowiec, na którego ostatnim piętrze, przy oknie, stała brunetka o bladej twarzy. Grymas jej twarzy wyrażał niezadowolenie, złość, ale też żal. W prawej ręce trzymała mały pistolet, który po chwili przyłożyła do skroni. Na jej nadgarstkach widoczne były blizny i strupy po ranach ciętych i głębokich.
- To już koniec… tak? Nie przypuszczałam, że tak to się skończy. Może gdyby Łysy Polityk i jego potomkowie nie byliby tak głupi, to inaczej by się to skoczyło… - jej ręka z pistoletem zmieniła miejsce, w które celowała. Teraz było nim dziesięcioletnie dziecko przywiązane łańcuchem do krzesła. - A ty jak sądzisz, drogi M.?
Historię Utopii zakańczam dwoma strzałami…
OMG. Po miesiącu od wymyślenia fabuły w końcu to napisałam. Długością dorównuje \"Lustrze wspomnień\" (10 stron w wordzie pisane czcionką 11) i znając życie, tu i tak jest cała masa błędów, które musicie mi wytknąć.

Btw, mówiłam wam chyba, że jeśli będziecie wiedzieli, że piszę angsta, mieliście mnie trzepnąć. Gdzie byłaś, zacny Bananie? D<

Wolę już teraz wyjaśnić kilka kwestii, które są bez większego znaczenia (i pewnie wytkniecie inne):

:bulletred: Podobieństwo Smitha do Łysego Polityka - Tak między nami zdradzę wam, że Smith jest w gruncie rzeczy wujkiem biologicznym od strony jego brata dla Łysego Polityka.
:bulletred: Lily - fanowskie imię Liechtensteinu.
:bulletred: ŁotLiecht - tak. Nie mogłam się powstrzymać, by to tu wcisnąć, mimo, iż fanką pairingu nie jestem, ale wydało mi się to po prostu urocze :aww:
:bulletred: Tytuł oryginalny, ale się nie zmieścił - Prawdziwa Utopia nie zaistnieje
:bulletred: Teorie spiskowe - Ten ff nawiązuje konkretnie o teorii o Rządzie Światowym. Nie chce mi się go bliżej opisywać.
:bulletred: Szef Ameryki w tym wypadku nie jest Obamą, żeby nie było. Akcja rozpoczyna się w przyszłości rzędu 20-30 lat.

Jakbyście wszyscy wytknęli pewną wątpliwość tutaj, to mogę ją tu jeszcze umieścić xD

Tak. Musiałam ich zabić.

Utopia (Rin Martha Stirling), Ms Melanie, Mr Smith, Mr Boss, Bald Politician (Łysy Polityk) and M. by me.
Other characters from "Axis Powers Hetalia" series by Hidekazu Himaruya
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Tradycją dla Belli było coroczne pieczenie czekoladowych wypieków. Rokrocznie w okolicach 14 lutego jej apartament był przesycony rozkosznym zapachem babeczek, ciasteczek albo gofrów, który sączył się przez drzwi do długich, nowoczesnych korytarzy na jej piętrze.
Mieszkanie w tym dniu lśniło czystością tak, jakby miało oczekiwać gościa, lecz poza tym niewiele znaczącym faktem (przecież żyć w czystości można zawsze) i aromatem ciasta w każdym kącie skromnych 90 metrów kwadratowych, nic nie wskazywało na to, żeby Belgia szykowała się do spotkania. Wszystkie mniej lub bardziej oficjalne suknie były nienagannie powieszone w sterylnej, nowoczesnej szafie. Buty i torebki zresztą też tam spoczywały.
Z rozgłośni radiowej nadawano jakieś przesłodzone piosenki dla zakochanych, a między nimi mężczyzna o niskim, namiętnym głosie opowiadał jakieś niewiele znaczące anegdotki o walentynkach. Bella nie słuchała. Radio grało, by grało.
Tak szczerze – jeśli ktoś nie może spędzać tego święta z kimkolwiek, bo skomplikowane i tajne ustawy mu tego zabraniają, to czy ten ktoś chciałby słuchać, że tego właśnie dnia tyle a tyle procent społeczeństwa odwiedza kina, kawiarnie albo wesołe miasteczka, a młodzi kawalerzy wydają miliony euro na róże dla swoich wybranek?
No właśnie.
Tik. Tak. Tik. Tak.
Za szesnaście piąta.
Belgia wyłączyła piekarnik i uchyliła drzwiczki, by babeczki mogły troszkę „pooddychać”, jak to zwykła mówić, zanim wyjmie je na dobre i zacznie dekorować. Nie wiedziała, dla kogo to robi rokrocznie, ale lubiła uśmiechać się do swoich wypieków. Wydawały jej się wtedy jeszcze bardziej udane.
„Dla siebie. Uwielbiam babeczki.” tłumaczyła sobie w myślach. Tak, jakby potrzebowała zapewniać się o tym nieustannie.
Za piętnaście piąta.
Ding dong.
„Jak w zegarku”, pomyślała Bella. Akurat skończyła zdejmować fartuch i rzuciła go niedbale na fotel. Robiła tak co roku. „A co tam? Zaraz i tak go z powrotem założę”, uśmiechała się sama do siebie.
Kierując się do drzwi chwyciła z półki specjalnie odliczone drobne na napiwek – 5 euro. Wiedziała już, kto, lub raczej co czeka za drzwiami, ale dla pewności (bo nigdy pewna nie była) zajrzała przez wizjer.
Otworzyła kurierowi drzwi. Ten, jak co roku, wydukał jakieś walentynkowe życzenia, wręczył kwiaty, a ona mu w zamian wręczyła napiwek. Grzecznościowa wymiana uśmiechów, żartobliwe uwagi posłańca, że fajnie by było, gdyby tajemniczy wielbiciel się w końcu ujawnił (bo to już tyle lat) i zamknięcie drzwi na zamek.
Belgia nigdy się nie dowiadywała, od kogo rokrocznie dostawała bukiet 7 nabrzmiałych czerwienią róż. Co prawda miała jakieś podejrzenia, ale litości. Ile razy można oskarżać Francję o jakąkolwiek formę manifestowania swoich uczuć do świata z tego tylko powodu, że jest romantykiem? Wiedziała tylko, że to dla tego tajemniczego kogoś piekła obdarzane najpiękniejszymi uśmiechami babeczki, gofry i ciasta czekoladowe, które ostatecznie zjadała sama narzekając losowo wybranej żeńskiej personifikacji, że będzie gruba, jeśli nie pójdzie na odwyk od czekolady i jej pochodnych.
Polish only. Sorry guys, but if fanfiction is in Polish, description also should be.

*odkurza stare graty*
Czy ktoś tu jeszcze zagląda?
*echoooo*


Wesołego dnia singla, panie i panowie, singielki i single oraz wszystkie pary <3
Stwierdziłam, że robię Wielki Powrót (TM), a zacznę go tym o to wieloczęściowym (hehehe, już to widzę) fanfikiem (EDIT: będącym zbiorem krótkich opowiadań - przepraszam, że nie uprzedziłam) :3 Trzymajcie kciuki, może jeszcze mi się coś tu uda.

Czemu Belgia nazywa się Bella? Bo to imię tak do niej pasuje, że nie mogłam się powstrzymać. Serio >3

i wgl omg, jak ten dev się zmienił. NIE OGARNIAM :D

Ogłoszenia parafialne:
Wystartowałam z blogiem z opowiadaniami i fanfikami. Blog co prawda jest dopiero w budowie, ale zamierzam tam publikować opowiadania, zarówno własne (większy projekt mi się nawet szykuje), jak i fanfiction (tak, Róże też tam znajdziecie :D). Więc zapraszam Was (o ile jeszcze ktoś tu jest) na [link] - mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie :3

Koniec ogłoszeń parafialnych.

Róże
- część 1 - tutaj
- część 2 - [link]
- część 3 - [link]
- część 4 - [link]

Axis Powers Hetalia and it's characters belows to Himaruya Hidekazu.
But this fanfic belows to ME
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

- Rany, jak gorąco…
- Trzeba było zamontować klimatyzację, idioto.
Hiszpania zaśmiał się i przeciągnął, moszcząc wygodniej głowę na kolanach Lovina. Odpoczywali na drewnianej podłodze niewielkiej werandy, uciekając przed zaduchem mieszkania Antonia i przed palącym słońcem na zewnątrz.
Hiszpania wyciągnął rękę nad siebie i poklepał Romano po policzku w pieszczotliwym, niemal ojcowskim geście. Lovino posłał mu gniewne spojrzenie.
- Jak ja cię zaraz klepnę… - zaczął. Antonio ponownie się zaśmiał.
- To było silniejsze ode mnie. Nic na to nie poradzę, że masz taką słodką buzię.
- Nie mów do mnie jak do dziecka, pajacu.
Umilkli obaj. Romano przymknął oczy i oparł się wygodniej o ścianę za plecami. Antonio spoglądał z dołu na jego odchyloną głowę, zarys szczęk i podbródka. Uśmiechnął się do siebie.
- Wiesz, o czym myślę? – zapytał nagle. – Przypomniało mi się, jak przyszedłeś do mnie niedługo przed tym, jak straciłem nad tobą opiekę. Pamiętasz? Wtedy też był taki upał.
Romano powoli otworzył oczy.
- Pamiętam – odpowiedział po chwili.

- Romano…
- Przestań! Zabieraj tę łapę z mojej głowy!
- Zrozum. Jeszcze jest za wcześnie, byś odszedł…
- Widzisz? Znowu to robisz!
Lovino ze złością odepchnął rękę Antonia, który patrzył na niego zdezorientowany. Włochy miał ochotę zetrzeć ten głupawy wyraz z jego twarzy, najlepiej pięścią. Albo krzesłem.
- Tylko się z tobą droczę – westchnął zrezygnowany Hiszpania, drapiąc się w głowę.
- Przestań traktować mnie jak dziecko! Nie jestem już mały!
Antonio spojrzał na niego zaskoczony. Przyjrzał się uważniej stojącemu przed nim Romano, który niespokojnie uciekł spojrzeniem, nagle speszony tymi oględzinami. Cofnął się o krok, czując za plecami chłodny mur. Nagle Hiszpania głośno się roześmiał.
- Masz rację, wyrosłeś – powiedział. – Ale nadal wyglądasz słodko, jak mały… Uch!
Uderzenie pięścią w żołądek wyparło z niego powietrze. Zwinął się wpół z bólu, obejmując brzuch.
- Za… co? – wychrypiał, opierając się jedną ręką o ścianę, tuż obok czerwonego z gniewu Romano.
- Bałwan! – burknął w odpowiedzi Lovino. Napiął mięśnie, lekko pochylając się do przodu. – Chociaż raz potraktuj mnie jak równego sobie. No już! Uderz mnie!
- Co takiego?
Znowu przybrał ten zidiociały wyraz twarzy. Lovino nie wytrzymał. Hiszpania zachwiał się, gdy pięść Włoch trzasnęła go w szczękę.
- Ha! Głupio ci, że leje cię smarkacz? – Romano czuł płynącą przez ciało adrenalinę. Uderzył jeszcze raz. – Dlaczego się nie bronisz? Oddaj mi, idioto!
Antonio przyjmował kolejne ciosy, nawet nie próbując ich zatrzymać. Po każdym uderzeniu prostował się, choć coraz ciężej wspierał się na ścianie.
„Dlaczego on się nie broni?".
- Taki jesteś słaby? – Wtedy Lovino zrozumiał. Jego pięść zawisła w powietrzu. -  Ty… nadal myślisz, że jestem dzieckiem?
Hiszpania spojrzał na niego dziwnie. Na jego stłuczonym policzku powoli wykwitał siniak.
- Ty cholerny draniu! – krzyknął Lovino. Spojrzenie Antonia tylko podsyciło jego gniew. – Jestem dorosły, więc traktuj mnie jak dorosłego, ty pieprzony…
Włożył w to uderzenie całą swą wściekłość, niczym niepowstrzymywaną złość. Pięść głucho pacnęła.
Hiszpania złapał jego dłoń w swoją i mocno zacisnął palce. Lovino powstrzymał jęk bólu. „Nie. Nie pokażę ci, że jestem słaby".
- Mam cię traktować jak dorosłego? – zapytał Antonio, znowu z tym dziwnym wyrazem w oczach. Puścił jego pięść i oparł rękę na murze tuż obok głowy Lovina. Drugą dłonią dotknął jego twarzy. – Tego chcesz?
Romano spojrzał na niego spanikowany. „Coś się w nim zmieniło. Jest taki jak wtedy. Wtedy, gdy myślał, że jest niepokonany. To tę maskę przybierał, gdy myślał, że nie patrzę". Uciekł spojrzeniem w bok, gdy oczy Antonia wpatrywały się w niego w ten przerażający sposób. Jakby był zdobywcą.
„Dlaczego jest tak blisko?".
Antonio przesunął palcem po jego szczęce i mocno chwycił za podbródek. Lovino się szarpnął.
- Puszczaj mnie, ty stary…
- Nie – Gdy przysunął twarz do jego twarzy, Romano znowu szarpnął, z trudem odwracając głowę w bok. Wargi Antonia musnęły powietrze przy jego policzku. Rozczarowany, spojrzał na Lovina gniewnie. – Bądź mężczyzną.
- Drań… Powiedziałem, żebyś…
Dłoń Antonia lekko zacisnęła się na jego krtani. Lovino skrzeknął przerażony i znieruchomiał.
„Co się z nim dzieje?", pomyślał, czując narastającą panikę. „Co robić?".
Hiszpania pochylił głowę i dotknął ustami rozpalonej skóry na jego twarzy. Lovino stęknął protestująco, gdy Antonio przesunął wargi na wrażliwe miejsce tuż koło ucha. Na chwilę oderwał się od niego.
- Widzisz? Nie potrafisz się bronić – powiedział, patrząc w jego pełne przerażenie i udręki oczy. Uwolnił uścisk na jego gardle i powolnym ruchem przesunął dłoń na bok jego szyi. – Jesteś jeszcze za młody.
Znów się pochylił. Przesunął ustami po jego szyi w długiej, niespiesznej pieszczocie. Lovino jęknął cicho.
„Powinienem go odepchnąć i uciec. Powinienem, ale nie potrafię", myślał, gdy dotyk warg Antonia i ruch jego dłoni na skórze zniewalał i obezwładniał coraz bardziej.
„Czy to jest na poważnie? Czy znowu się ze mną droczysz, ty cholerny draniu?".
Westchnął, czując spływającą po policzku łzę. Wściekły otarł ją ręką. Hiszpania zauważył ten gest i spojrzał na niego, podnosząc głowę. Zmarszczył brwi.
- Romano? – zapytał. I nagle jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia, jakby dopiero teraz zrozumiał, co się stało. Widział zarumienioną twarz Lovina, błyszczące od lęku i budzącego się pragnienia oczy i swoją własną dłoń, delikatnie przesuwającą się po jego szyi. Oderwał się od niego, odskakując jak oparzony.
- Przepraszam – wybełkotał, nie patrząc na Romano. Obiema dłońmi chwycił się za głowę. – Ja nie chciałem. Przepraszam.
Lovino ciężko oparł się o ścianę, łapczywie łapiąc oddech. Czuł dziwną pustkę i chłód po tym, jak Hiszpania go puścił.
- Kłamiesz – powiedział cicho, wbijając wzrok w podłogę. – Chciałeś.
Antonio spojrzał na niego zaskoczony.
- Bądź mężczyzną i po prostu się przyznaj – powiedział Romano, również podnosząc na niego spojrzenie. Odepchnął się od ściany i zbliżył się do Antonia. Stanął tuż przed nim. – Wtedy ja…
Hiszpania jakby wbrew sobie wyciągnął rękę i przesunął ją po policzku Lovina. Sięgnął do jego włosów, dotykając ich w dobrze znanym, pocieszającym geście.
- Nie powinienem był. Przepraszam. Jestem taki słaby…
Potem nagle zacisnął wargi, odwrócił się i odszedł, zostawiając Romano samego z niezrozumiałym żalem w sercu.

Duszne powietrze docierało nawet na ocienioną werandę. Lovino westchnął, dłonią ocierając czoło.
- Dlaczego wtedy uciekłeś? – zapytał, spoglądając w dół na Antonia.
- To nie powinno było się wydarzyć. Byłeś jeszcze młody… Auć! – Hiszpania chwycił się za ramię, w które przed chwilą rąbnął go Lovino.
- Pieprzysz.
Antonio zaśmiał się krótko, po czym spoważniał. Spojrzał przed siebie.
- Nie chciałem, żebyś mnie takiego widział – odpowiedział po chwili. Popatrzył na Romano. – Bałeś się wtedy.
Lovino na chwilę zaniemówił. Nieświadomie wplótł palce we włosy Antonia i teraz nerwowo za nie pociągał.
- Idiota – odezwał się w końcu. – Ty też się bałeś.
Hiszpania wyciągnął do góry dłoń i dotknął twarzy Romano. W jego oczach błysnęły figlarne ogniki.
- Też? – zapytał. – Więc przyznajesz, że wystraszyłeś się wielkiego szefa?
Śmiał się głośno nawet wtedy, gdy znowu oberwał pięścią w bok. Umilkł, gdy dłonie Lovina objęły jego głowę.
- Bałwan – powiedział Romano, pochylając się nad twarzą Antonia. Nim go pocałował, mruknął jeszcze: - Okropny z ciebie dzieciak.
Lamerski tytuł, yeah!

To Spamano w ogóle nie miało tak wyglądać. Miało mieć głębszy sens, dłuższą historię, trochę refleksji i zgrabnych przemyśleń. Cóż, nie ma. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się takie napisać, jak wygospodaruję trochę więcej czasu. Egzaminy się zbliżają wielkimi krokami, moja obrona także, a ja jestem sto lat za Murzynami, więc udało mi się przysiąść tylko na chwilę i nabazgrać takie coś. Wybaczcie.

Jak widać błędy, to dawać znać, bo wrzucane na świeżo.

BTW, wczoraj wpadłam na SuFinowy komiks: [link] Historia może i banalna, ale kreska świetna. No i zabił mnie śmiechem: krótkowzroczny Berwald, firanka i alkohol w saunie (really guys, really? Toż to samobójstwo!) :lmao: Zresztą w galerii autora znajdziecie również bekowe Spamano:XD: Polecam każdemu!
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Doktor Ross wszedł do gabinetu dyrektora i nie czekając na zaproszenie, usiadł w jednym z foteli. Bolał go bark, nie spał już drugą noc, a zanosiło się na to, że kolejnej też nie prześpi.
- Jak idą prace nad pierwszą próbką? – zapytał dyrektor, pomijając powitanie. Zdawał się nie patrzeć na doktora, zainteresowany jedynie przekładaniem leżących przed nim papierów.
- Nie najlepiej. Produkt jest już prawie gotowy, jednak wciąż nie wiemy, jak zareaguje na niego ludzki organizm. Próby na zwierzętach nie mają sensu, a ludzie…
- Jeśli potrzebuje pan ludzi do eksperymentu, znajdę ich.
Doktor spojrzał na niego, nie kryjąc szoku. Dyrektor wyczuł to spojrzenie, bo na chwilę przestał kartkować dokumenty i popatrzył na Rossa.
- Martwi pana, że to nieetyczne? – zapytał. – Proszę się nie denerwować. Jeśli zaoferuje się odpowiednią sumę, zgłosi się mnóstwo ochotników. Nikt nikogo nie będzie zmuszał. A jeśli nie będzie chętnych, zawsze możemy sięgnąć po skazańców, bezdomnych…
- Nie zgadzam się – przerwał mu doktor, przerażony wizją dyrektora. Był lekarzem, nie może eksperymentować na ludziach…
- Doktorze – powiedział dyrektor, odkładając papiery na stół i splatając na blacie dłonie. – Zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi. Ale po to pan tu jest. Ma pan wykorzystać ten produkt, by pomagać ludziom. Każdy lek musi być przetestowany, ten także. Wyznaczyłem do tego zadania pana, ponieważ jest pan najlepszy, ale jeśli pan się waha, mogę zatrudnić kogoś innego. Tylko że wtedy eksperymenty mogą być bardziej… uciążliwe dla pacjentów.
Lekarz milczał, trawiąc te słowa. Dyrektor patrzył na niego przez chwilę, nim znowu się odezwał.
- Niech pan weźmie się w garść i przestanie wszędzie dopatrywać się masowego mordu. Dla własnego dobra i dla dobra pana przyszłych pacjentów. Rozumiemy się?
Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. W końcu lekarz zrezygnowany kiwnął głową. Dyrektor wyraźnie się rozjaśnił.
- Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy – powiedział. Stuknął palcem w plik kartek leżących przed nimi. Na pierwszej z nich dało się odczytać tekst: „Na mocy międzynarodowego porozumienia rządów oraz za zgodą obywateli…". – Jeśli zabraknie panu materiału do produkcji, mogę…
- To nie będzie konieczne – odpowiedział doktor. Czuł w ustach gorzki smak. Czy tak smakuje wstręt do samego siebie? – Pański ostatni pomysł dostarczył wystarczającą liczbę obiektów do eksperymentu. Nawet mimo ucieczki tych dwóch…
- Proszę sobie nie łamać tym głowy – dyrektor machnął ręką. – Na wolności bardziej się nam przydadzą. Poza tym, niedługo może pan oczekiwać kolejnych obiektów.
Ross spojrzał pytająco na dyrektora, który uśmiechnął się lekko.
- Co…
Nim zdążył zadać pytanie, drzwi do gabinetu rozwarły się z hukiem. Do środka wszedł wysoki mężczyzna o groźnym wyrazie twarzy. Zmierzył Rossa spojrzeniem, pod którym doktor mimowolni zadrżał, i skierował wzrok na dyrektora. Szybko podszedł do biurka. Tuż za nim biegła wystraszona sekretarka, tłumacząc się, że nie mogła powstrzymać tego człowieka.
- Ochrona! – krzyknął Ross, zrywając się z fotela. – Proszę natychmiast wezwać ochronę!
- Doktorze, proszę się uspokoić – powiedział dyrektor, nie spuszczając wzroku z nieproszonego gościa. Gestem dłoni wyprosił sekretarkę. – W czym mogę panu pomóc, panie…?
Zamiast się przedstawić, mężczyzna rzucił na biurko dwie zgięte w pół kartki.
- Chcę to anulować – powiedział. Jego głos zawibrował nisko.
Dyrektor powoli sięgnął po papier i przyjrzał się tekstowi, który tak doskonale znał, i swojemu podpisowi na samym końcu. Potem znów spojrzał na obcego.
- Wie pan, że naruszył pan prywatną korespondencję? – zapytał. – Te listy nie były adresowane do pana.
- Wiem. Nie powinny do nich trafić. Chcę je anulować.
Dyrektor westchnął i rzucił papiery na stół.
- Sealandia – zaczął – nie jest państwem ogólnie uznanym, dlatego zawarto międzynarodową ugodę, by zrezygnować z personifikacji w osobie Petera Kirklanda. Z kolei decyzję o zdjęciu tej odpowiedzialności z Tina Väinämöinena została podjęta przez rząd fiński. Jak więc pan widzi, to sprawa rządowa, Stowarzyszenie Wyzwolonych jest tylko wykonawcą. Dlatego nie mogę nic dla pana zrobić.
- To wy chcecie ich zniszczyć. Na pewno możecie to jakoś zatrzymać.
- Nikogo nie niszczymy – odpowiedział dyrektor. – Skąd takie plotki? My dajemy szansę, by personifikacje mogły żyć dalej normalnie. To rządy się ich pozbywają i to do nich proszę kierować swoje pretensje. My chcemy tylko pomóc.
Ross widział jak olbrzymie dłonie obcego mężczyzny zaciskają się w pięści. Kim on był?
- Ta sprawa w żaden sposób pana nie dotyczy – zaczął ostrożnie, pragnąc znaleźć odpowiedź na dręczące go pytanie. – Dlaczego więc pan tak się tym przejmuje?
Mężczyzna zmroził go spojrzeniem.
- To moja rodzina – odpowiedział krótko.
„Rodzina?", pomyślał Ross. „Przecież to nie są ludzie…"
- Doktorze, proszę – syknął dyrektor, po czym zwrócił się do mężczyzny. – Domyśliłem się, że rozmawiam ze Szwecją. Powiem to jeszcze raz. Nic nie możemy zrobić. Rządy zleciły nam tę pracę, zapłaciły za nią, a my ją wykonamy.
- Zapłacę, ile będzie trzeba…
- Wątpię – rzucił dyrektor. – Tu nie chodzi o pieniądze, tylko o wizerunek i dobre imię firmy.
Szwecja milczał przez chwilę. Ross widział jego napiętą twarz, ale nie potrafił odczytać z niej żadnych emocji. Spojrzał więc na dyrektora, który pod maską powagi zdawał się uśmiechać z zadowoleniem. „Co on znowu knuje?".
- Zrobię wszystko – odezwał się Szwecja, przerywając milczenie. – Zostawcie ich w spokoju, a zrobię dla was wszystko.
Dyrektor zamyślił się. Ross wiedział jednak, że udaje, że właśnie takiej deklaracji oczekiwał.
- Nie mogę niczego obiecać – odpowiedział powoli, jakby podejmował ciężką decyzję. – Ale postaram się odsunąć termin wykonania naszych działań. W tym czasie będzie pan mógł skontaktować się z odpowiednimi władzami i negocjować z nimi. W zamian za to jednak…
Gdy dyrektor wyłuszczał swoją propozycję, Ross po raz pierwszy zdołał zauważyć emocje na twarzy Szwecji. Widział, jak ten blednie, a jego szczęki zaciskają się nerwowo.
- Jaka jest pana decyzja? – zakończył dyrektor.
Szwecja się zawahał. A potem rysy jego twarzy stwardniały.
Odpowiedział.

„Vania?".
Głos był dziewczęco wysoki i brzmiał trochę dziecinnie. Był ciepły.
„Vania, zimno ci?".
Chciał odpowiedzieć, ale nie mógł. Łzy paliły go w gardle.
„Vania, dlaczego płaczesz?"
Drobne ręce, tylko trochę większe od jego własnych, dotknęły jego twarzy. Otarły łzę. Widział nad sobą błękitne oczy. Tak, były ciepłe.
„Vania, nie płacz. Jestem tu".
Dłonie chwyciły jego szalik, delikatnie go poprawiły. A potem mocno zacisnęły na jego szyi. Zakaszlał.
„Ja się tobą zaopiekuję".
Materiał wbijał się w krtań. Brakowało mu tchu, przed oczami latały ciemne plamy. A potem nagle ucisk zelżał. Gwałtownie wciągnął powietrze do płuc.
„Vania".
Plamy nie zniknęły sprzed jego oczu. Opadły na tę twarz tuż nad nim, przylgnęły do skóry i wgryzły się w nią. Chorobliwe znamię przykryło znane rysy. Wyciągnął rękę i ich dotknął.
Były zimne.
„Zaopiekuję się tobą".


Rosja gwałtownie otworzył oczy i rozejrzał się po ciemnym pokoju. Musiał zasnąć w fotelu, a zdrętwiałe od niewygodnej pozycji ciało w końcu dało o sobie znać i wyrwało go z tego złego snu. Niepewnie uniósł dłoń i przejechał nią po krtani.
Tak, to był tylko zły sen.
Siedział jeszcze przez chwilę w fotelu, starając się nie myśleć o niczym istotnym, jednak przed oczami wciąż miał błękitne oczy Ukrainy, wyzierające z twarzy pokrytej sinymi plamami. Wzdrygnął się.
Wtedy odezwał się telefon. Szybko poderwał się, gdy tylko zobaczył na wyświetlaczu numer lekarza jego siostry. Odebrał.
- Nie mam dobrych wieści – powiedział lekarz. Rosja zacisnął dłoń na telefonie. – Rozumiem, że przekazywanie takich wiadomości przez telefon jest niewłaściwe, ale musieliśmy ogłosić kwarantannę. Choroba prawdopodobnie jest zakaźna, nie mogę więc ryzykować, że…
- Co z moją siostrą?
Na chwilę zapadło milczenie. Lekarz westchnął cicho.
- Przykro mi – odpowiedział w końcu.
Telefon wypadł z bezwładnej dłoni Ivana i roztrzaskał się o podłogę.

- Co takiego? Feliks…
- Ciszej! – syknął Eduard. – Nie po to ci to mówię, żeby wszyscy od razu się o tym dowiedzieli.
Raivis patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami. Przyłożył dłoń do ust, jakby chciał cofnąć głośno powiedziane słowa i szybko rozejrzał się wokół.
Byli w parku niedaleko domu Łotwy, gdzie zaaferowany Eduard zażądał spotkania, wydzwaniając do niego z samego rana. Teraz było południe, kręciło się niewielu ludzi, wszyscy jednak zajęci swoimi sprawami nie zwracali uwagi na dwóch rozmawiających mężczyzn.
- Teraz rozumiem, dlaczego nie chciałeś się spotkać u mnie w domu – powiedział cicho, zwracając się do Estonii. – Opowiedz, jak to się stało.
Eduard pokrótce przedstawił wydarzenia z poprzedniego wieczoru. Potem z posępnym wyrazem twarzy dodał:
- Zabraliśmy go potem do mnie do szpitala.
- Zwariowaliście?! – wykrzyknął Raivis, ale zgromiony spojrzeniem, ponownie zniżył głos. – A jeśli ktoś by się dowiedział?
- A co mieliśmy zrobić? Działo się z nim coś niedobrego, rzucał się i krzyczał... Jak nam potem odleciał, to nie mogliśmy go ocucić. Do tej pory jest nieprzytomny. Zawieźliśmy go do jednego z moich szpitali, pracują tam zaufani ludzie, więc nic złego nie może się stać. Chyba.
Milczeli przez chwilę.
- Co powiedział lekarz? – zapytał w końcu Raivis, przyglądając się gołębiom na chodniku.
- Nie potrafił powiedzieć, co mu dolega. Zrobili mu kompleksowe badania, szczególnie głowy… Ma obrzęk mózgu, dlatego zapadł w śpiączkę.
- Kiedy się obudzi?
Eduard nie odpowiedział od razu. Zacisnął dłonie na brzegu ławki, na której siedział.
- Nie wiadomo. Lekarze nie dają mu dużych szans, więc… Prawdopodobnie nigdy.
Przez chwilę wokół nich nie było słychać nic innego poza trzepotem skrzydeł i gruchaniem gołębi.
- Potem zabraliśmy go do Torisa – odezwał się w końcu Eduard, zniżając głos niemal do szeptu. – Ukryliśmy go u niego w piwnicy, załatwiłem sprzęt…
- Dlaczego uciekł? – zapytał nagle Raivis, nie odrywając wzroku od ptaków. Estonia spojrzał na niego, nie rozumiejąc. – Dlaczego uciekł od Stowarzyszenia Wyzwolonych? Przecież nie chcieli nic złego, miał potem żyć jak normalny człowiek…
- Raivis, co ty…
- Pomyśl trochę. Nie jest łatwo być personifikacją, sam doskonale o tym wiesz. My należymy do słabszych krajów, nikt się z nami nie liczy, wszyscy wykorzystują… I tak przez wieki, a wcale nie zanosi się na poprawę. Nie jesteśmy już potrzebni. Ja nie jestem potrzebny.
- Przestań.
- Jestem już zmęczony, Eduard. Zmęczony ciągłym byciem tym słabszym. Zazdroszczę Feliksowi tej szansy, której on tak się opiera. Mój rząd dał mi jasno do zrozumienia, że nie chce rezygnować z personifikacji, a ja…
- Przestań! – krzyknął Estonia, zrywając się z ławki. Wystraszone gołębie z furkotem odleciały. – Przestań wygadywać te bzdury! Nie jesteś potrzebny? Żyjesz dlatego, że ktoś uważa cię za potrzebnego. A ten ktoś to cały twój naród. Jak możesz ich w taki sposób zdradzać?
Raivis poderwał głowę i spojrzał na Eduarda ze złością.
- To, co mówisz, jest niesprawiedliwe! – rzucił.
- Niesprawiedliwe? Twój przyjaciel leży w śpiączce niemal bez szans na wybudzenie się z niej, ścigany za to, że chce żyć, to jest niesprawiedliwe. A ty zazdrościsz mu jego losu!
- Feliks nie jest moim przyjacielem!
Po tych słowach zapadła cisza. Estonia przycisnął dłonie do czoła.
- Feliks uciekł od Wyzwolonych z jakiegoś powodu. Lubi się stawiać, to fakt, ale tym razem było inaczej. Nim stracił przytomność, starał się nas ostrzec, że Wyzwoleni nie są dobrzy.
Raivis nie odpowiedział. Eduard patrzył na niego przez chwilę ze smutkiem.
- To wszystko, co chciałem ci powiedzieć – odezwał się w końcu. – Jeśli chciałbyś odwiedzić Feliksa, to wiesz, dokąd pójść. Uważaj na siebie.
Łotwa nie patrzył, jak jego przyjaciel odchodzi. Wpatrywał się w gołębie, które zdecydowały się ponownie przylecieć na chodnik przed ławką. Po długiej chwili wyciągnął telefon i wybrał numer.
- Mówi Raivis Galante – powiedział, gdy po drugiej stronie odezwał się głos sekretarki: „Biuro Stowarzyszenia Wyzwolonych. W czym mogę pomóc?". – Mogę mówić z dyrektorem?
Rozmowa nie trwała długo.
- Tak. Zdecydowałem się – powiedział Raivis. Gołębie zerwały się z łopotem skrzydeł, zupełnie bez powodu.

Austria był ostatnim państwem, które przeszło rewizję przed wejściem na salę konferencyjną. Fakt, że nic przy nim nie znaleźli, w dziwny sposób go rozdrażnił.
- To jakiś skandal – powiedział do Francisa, który stał najbliżej. W życiu nie odezwałby się do niego pierwszy, gdyby nie to, że musiał się komuś wyżalić, a zawsze przy nim obecna Elizaveta z niewiadomych powodów nie zjawiła się na konferencji.
Francis posłał mu długie spojrzenie, ale nie odpowiedział.
- Traktują nas jak jakiś podejrzany element, przeszukują jak sklepowych złodziejaszków – perorował Roderich. – Zupełnie jakby się spodziewali, że wniesiemy pod marynarką armatę.
- Szwajcarii prawie się to udało – mruknął Francja, spoglądając na siedzącego przy osobnym stoliku Vasha. Jeden z ochroniarzy Wyzwolonych wykładał przed nim różnego rodzaju broń palną, wyjętą z jego torby i marynarki. Gdy Vash dostrzegł spojrzenie Austrii i Francji, spurpurowiał i odwrócił się z obrażoną miną.
- W jego przypadku taka kontrola nie wydaje się być zła – skomentował Roderich.
U szczytu stołu stanęła wysoka kobieta i objęła salę wzrokiem.
- Czy mogę prosić wszystkich o zajęcie miejsc? – zapytała. Nie mówiła głośno, jednak jej dźwięczny głos niósł się ponad głowami zebranych.
- Oto powód, dla którego tutaj jesteśmy – mruknął Arthur, siadając obok Francisa i Rodericha. Rozejrzał się po zebranych. – Zauważyliście? Znowu nas ubyło.
- Wszyscy boją się tej choroby, na którą zapadła Ukraina – odpowiedział Francja. – Wiele państw woli odpuścić sobie konferencję z Wyzwolonymi i zostać w domu, niż narażać się na zakażenie.
- Witam państwa na konferencji poświęconej działaniom Stowarzyszenia Wyzwolonych – odezwała się znowu kobieta. Jej jasny uśmiech i figura modelki przyciągały spojrzenia. – Zdecydowaliśmy się na spotkanie z państwem po otrzymaniu wielu próśb o wyjaśnienia dotyczących naszej organizacji. Zaniepokoił nas fakt, że postrzegani jesteśmy jako instytucja, która ma służyć likwidacji państw. By udowodnić, że tak nie jest, pragnę przybliżyć państwu zakres działań Stowarzyszenia i firmy mu podlegającej…
Konferansjerka mówiła długo, używając kwiecistych i trudnych słów. Ameryka i Włochy przestali słuchać niemal od razu. Gdy przemowa się skończyła, na sali dało się słyszeć szmery, powoli zmieniające się w harmider. Ponad hałas wybił się głos Anglii.
- Wszystko ładnie, pięknie. Jesteście zatrudniani przez rząd do, jak to pani ujęła, „bezbolesnego rozdzielenia" natury personifikacji od natury ludzkiej. Po prostym zabiegu eks-personifikacja może żyć dalej jak człowiek. Mam tylko jedno pytanie: skąd wiecie, że taki jest efekt? Robiliście to już wcześniej?
- Tak.
Szum w pomieszczeniu wzmógł się. Padały pytania i okrzyki, ale stojąca u szczytu stołu kobieta milczała, czekając na ciszę.
- Zamknąć się! – ryknął Niemcy, nikt go jednak nie słuchał.
- Kto to był?
- Dlaczego nic o tym nie wiemy?
- Chcemy go zobaczyć!
- Obawiam się, że to niemożliwe – odpowiedziała kobieta. Gdy tylko padło pierwsze słowo z jej ust, gwar ucichł. – Na prośbę rządu i ze względów bezpieczeństwa człowiek ten nic nie pamięta. Nie byłoby dobrze niepokoić go teraz, gdy nie jest już państwem, prawda?
- Mamy więc uwierzyć wam na słowo? Kto to jest? Chcemy chociaż nazwisko!
- Jest normalnym człowiekiem, nie mogę więc przekazywać jego danych osobowych, nawet jeślibym chciała. Na pewno zauważyli państwo, kogo wśród was brakuje i łatwo mogą się domyślić, o kogo chodzi.
Wszyscy jak na zawołanie zaczęli nerwowo rozglądać się po sali. Zbyt dużo miejsc było jednak pustych. Znowu rozległy się krzyki, tym razem pełne zawodu i pretensji.
- Prosimy o zaufanie – ponownie odezwała się kobieta. – Zapewniamy dobrą opiekę i profesjonalny zabieg, który nie stanowi zagrożenia dla życia. Nie chcemy, by ci z państwa, którzy otrzymają rządowe powiadomienie, czuli się przerażeni, zagubieni lub zdradzeni. Nie chcemy dopuścić do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w przypadku Polski i Prus. Nie robimy nikomu krzywdy, chcemy tylko pomóc. Podejrzewamy, że zbiegli Prusy i Polska mogą być ciężko chorzy, dlatego jedynym rozwiązaniem…
Drzwi do sali konferencyjnej otwarły się z głośnym zgrzytem. Do środka wszedł Rosja, rozejrzał się błędnym wzrokiem po zebranych i ruszył przed siebie.
Konferansjerka, niezadowolona, że przerwano jej monolog, spojrzała gniewnie na Ivana.
- Przepraszam – zapytała – czy przeszedł pan kontrolę, zanim…
- Zamknij się – rzuciła Białoruś, wchodząc za bratem. W jej oczach błyszczało ledwo wstrzymywane szaleństwo.
Rosja stanął obok Ameryki i spojrzał na niego z góry.
- A więc to ty – powiedział.
- No, ja – odparł głupio Alfred, nie rozumiejąc. – Ale o co… Hej!
- Morderca! – warknął Ivan, chwytając Amerykę za przód kurtki i podrywając do góry. Kilka siedzących przy nim państw krzyknęło przerażonych.
- Nie rozumiem… o co… ci chodzi… - wycedził Alfred. Niemal zawisł w powietrzu, jedynie czubkami butów dotykając podłogi.
- Ej! Puść go! – zawołał Arthur, podrywając się z miejsca, ale czyjaś ręka zacisnęła się w żelaznym uścisku na jego ramieniu. Obejrzał się za siebie.
- Nie mieszaj się w to – syknęła Białoruś, wbijając palce w łokieć Anglii. – Jeden głupi ruch, a złamię ci rękę.
- Najpierw wyjaśnijcie, co tu się dzieje!
Arthur zauważył, jak w oczach Natalii zalśniły łzy. Szybko jednak otarła twarz wolną ręką, więc nie był pewien, czy mu się nie przywidziało.
- Stany Zjednoczone Ameryki Północnej – rozległo się od drzwi. Stał tam ten sam mężczyzna, który jeszcze nie tak dawno wypędził ich z tej sali na mocy nowego rozporządzenia. Za nim stał oddział ubranych na czarno ludzi z błękitnym symbolem Wyzwolonych na ramionach. – Jesteś aresztowany pod zarzutem zabójstwa na personifikacji Ukrainy.
- Co takiego? – zapytał Anglia, przerywając ciszę. Gdy tylko to powiedział, spadła lawina pytań, pełnych niedowierzania i szoku, na które nikt nie uzyskiwał odpowiedzi.
Rosja nie wypuszczał z rąk Ameryki.
- Morderca – powtórzył. – Zaufałem ci. A ty ją zabiłeś.
- Ja nie… - urwał Alfred, gdy palce Ivana zacisnęły się na jego szyi. Zamiast głosu, z jego gardła dobył się skrzek.
- To ty zaproponowałeś pomoc mojej siostrze. To jedna z twoich klinik się nią opiekowała. A tymczasem… eksperymentowałeś sobie na niej!
- Jakie macie dowody? – zapytał Niemcy, spoglądając z ukosa na Feliciano. Dobrze, że Włochy tak panicznie bał się iść do lekarza i nie zrobił tego mimo usilnych próśb i gróźb Ludwiga.
Rosja wypuścił z rąk Amerykę, który chwycił się za ściśnięte gardło i rozkaszlał się. Zaraz też pochwyciło go kilku ludzi z czarnego oddziału.
Ivan podszedł do stołu i rzucił na blat plik kartek. Były na nich imiona państw, głównie tych, które nie pojawiły się na spotkaniu: Tajwan, Seszele, Korea, Grecja, Holandia… Japonia sięgnął po jedną z kartek, na której widniało jego nazwisko, i głośno odczytał.
- „Obiekt eksperymentalny numer 27, Japonia, ludzkie imię: Kiku Honda… Kontakt z wirusem: brak. Dostarczyć do kliniki. Zatwierdzono, A. F. Jones…". Co to ma znaczyć? Dlaczego jest tu podpis Ameryki?
Ameryka patrzył na papier z pobielałą twarzą, gdy tymczasem Wyzwoleni zakuwali go w kajdanki.
- Nie pamiętam – odpowiedział, czując na sobie nienawistny wzrok zebranych. – Nie pamiętam, bym to podpisywał.
Rozdział trzeci, ostatni przed prawdopodobnym hiatusem - praca wzywa, więc czasu na pisanie będzie mniej. Ale będę się starać.

Rozbijania na kolejne wątki ciąg dalszy. A to jeszcze nie koniec, ciastko dla tego, kto się w tym nie pogubi:XD:

Wrzucane na świeżo, po pobieżnym przeglądnięciu tekstu. Dawać znać, jak jakieś byki się uchowają.

Rozdział drugi: [link]
Rozdział czwarty: [link]
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Gładko zaczesany mężczyzna stanął pod drzwiami, na których wisiała grawerowana tabliczka z napisem „Dyrektor". Przez chwilę patrzył na tłoczone litery zastanawiając się, jak to się stało, że po kilku latach pracy w tej firmie dopiero teraz ma okazję poznać jej kierownika. Choć może dyrektor zmienił się dopiero niedawno… Mężczyzna potrząsnął głową i zapukał. Miał teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Gabinet nie różnił się od typowego pomieszczenia biurowego: na licznych półkach stały teczki i segregatory, a na biurku cicho szumiał komputer. Jedyną rzeczą, która mogła wskazywać na wyższy status pracującego tu człowieka, był wygodny fotel z wysokim oparciem. Gdy tylko drzwi zamknęły się za gościem, z owego fotela dźwignął się mężczyzna w średnim wieku, ubrany w biały garnitur. Na klapie marynarki wyszyty był niebieski symbol trójkąta opartego na kole.
- Doktorze Ross, cieszę się, że w końcu miałem okazję pana poznać – odezwał się dyrektor wyciągając do przybyłego rękę. Gdy wymienił swoje nazwisko, doktor spojrzał na niego zaskoczony.
- Nazywa się pan dokładnie tak, jak… - urwał, gdy dyrektor nagle zmarszczył brwi.
- Wolałbym, by nie myślał pan o obiektach jak o posiadaczach nazwisk – powiedział powoli, patrząc uważnie na Rossa. – To niezbyt profesjonalne.
Doktor nie odpowiedział. Dyrektor po chwili milczenia ciągnął dalej.
- Jako naukowiec doskonale zdaje pan sobie sprawę, że to nie są ludzie. To tylko symbole, takie jak państwowe flagi czy hymny, ale nie posiadają aż takiej wartości. Symbole nie powinny mieć nazwisk, prawda?
Ross potaknął, a dyrektor wyraźnie się rozluźnił. Gestem wskazał gościowi jeden z dwóch wolnych foteli, a sam usiadł za biurkiem.
- Z ostatniego wysłanego przez pana raportu wynika, że pierwszy eksperyment zakończył się sukcesem – powiedział, uśmiechając się lekko. Zmarszczki wokół ust pogłębiły się, jednak uśmiech nie sięgnął oczu. – Dlatego też o szczegółach chciałem usłyszeć osobiście.
- Tak. Proces przebiegał bez zakłóceń, uzyskaliśmy pełnie rozdzielenie. Obiekt numer jeden opuścił już klinikę. Oczywiście, nic nie pamięta – szybko zastrzegł.
- A pozostałe dwa obiekty?
- Numer trzy początkowo sprawiał kłopoty, ale obecnie wszystko przebiega prawidłowo. Jutro powinien już być gotowy. Ale numer dwa…
- Co z nim?
Doktor wyraźnie się zasępił.
- Niezależnie od ilości podawanych środków anestetycznych, wciąż się wybudzał. Ja i mój zespół obawiamy się, że po czymś takim produkt końcowy może być nieprzydatny.
- A co dzieje się z nim w tej chwili?
- Po podaniu mu dawki anestetyków niemal graniczącej z dawką śmiertelną, udało nam się zainicjować proces. Jednak po rozdzieleniu obiekt z całą pewnością nie będzie funkcjonował prawidłowo. Będzie wymagał stałej opieki medycznej.
Dyrektor usadowił się wygodniej w fotelu, zaplatając ręce na piersi.
- To dla pana jakiś problem? – zapytał zimno.
Ross się zawahał. Po chwili milczenia posłał drugiemu mężczyźnie zdecydowane spojrzenie.
- Owszem – odparł. – W momencie zakończenia procesu rozdzielania, obiekt traci status personifikacji i staje się zwykłym człowiekiem. Jako lekarz…
Wtedy rozległ się alarm. Doktor Ross zaniepokojony obrócił się w fotelu i rzucił spojrzenie na głośnik nad drzwiami, z którego dało się słyszeć wypowiadany damskim głosem komunikat.
- Uwaga. Obiekt eksperymentalny numer dwa opuścił salę. Powtarzam: obiekt numer dwa niespodziewanie wyrwał się spod opieki i kieruje się ku wyjściu w zachodnim skrzydle. Jest uzbrojony w strzykawki ze środkiem usypiającym. Uwaga…
Ross pobladł.
- Zachodnie skrzydło… Prusy! – wykrzyknął zapominając, że miał unikać takiego nazewnictwa. - Znowu spróbuje go uwolnić i uciec!
Zerwał się, gotowy biec do drzwi, gdy zatrzymał go zdecydowany głos szefa.
- Proszę zaczekać – nachylił się nad biurkiem i sięgnął po słuchawkę telefonu. – Informacje o tym, co tu się dzieje, nie mogą opuścić budynku. Zajmie się nimi jednostka specjalna.
- Pan chyba nie chce… Są bardzo cennymi obiektami!
- Jak sam pan mówił, same z nimi problemy. I to nie jest ich pierwsza ucieczka.
- Ale…
- Z tego, co czytałem w pańskich raportach, przerwany proces prowadzi do powolnego obumierania mózgu. I tak umrą. Skoro tak bardzo pan nalega, by traktować ich jak ludzi, czy nie bardziej humanitarne będzie ich dobić?
Doktor zagryzł wargi, odwrócił się i ruszył do drzwi. W połowie drogi odwrócił się do dyrektora, który wciąż trzymał rękę na telefonie.
„Sprawdza mnie", przemknęło przez myśl Rossowi. „Pokażę ci, że jestem dokładnie tak dobry, jak pisano w rekomendacjach. I równie perfidny, jak ty".
- Żadne informacje nie wyciekną – powiedział, gwałtownie wyrzucając z siebie słowa. – W fazie wstępnej procesu uszkadzamy ośrodki pamięci. Nic nie będą pamiętać.
Dyrektor nie spuszczał z niego spojrzenia, ale doktor zauważył na jego twarzy delikatne drgnięcie kącika ust. Brnął więc dalej.
- Może pan wykorzystać tę sytuację na swoją korzyść.
Szef puścił telefon i wyprostował się, nie kryjąc zadowolenia.
- A jaka to korzyść? – zapytał przeciągle.
Z głośnika wciąż płynął ten sam komunikat, gdy doktor Ross wyłuszczał szczegóły swojego planu. Uśmiech nie znikał z twarzy dyrektora.

- Niemcy! Niemcy, zaczekaj!
Ludwig odwrócił się i spojrzał w głąb korytarza konferencyjnego budynku. Od wejścia biegł zdyszany Włochy, który w pośpiechu zapinał koszulę.
- Ach, to Włochy – powiedział Japonia, również przystając obok Niemiec. – Tym razem się nie spóźnił.
Kilka przechodzących państw skwitowało tę uwagę śmiechem. Ludwig zgrzytnął zębami.
- Włochy! – krzyknął odrobinę głośniej, niż zamierzał. Zdenerwowanie niespodziewaną konferencją i związanym z nią chaosem dawało o sobie znać. – Czy ty chociaż raz mógłbyś zachowywać się poważnie?
Feliciano nie zdążył odpowiedzieć, gdy jak długi wyrżnął się o niewysoki próg w połowie korytarza. Od drzwi na salę konferencyjną znowu dało się słyszeć śmiechy i złośliwe komentarze. Na korytarz wychyliło się kilka głów, zainteresowanych hałasem.
- Co was tak bawi? Stało się coś? – dobiegł z głębi pomieszczenia głos Francji.
- Nic nowego – odparł Anglia, nie wiadomo dlaczego patrzący ze współczuciem na Ludwiga. - Włochy się przewrócił.
- Aha.
Wywołało to kolejną salwę śmiechu. Najgłośniej rechotał Ameryka.
Niemcy potarł skroń i westchnął zrezygnowany. Podszedł do Feliciano, który niezdarnie próbował wstać.
- Włochy, nic ci nie jest? – zapytał, chwytając go za ramię i ciągnąc do góry.
- Upadłem… Nie zauważyłem tego progu.
„Co ty nie powiesz?". Niemcy zastanawiał się, dlaczego go to jeszcze irytuje. Już dawno powinien był przyzwyczaić się do niezdarności przyjaciela.
- Tyle razy tędy przechodziłeś i nie wiedziałeś, że tu jest próg? Weź się w garść, Włochy – spojrzał krytycznie na Feliciano i zmrużył oczy. Z trudem powstrzymując złość, chwycił jego koszulę i równo zapiął guziki. – Jak ty w ogóle wyglądasz?
- Zaspałem trochę…
Niemcy nie wytrzymał.
- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, kim jesteś i jakie masz obowiązki? – ryknął wściekle, zupełnie nie zważając na to, że muszą stanowić niezłe widowisko dla zebranych przed salą państw. – Spoważniej wreszcie i przestań się ośmieszać!
- Przepraszam, przepraszam! – pisnął przerażony jego wybuchem Włochy. – Ale to nie moja wina, że ten próg…
- Och, skończ już z tym. Nie mamy czasu, konferencja już dawno powinna się zacząć. – Ludwig wciąż był zły. Ruszył w kierunku sali, zostawiając za sobą Feliciano. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie. I przestań się mazać!
Przygnębiony Włochy poczłapał za nim do sali, w której większość państw już zdążyła zająć swoje miejsca. Kilka krzeseł pozostało jednak pustych.
- Co nas tak mało? – odezwał się Chiny, rozglądając się po zebranych.
- Właśnie dlatego się spotykamy.
Szmer na sali umilkł. Wszyscy spojrzeli na Rosję, który jako jedyny jeszcze nie usiadł.
- Możesz wyjaśnić? – zapytał Francja, łamiąc niezręczną ciszę. Rosja przytaknął z charakterystycznym dla siebie uśmiechem i wyciągnął rękę do siedzącej opodal siostry.
- Ukraino, mogłabyś?
Dziewczyna zagryzła wargi, a jej dłonie na blacie stołu zacisnęły się w pięści. Spojrzała niepewnie na brata.
- Czy to konieczne? – zapytała drżącym głosem.
- Wiesz, że tak.
Ukraina wstała powoli, czując na sobie pełne napięcia spojrzenia.
A potem zaczęła się rozbierać.
Ameryka wrzasnął, a zaraz za nim krzyk podniosło jeszcze kilka państw. Na wielu twarzach malował się szok, a wiele kobiet nie kryło rumieńca zakłopotania. Zarumieniony był również Szwajcaria, nawet bardziej niż Liechtenstein, która siedziała obok niego z szeroko otwartymi ustami. Spokój zachował jedynie Francja, który bezczelnie gapił się na występ Ukrainy.
- Co to ma znaczyć? Oszalałeś? – krzyknął Austria, zrywając się od stołu. Zaraz po nim odezwały się inne głosy.
- O co tutaj chodzi? To jakiś żart?
- Nie wierzę…
- Widziałeś jej…
- Zamknijcie się wszyscy!
Ostry głos uciął wszelkie komentarze. Wszyscy oderwali wzrok od Ukrainy, która nerwowo rozpinała guziki bluzki, i spojrzeli na wściekłą Białoruś. Natalia wstała od stołu i ruszyła w stronę siostry.
- Przestańcie gadać, jeśli nic nie rozumiecie – rzuciła. Chwyciła Ukrainę za ramiona i odwróciła ją tyłem do zebranych. Potem szarpnęła za materiał jej bluzki, ściągając ją z ramion. Wszyscy wstrzymali oddech.
Na plecach Ukrainy od prawego barku wił się wąski pasek sinej skóry, który rozlewał się szeroką plamą na lewej łopatce.
- Co… co to jest? – zapytał przerażony Japonia. Chiny spojrzał na niego z ukosa zastanawiając się, kiedy po raz ostatni Kiku był tak wstrząśnięty.
- To jest powód, dla którego się spotykamy – odparł Rosja, wciąż uśmiechając się lekko. Nikt nie oderwał spojrzenia od obnażonych pleców Ukrainy.
– To znamię pojawiło się na jej skórze jakieś dwa tygodnie temu – odezwała się Białoruś, wciąż stojąc obok siostry. – Początkowo była to zwykła plamka, wielkości drobnej monety, za to bardzo bolesna. W ciągu kolejnego tygodnia powiększyła się, a wraz z nią zaczęły się problemy z koncentracją, bóle i zawroty głowy…
- Wszystko jasne, ale po co nam to mówisz? – odezwał się Anglia, który dość szybko odzyskał nad sobą panowanie. – Skoro jest chora, niech zostanie w domu.
- To nie jest typowa choroba, która dotyka nas, państwa – odezwał się Rosja. – Nie ma żadnego związku z obecną sytuacją jej kraju.
- Jakaś ludzka przypadłość? – rzucił Ameryka, na co Anglia parsknął.
- Chyba zapomniałeś, że one nas nie dotyczą. Jesteśmy na nie odporni, idioto.
- Sam jesteś…
- Ta choroba nie występuje u ludzi – przerwał im Ivan. – Tylko my możemy na nią zapaść.
- Skąd tyle o tym wiesz? – padło z sali.
Uśmiech znikł z twarzy Rosji.
- Moja siostra jest chora. To oczywiste, że zadbałem o to, by miała dobrą opiekę.
- I przyprowadziłeś ją tutaj? A co jeśli to jest zakaźne?
Przy konferencyjnym stole podniósł się gwar. Okrzyki przestrachu mieszały się ze sceptycznymi głosami, rzucano oskarżenia i nerwowe pytania, na które nikt nie odpowiadał. Kilka państw zaczęło się kłócić, obrzucając się wyzwiskami.
- Cisza!
Niemcy po raz kolejny tego dnia nie wytrzymał. Spojrzał wściekle na zebrane w pomieszczeniu państwa.
- To nie jest czas na kłótnie! Mamy tu poważny problem i należy go jak najszybciej rozwiązać. Czy możesz – zwrócił się do Rosji – powiedzieć nam coś więcej na temat tej choroby? Jakie są rokowania?
Rosja spochmurniał. Niemcy zauważył, że ramiona Ukrainy zaczynają drżeć.
- Lekarze, którzy zajmują się moją siostrą, nie potrafią tego jednoznacznie określić. – Ivan patrzył w gładki blat stołu. Zacisnął dłonie na jego brzegu tak mocno, że drewno zatrzeszczało. – Wraz z postępem choroby pogarsza się ogólny stan organizmu. Organy mogą przestać funkcjonować w każdej chwili: nerki, płuca, serce… Zależy, gdzie pojawiło się znamię. W konsekwencji…
- Umrę… - szept Ukrainy zelektryzował wszystkich. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- To niemożliwe – zaczął Hiszpania. – My nie umieramy ot tak.
- Nie chorujemy też ot tak – odparła Natalia. – Jak widać, wszystko jest możliwe. Kolejnym chorym może być każdy z nas.
- Czy można to leczyć? – zapytał Niemcy, nim paniczne okrzyki wypełniły pokój. Wszyscy z wyczekiwaniem spojrzeli na Rosję, który otworzył usta, by odpowiedzieć.
I wtedy drzwi do sali otwarły się z hukiem i do środka wpadło kilkunastu ludzi. Każdy ubrany na czarno i uzbrojony, żaden z przyjaznym wyrazem twarzy.
- Co to ma znaczyć? – krzyknął Ameryka. – Tu nie wolno wcho…
- Zamknij się – zganił go jeden z obcych, najwyraźniej ich dowódca. Zmierzył groźnym wzrokiem pozostałe państwa, nie kryjąc pogardy. – Zgodnie z międzynarodowym rozporządzeniem wszelkie spotkania państw bez autoryzacji rządowej uznawane są za próbę wywołania światowego konfliktu oraz stanowią zagrożenie dla…
- Co takiego? Jakie znowu rozporządzenie?
- Zamknąć się! – ponownie krzyknął mężczyzna. – Wasze spotkanie jest nielegalne. Macie się rozejść, w przeciwnym razie użyjemy siły.
- Jak…
- Nie skończyłem. Z dniem dzisiejszym Polska, znany jako Feliks Łukasiewicz, i Prusy, czyli Gilbert Beilschmidt, zyskują status zbiegów. W przypadku odkrycia miejsca ich pobytu, należy niezwłocznie zgłosić to do odpowiednich władz. Za pomoc udzieloną zbiegom grożą odpowiednie sankcje karne. A teraz proszę opuścić budynek.
Szum w sali wzmógł się. Członkowie nieznanego oddziału przypatrywali się beznamiętnie oburzonym państwom, które mijały ich w drodze do wyjścia.
- Kim… kim jesteście? – wykrztusił Finlandia, przechodząc obok ich dowódcy. Ten spojrzał na niego zimno. Wskazał na niebieski emblemat wyszyty na ramieniu.
- Stowarzyszenie Wyzwolonych – odparł i odszedł, by z kilkoma ze swoich ludzi wyrzucić stawiającego się Amerykę.

Niemcy nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą się wydarzyło. Zwaliło się na niego tak wiele i tak nagle, że nawet nie potrafił uporządkować myśli, co zwykle nie stanowiło dla niego problemu.
Tajemnicza choroba. Stowarzyszenie Wyzwolonych. Dziwne działania rządowe.
I jego brat.
„Gilbert, coś ty znowu narobił?".
- Niemcy, wolniej… - Włochy chwycił go za rękaw marynarki i pochylił się zasapany. – Boli mnie noga. Chyba ją stłukłem…
Ludwig spojrzał na niego zdezorientowany. O czym on mówi? Ach, no tak, przecież dziś się przewrócił.
- Chcesz usiąść na chwilę? – zapytał i pociągnął go do najbliższej ławki. Zajmie się teraz Feliciano, to pomoże oderwać myśli od tych wszystkich problemów. Klęknął przy nim i chwycił go za lewe kolano, podciągając nogawkę. – Musiałeś je rozbić, jak upadłeś…
- Ale Niemcy… To nie ta noga…
Ludwig nie odpowiedział. Wpatrywał się w siny półksiężyc wokół kolana Włoch, drwiący z niego jak przymrużone oko.
Rozdział pierwszy, here you go!

Zamieszałam wystarczająco mocno czy na razie da się nadążyć za fabułą? To dopiero pierwszy rozdział, a ja powolutku się rozkręcam, więc zapewne będzie jeszcze więcej miksowania:D

Proszę o uwagi dotyczące ewentualnych błędów, wrzucam na świeżo i nie mam siły sprawdzać.

Prolog: [link]
Rozdział drugi: [link]
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

.
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Idzie Sebastian przez pole , a tu cielak :D
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Po prostu: Pan Baraneeeek!
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

–  Proszę ściągnąć spodnie, panie Beilschmidt.
Przyjrzałem się pielęgniarce. Nie no, niezła była. Serio. Wysoka, szczupła, długie włosy. Zielone oczy, jak lubię. Miała też całkiem inteligentne i przytomne spojrzenie. Aż miło patrzeć. No i szkoda, że musieliśmy się poznać w sytuacji, która raczej wyklucza mnie ze strefy jej zainteresowania. Posłusznie rozpiąłem pasek i zsunąłem spodnie, nie spuszczając z niej spojrzenia. Stała w drugim kącie pokoju i grzebała w jednej z blaszanych szafek. Byłem w tym pomieszczeniu zaledwie piętnaście minut, a już miałem go dosyć. Nie przez dziewczynę oczywiście. Ona stanowiła swego rodzaju rekompensatę. Jakby ktoś na górze postanowił wynagrodzić mi moje cierpienie ładnym widokiem. Wkurzał mnie tylko wystrój. Nie jestem jakimś architektem czy kimś, ale mógłbym być gdybym chciał. A gdybym nim został, nigdy w życiu nie ustawiłbym białych mebli, białego łóżka szpitalnego i białego... wszystkiego... w białym pokoju. Jakbym kopnął w kalendarz i jakimś cudem znalazł się w niebie. Cholerna światłość się stała. I dziewczyna też była ubrana na biało, jakże by inaczej. Ale temu nie mogłem się już dziwić. W końcu była pielęgniarką.
– To co ma pan pod spodem też.
Minęła chwila nim zdałem sobie sprawę z tego, o co mnie prosi. Spojrzałem na swoje bokserki w żółte kurczaki. Nie chciałem się z nimi rozstawać. Bardzo nie chciałem.
– Ale dlaczego?- zapytałem
Byłbym zachwycony słysząc coś w stylu "bo nie mogę się oprzeć, muszę to zobaczyć", albo coś. Ona jednak westchnęła zmęczona, jakby to pytanie było rutynowym punktem jej pracy.
– Trzeba pana przebadać.
Ale tam chce mnie badać? Ja tam to jestem pełen okaz zdrowia. Chcąc jej to udowodnić, powoli pozbyłem się ostatniej chroniącej mnie przed jej wzrokiem części garderoby i spojrzałem na nią trochę wyzywająco. Pielęgniarka jednak nie wytrzeszczyła oczu, ani nie uśmiechnęła się, ani nawet nie zawiesiła na mnie dłużej wzroku. Tylko przebiegła nim po mnie tak... Bez uczucia. No nie powiem, trochę przykro mi się zrobiło. jeszcze chwilę grzebała w szafce, a ja z minuty na minutę przestawałem ją lubić. Marzłem tam. No ja rozumiem że centralne ogrzewanie, bardzo fajnie, no ale jestem w stroju Adama i mnie trochę... Przewiewa. A ona stoi sobie w ciepłym ubranku i się guzdra z jakimiś papierami. Czy ludzie tutaj serc nie mają?
I kiedy tak siedziałem na tym łóżku myśląc, że gorzej to już z pewnością nie będzie, do sali weszła jakaś baba. Zdecydowanie mniej urodziwa niż jej koleżanka, ale za to z pewnością bogata w doświadczenie życiowe, bo najpiękniejsze lata miała już pewnie dawno za sobą. Zasłoniłem się automatycznie, ale i tak nie spojrzała. Nadąłem policzki oburzony.
Przemówiła bardzo męskim głosem:
- Ja się nim zajmę, ty idź do dyrektora.
Co?! Nie! Nie, nie, nie, nie!
Moje ciało to świątynia, a nie jakieś... Pole manewrowe, czy coś! Ja się nie zgadzam!
¬¬ ¬
Zapragnąłem ucieczki.

Nie było mi to dane.

Cóż, oszczędzę opisu badania. Mogę jedynie powiedzieć, że bardziej komfortowo czułem się kiedy musiałem wyciągać mojego młodszego z kibla, bo szkrab wpadł do muszli. Ba, przy tym wyciąganie brata z opałów wydaje się czymś przyjemnym!
Bardzo, bardzo przyjemnym.
Tak więc resztę czasu w gabinecie spędziłem modląc się, żeby dali mi normalne ubranie szpitalne. Takie składające się z bluzki i spodni, w najgorszym razie z sukienki... A nie takie niewiadomo co, co skrzętnie zasłania przód ciała do kolan, a z tyłu są jedynie wiązania. Nie chciałbym pokazywać tym wszystkim ludziom mojego tyłka.
Moje prośmy zostały wysłuchane. Dostałem coś w rodzaju piżamy, pościel i zostałem odprawiony.
Szedłem niezbyt szerokim korytarzem, rozglądając się na boki. Tutaj architekt trochę zaszalał z gamą kolorów, ponieważ urozmaicił wnętrze odrobiną błękitu. Cholera, zmieniam się w ćwoka skoro obchodzą mnie kolory ścian na korytarzu...
Za mną szedł jakiś sztywniak, który chyba miał mnie ubezpieczać na wypadek gdybym nagle zapragnął dać nogi za pas. Niepotrzebnie. Gdybym nie chciał, w ogóle by mnie tutaj nie było. Ale zerkałem na niego kątem oka. Nie ufam ludziom w cichochodach.
Wskazał mi drzwi, takie same jak każde inne, i zostawił mnie w spokoju. Nie pożegnał się, ani nic. Odszedł bez szmeru, pewnie przez te buty. Ja za to nie tracąc czasu wszedłem do środka.
– No Boziu...
To było tak szpitalne pomieszczenie, że aż się płakać chciało. No i do tego te kraty w oknach. Cudownie. Serio. Już bym chyba wolał uciekać przed tymi z mafii, niż spać w tej... Komorze. I jeszcze... Zaraz. Co tu robi drugie łóżko?
Podszedłem do posłania znajdującego się w kącie pokoju i z przerażeniem zauważyłem, że ktoś go używał. Pościel była zgnieciona, leżała na niej jakaś książka. Szafa stojąca obok zawierała komplet wyjściowych, szpitalnych skafanderków. Świetnie. Nie dość że muszę tu mieszkać, to jeszcze dzielę pokój z jakimś... Dupkiem.
Zajrzałem do szafki nocnej. Tak,  grzebię temu komuś w rzeczach. Po co? Bo muszę się dowiedzieć, z kim mam do czynienia. Znalazłem tylko jakieś gówniane piłkarzyki, pismo święte i naklejki z dinozaurami.
Naklejki z dinozaurami? Serio? Co-to-ma-być?
– Do szafki z bielizną też mi zaglądałeś?
Odwróciłem się błyskawicznie. W drzwiach stał niewysoki blondyn, z włosami do ramion. W zwykłym, białym skafanderku, takim jaki ja miałem na sobie. Z jego pozycji wnioskuję, że gapił się na mnie już od jakiegoś czasu.
Sukinsyn.
– Niemowa jesteś, czy coś?
Uniosłem dumnie brodę nie okazując zmieszania. Pomachałem mu tymi naklejkami i odłożyłem je na półkę.
– Tak tylko przeglądam. Wolno nam tu nosić bieliznę?
Uśmiechnął się lekko, wciąż patrząc na mnie z irytującą wyższością.
– Nie, to tylko taki nasz żarcik.
– Nie śmieszny.
– Przyzwyczaj się. Jesteś tutaj nowy, co? Jak się nazywasz?
Boże. Oto zawieram nowe przyjaźnie w miejscu, gdzie ludzie nie noszą bielizny. Nie wiedziałem że tak nisko upadnę.
- Gilbert. Tak, dopiero przyjechałem.
Zbliżył się do mnie, z tą swoją upierdliwą miną, przez którą miałem ochotę walnąć go w twarz. Wystawił do mnie rękę.
– Ja jestem Feliks. Witaj w naszym Zakładzie Psychiatrycznym.


Kiedy Młody zaproponował mi pobyt w wariatkowie zacząłem się śmiać. Każdy by tak zrobił. Ludwig jednak przybrał minę bardziej grobową niż zawsze i przemówił wkurzająco spokojnym głosem:
– Mówię serio bracie. Ludzie z mafii nadal cię ścigają. Lepiej będzie jeśli na jakiś czas się ukryjesz.
Kochana rodzina. Banda sztywniaków których bym pewnie nie lubił gdyby nie to, że znam ich całe życie. No Lud jeszcze nie jest taki zły, no ale popatrzcie na Rodericha. Siedzi sobie przy stole jak jakiś pieprzony księciunio i świdruje mnie spojrzeniem w stylu „tak będzie dla ciebie lepiej, synu”.
– Nam to się też nie podoba, Gilbert– zapewnił Bash, z rodzinnym poker facem– ale kiedy ty będziesz w ukryciu, my załatwimy ten gang.
Patrzę na te ich twarze i tak się zastanawiam, czy mnie ktoś upuścił kiedy byłem mały, czy co? Tacy zrównoważeni, o spokojnych rysach i ja: człowiek który swoje ostatnie urodziny spędził biegając nago po całym Dreźnie, bo za dużo sobie zajarał. Nie to żebym chciał się do nich upodobnić. Po prostu całe życie mnie to nurtuje.
W końcu łaskawie przemówiłem:
– Dacie sobie radę beze mnie? Nasi ludzie potrzebują kogoś do przewodnictwa w akcjach a, bez urazy, ale nikt z waszej czwórki się do tego nie nadaje. Chyba że myślicie o niej.
Wskazałem głową na młodszą siostrę Basha, która spokojnie nalewała whisky do szklanek. Ludwig pokręcił głową.
– Przejmę po tobie pałeczkę, bracie. To już chyba czas, żeby przejść na emeryturę, nie uważasz?


Nie zgodziłem się tak od razu. Ale obiecali mi, że załatwią mi najpotrzebniejsze rzeczy, na wszelki wypadek. Pod łóżkiem miałem schowany pistolet z jednym nabojem. W razie czego- wystarczy.
– Więęęc...?
Spojrzałem spode łba na Pana Upierdliwego. Feliks siedział na swoim łóżku i obcinał paznokcie u stóp, zerkając na mnie od czasu do czasu. Jestem tu tylko godzinę, a mam ochotę zastrzelić go tą jedyną kulą.
– Co „więc”?
– Więc co jest z tobą nie tak?
Zacisnąłem szczęki. No tak, psychiatryk. Widzę latające rusałki i inne gówna rodem z Disneylandu. Tak nisko upadłem...
– Widzę i słyszę rzeczy, których tak naprawdę nie ma.
To ustaliłem z bratem i kuzynami. Chciałem czegoś bardziej wystrzałowego, ale uparli się na to.
Feliks pokiwał głową.
– Czyli schizofrenia. Standardzik. Ustalmy sobie: kibel jest na końcu korytarza i nigdzie indziej, więc jeśli twoi magiczni koledzy każą ci sikać „na polance”, nie rób tego.
On naprawdę ma mnie za czubka.
– A ty co? – Zapytałem zgryźliwie – trafiłeś tu przez przypadek?
Teatralnie wzruszył ramionami i położył się na łóżku.
– Weź usiądź inaczej bo mnie obrzydzasz.
Przekląłem pod nosem i schowałem się pod kołdrę kryjąc nogi i pas.



Na obiad był makaron z jakąś szarawą breją. Feliks zdradził mi konspiracyjnie, że to sosik z pacjentów którzy zostali „przeniesieni na oddział specjalny”.
Bracie zabierz mnie od tego wariata.
Tak, jadłem z nim obiad. Na swoją obronę dodam, że to on się dosiadł. Najwyraźniej wczuł się w rolę psa przewodnika. Ale z drugiej strony- co lepszego ma do roboty? Aktualnie usiłował zjeść makaron nosem.
Nosem.
Dba o to żebym czuł się jak w prawdziwym, swojskim wariatkowie.
W trakcie posiłku dosiadł się do nas również jakiś Angol  który, niczym dostojny lord, wytarł ręką siedzenie przed posadzeniem na nim tyłka i po burżujsku założył śliniak. Następnie zbeształ swojego jednorożca że się garbi i zaczął konsumpcję makaronu. Później Feliks wyjaśnił mi że to Arthur i jego jednorożec, którego nikt jeszcze nie widział. Polak udał się na rozmowę z terapeutą (każdy musi zaliczyć obowiązkową godzinę dziennie, fuck yeah), ja postanowiłem wybadać sytuację, jak na dobrego szpiega przystało. Podszedłem do Arthura Kirklanda.
– Cześć, jestem Gilbert i mam kuku na muniu.
Oscar mi się za to należy.
Brytol jednak nie docenił mojej gry aktorskiej. Obrócił się do czegoś, czego nie było mi dane zobaczyć.
– Chodźmy Fafiku, ten ordynarny cham nie jest dla nas odpowiednim towarzystwem.
Serio, ludzie? Serio?
– Ale ja chciałbym tylko zapytać o Feliksa.
Spojrzał na mnie badawczo.
– Znowu mi napluł do lazanii?
To to była lazania?
–  Nie, chyba nie. Powiedz mi tylko, dlaczego go tutaj zamknęli?
Chcę wiedzieć. Moja wszechzajebista osoba przebywa z tym gałganem w jednym pomieszczeniu. Muszę wiedzieć, jak mam się bronić.
Kirkland zrobił głupią minę, zastanawiając się chwilę.
– Nie wiem w sumie... Średnio mnie to interesowało.
Wywróciłem oczami. Idioci. Idioci wszędzie.
– Ile tu już jesteś, co? I nadal nie wiesz, co się z nim dzieje? Kretynie...  Nie biega sobie po korytarzach z kwiatkiem w tyłku? Nie odprawia dziwnych rytuałów? Nie bawi się ostrymi przedmiotami?
Nadął policzki, jakby wielce oburzony moimi słowami. Wyprostował się, poprawił niewidzialne mankiety swojego niewidzialnego płaszcza i spojrzał na mnie rozeźlony.
– Jako prawdziwy gentelman nie mieszam się w sprawy moich kolegów. Sugeruję, abyś i ty tego nie robił. A teraz zejdź mi w oczu, sukinsynu, albo Fafik odgryzie ci to, czego bardzo byś nie chciał mieć odgryzionego.
Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi od kogoś, kto powinien rzygać szczęściem przez te wszystkie środki uspokajające. Ale mój nieposkromiony charakter nie pozwolił mi puścić tego płazem.
– Wygląda na to że jesteś po prostu niezorientowany. I gadasz do czegoś czego w ogóle nie ma!
Nie byłem pewien czy ta obelga przejdzie w miejscu tego typu. Najwidoczniej jednak udało się, bo podszedł bliżej i zmrużył powieki.
– Wyzywam cię na pojedynek.
Uniosłem brwi zdumiony. Chciał się bić? Nie wyglądał na mocnego. Był niższy i chudszy. Ale, jak na zawodowca przystało, nie dałem się temu zwieść. W swojej zawodowej karierze nie raz spotykałem ludzi, którzy znali sztuki walki umożliwiające niepozornym ludzikom stawiać czoła wspaniałym wojownikom takim jak ja. Dlatego też podciągnąłem rękawy i ustawiłem się, gotowy na wszystko. Parowanie ciosów, skok, wślizg, koszenie. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że mój przeciwnik gdzieś zwiał. Zadowolony, że robię takie dobre wrażenie chciałem odejść, ale zobaczyłem że macha mi znad stolika do warcabów.
– Ja gram białymi– wysyczał


– Przesuń tego z lewej do przodu.
Cholerny Feliks opierał się o moje plecy i kruszył mi paluszkami we włosy. Daję słowo, dziś w nocy go uduszę. Było mi niewygodnie i tylko mnie rozpraszał tym chrupaniem. Dookoła stolika zebrał się spory tłumek gapiów, jeden kolega nawet w twarzowym kaftanie bezpieczeństwa. Toris- z tego co pamiętam- i jego „systematyczne zapędy masochistyczne”. Miał minę jakby chciał puścić pawia na planszę.
Te wszystkie czubki dookoła mnie przyprawiały mnie o dreszcze. Zacząłem poznawać również bardzo ciekawe żarty i legendy krążące po zakładzie. Nie wierzę w żadną z nich, są całkowicie bez sensu. Chociażby ta o Kanadyjczyku, o którym każdy słyszał, ale nikt go nie widział. Taki pacjent-widmo.
– No rusz nim, bo przegrasz.
– Feliks do cholery, daj mi spokój.
Arthur oparł się wygodniej o oparcie fotela i spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi.
– Nic cię już nie uratuje.
– Nic nie musi mnie ratować. Zajebisty ja poradzi sobie zawsze i wszędzie sam.
Przesunąłem pionek na planszy i aż podskoczyłem, kiedy Brytyjczyk krzyknął tryumfalnie i zabrał go z planszy.
– Szach mat!
– Nie graliśmy w szachy, a ty oszukiwałeś!
– Pogódź się z przegraną.
– Jaką przegraną?! Poprzestawiałeś pionki kiedy nie patrzyłem!
– Nie prawda!
– Prawda!
– Głupek!
– Debil!
– Idiota!
Już miałem rzucić ripostą tak błyskotliwą, że do końca swoich dni myślałby nad odpowiedzią, kiedy coś przykuło moją uwagę.
Po drugiej stronie pomieszczenia stał mężczyzna. Dla przeciętnego pacjenta- pielęgniarz. Nie miał jednak na nogach obowiązkowych cichochodów, tylko eleganckie, włoskie pantofle. Patrzył na mnie i uśmiechał się kpiąco. Miałem powrócić do swojej sprawy, kiedy zauważyłem coś niepokojącego.
Tatuaż smoka na obojczyku. Taki sam, jaki widywałem przez całe moje życie. Taki sam, jaki ozdabiał ciało moich wrogów. Identyczny, co mogło oznaczać tylko jedno: mafia jest tutaj. Przyszli po mnie.
Krzyknąłem ostrzegawczo, a tłumek dookoła mnie rozstąpił się. Pielęgniarz uciekł, a ja rzuciłem się do pogoni. Zdezorientowani pacjenci patrzyli, jak gnamy przez korytarz i znikamy im z oczu za zakrętem.
Biegam szybko. Bardzo szybko. Od małego ćwiczę i jestem z siebie dumny. Fakt że ten koleś mi zwiał to sprawka tych cholernych spodni na gumce, które najnormalniej w świecie zaczęły mi się bezwstydnie zsuwać z tyłka.
Opiekunowie dogonili mnie klnącego, podciągającego spodnie i wrzeszczącego na mężczyznę, który najwyraźniej zdążył już zwiać, a którego oni uznali za jeden z „moich omamów”. Darłem się żeby mnie puścili. Musiałem go złapać. Jeśli był szpiegiem, to właśnie próbował dostarczyć informacje o mnie swojemu szefostwu, a to stanowiło zagrożenie dla wszystkich ludzi w tym budynku.
Chciałem ich chronić, a co dostałem w zamian? Zastrzyk w tyłek.


Obudziłem się w swoim pokoju, obok mordy Feliksa który, nie wiedzieć czemu, leżał na moim łóżku. Odsunąłem się trochę i spojrzałem na niego wkurzony.
– Jak tam, w pogoni za pustynną oazą? – Zapytał słodko mrugając oczami
Warknąłem.
– Nic mi się nie przywidziało. Tam był człowiek, który jest niebezpieczny i gdybyście mieli choć trochę oleju w głowie, pozwolilibyście mi go gonić!
Spoważniał.
– Spokojnie, wierzę ci. Widziałem go.
Oddychałem szybko, rozglądając się po pokoju. Wstałem z łóżka i zacząłem przeglądać swoje rzeczy.
– Więc powiesz mi co to za jeden?
Przekartkowałem książkę, którą pożyczył mi Ludi i rozrzuciłem rzeczy z pudełka, które dla mnie pożyczył.
– Członek mafii. Jest tutaj żeby mnie dopaść.
Felek popatrzył na mnie krzywo. Westchnąłem i podszedłem do niego.
– Wiem jak to brzmi. Serio. Ale to prawda! Słuchaj, wyglądasz i zachowujesz się jak kretyn, ale chyba mogę ci zaufać, nie? – Pokiwał głową i kontynuowałem – Nie jestem tu przez jakieś moje urojenia. Nie mam urojeń. Jestem członkiem rodzinnej organizacji, która ma na celu zwalczanie złych typków tego świata, czaisz? Ale zwaliłem ostatnią misję i teraz muszę się ukrywać. Brat wysłał mnie tutaj, a wygląda na to że mnie znaleźli.
Zagryzł kciuk.
– Jak cię znaleźli?
Rozłożyłem odtwarzacz mp3 i pokazałem mu mały, srebrny krążek.
– Nadajnik GPS. To stały trik, ale nie spodziewałem się, że zdążą mi go podłożyć.
Wyglądał na zdziwionego i przejętego. Chyba mi wierzył. To dobrze, bo potrzebuję kogoś do pomocy. Zwykle to był wykwalifikowany agent, ale musi mi teraz wystarczyć półmózgi wariat.
– Jesteś ze mną?
Pokiwał głową.
– Ci ludzie zagrażają nam wszystkim. Będę chronił mojego Zakładu Psychiatrycznego!
Aha.
Kto wymyślił ten nowy sposób dodawania artów? >:C

Ostrzeżenia: AU, przekleństwa się sypią i takie typowe, pruskie biadolenie.


Tym opowiadaniem zaczynam kolejną serię ficków do APH. W trochę innej formie, ale mam nadzieję że się spodoba :p Na razie akcja rozkręca się i w sumie jest bez sensu (czyli w bardzo moim stylu ;_; ). No i powoli zaczną się pojawiać kolejne postaci.

Rozdział pisany praktycznie w całości na telefonie. Proszę krzyczeć jeśli będą jakieś byki.

No i enjoy
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Dom wysoki na cztery kondygnacje, z czerwonej cegły, okryty stromym dachem. Balkony z balustradami, które chyba miały być finezyjne, okna w drewnianej ramie (o dziwo bez krat!). Ciężkie, dębowe drzwi. Wygląda raczej na zapuszczony internat niż dom mieszkalny dla wspaniałej, ZSRRowskiej rodziny. Nawet huśtawka na podwórku ma wyryte inicjały (I.B.+R.G.=<3). Dookoła gęsty las, trochę jak w horrorze. Przebywanie tu nocą nie jest raczej zbyt ciekawym pomysłem. Jeszcze jakiś dziwny ruski cię przyuważy, albo, nie to żeby jakiś był, drzewny ekshibicjonista...
Ten dom właśnie stał w płomieniach.
Rosja. Białoruś. Ukraina. Polska. Litwa. Prusy. Węgry.
Stali przed domem robiąc przysłowiowego karpia.
- Mój domek... Mój kochany domek...
Rosja przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Nawet Liz zrobiło się go żal i poklepała go po plecach.
- Nie martw się, Ruski- pocieszycielem była Polska- Tylko tobie się podobał.
Szloch Rosji zmusił Litwę do zgromienia wzrokiem przyjaciółki. Taki chłop jak Ivan tonący we łzach to zbyt makabryczny widok.
Białoruś i Ukraina z gigantycznym poker fejsem gapiły się w ogień. To było takie nie fair. One chciały kulturalny rozpiernicz zrobić, a tu im się jakiś pożar wciął. Toż to żałosne.
Pierwsza chwila ogłupienia minęła. Pojawiły się pytania. Kto to zrobił? Dlaczego? Czy dom da się ocalić? I...
- ... Gdzie jest Łocia?!
Braginski przerażony wykręcił się i spojrzał na swój tyłek. Łoci tam nie było, co wykluczało opcję, że został zgnieciony kiedy Rosjanin siedział mu na kolanach.
Brak Raivisa był zastanawiający. Niespokojnie rozejrzeli się naokoło. Został w środku?
Zobaczyli jakiś kształt majaczący koło domu. Przyglądali mu się w napięciu. Jakiś człowiek wyskoczył z okna i biegł w ich stronę. Nie był to jednak Łotwa.
- Estonia...- mruknął Litwa jakoś tak bez przekonania- Jak to dobrze że nic ci się nie stało...
Wyrażające równie dużo emocji pomruki wydobyły się z ust reszty sowieckiej rodzinki. Estończyk łapał oddech.
- Kuchenka…
- Co kuchenka?
- Kuchenka, Łotwa...
- CO Z ŁOTWĄ?!- wydarł się Wania
- Jest... Jest w środku.
Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało jak Rosjanin rzucił się w stronę budynku. Ujrzeli jedynie podnoszący się za nim kurz.
- No to dupa- podsumowała Felicja
Usłyszeli wrzask Gilberta, który chwilę potem rzucił się w przeciwną stronę. Elka nie wiedząc, co powinna zrobić pobiegła za nim. To nagłe poruszenie wywołało spore zamieszanie. Ukraina i Białoruś też gdzieś zniknęły. Estonia razem z nimi.
Toris poprawił bandaż. Na klatce piersiowej czuł ślad po żelazku.
- Musimy ugasić pożar.- powiedział poważnym tonem w stronę Polski
Posłała mu figlarny uśmiech.
- Ty gaś, a ja zaśpiewam piosenkę~
"WTF?"- pomyślał Litwa.

Stanął w ogniu nasz wielki dom
Dym w korytarzach kręci sznury
Jest głęboka, naprawdę czarna noc
Z piwnic płonące uciekają szczury.




Ivan biegł ocierając końcem rękawa łzy spływające po policzkach. Sam już nie wiedział, czy łzawi od dymu, czy może jest tak przerażony obecną sytuacją swojego SEME. Dobiegł do ściany domu i zdał sobie sprawę z pewnej dość istotnej rzeczy. Dom płonie. Tak łatwo się nie dostanie... Co by w takiej sytuacji zrobił Łociek? Na pewno coś bardzo męskiego. Najpierw zerwałby z siebie koszulę, potem przeniósł tu Bajkał swą cudowną mocą i wody ugasiłyby ogień. Nie, wystarczyłoby że zdjąłby tą koszulę. Ogień zgasłby przy tak wspaniałej klacie.
Zdał sobie sprawę że stoi pod płonącym budynkiem i ślini się. Potrząsnął głową i obszedł dom dookoła. Znalazł wejście, do którego ogień jeszcze nie dotarł.
- Trzymaj się, Raivisku...



- Gilbert! GILBERT!
Węgry biegła za albinosem, który zdawał się popaść w jakiś szał. Przeklęła. A mogła sobie siedzieć w Budapeszcie. Jadłaby wyroby czekoladopodobne i narzekała, że tyje. Marudziłaby, że papier toaletowy ma za mało warstw, a Paniczyk jest głupi. A co musi robić? uganiać się za chorym psychicznie prusackim jełopem.
Beilshmidt nagle się zatrzymał, przez co Elka na niego wpadła miotając węgierskimi przekleństwami.
- Co ty robisz, ty...! Ty płaczesz?
W istocie. Policzki Gilberta błyszczały od łez. Węgierka pochyliła się nad nim i ze zdziwieniem otarła krople. Zaszlochał. Aż tak przejął się tym pożarem? Zdawał się być roztrzęsiony... Westchnęła. Kto by pomyślał, że potrafi być taki... Delikatny?
- W-węgry...
- Spokojnie, Gilbert. Wiem. Będzie dobrze.
- Węgry. Las spłonie.
To był tak nagły powrót do rzeczywistości, że aż dała mu w twarz z liścia. Dźwięk dłoni uderzającej o policzek rozniósł się po lesie zaskakująco głośno.
- Do cholery, Gilbert! Ogarnij się!
Wyczołgał się spod niej i zaczął dreptać w kółko.
- Jeszcze nic nie jest stracone...-nie wiadomo, kto był adresatem tych słów- Jeszcze damy radę…
Nie miała pojęcia, jak mają „dać radę". Przecież ogień zaraz przeniesie się na las. Przecież Gilbert nie zacznie…
Rzucił jej łopatę.
- Przesadzamy, Ela!
Jak powiedział, tak zrobił. Rzucił się do ogromnego dębu i z pasją, jakiej pozazdrościłby mu niejeden polski drogowiec, zaczął rozkopywać ziemię dookoła drzewa.
Węgry skwitowała to wymownym pacnięciem w czoło.



- Co ty zrobiłeś?!
- Nic! Kuchenka się zapaliła!
- Nie dość że nam nie pozwoliłeś działać, to jeszcze sam spieprzyłeś sprawę!
- Zamknij się! Jesteś kobietą, wam i tak by nic nie wyszło!
Estonia uchylił się przed uderzeniem ukraińskiej ręki.
Stali gdzieś na skraju lasu przyglądając się płonącemu domowi. Białoruś co chwila zawodziła, że przecież braciszek został w środku, a gwałcenie zwęglonych zwłok nie jest aż takie fajne jakby się zdawać mogło. Ani Eduard ani Olena nie poświęcali jej większej uwagi, więc odeszła kilka kroków dalej.
- Ja przynajmniej miałam plan i się go trzymałam!
- Ja też miałem plan!
- Bomba?! No proszę cię, naoglądałeś się za dużo dennych, amerykańskich filmów!
- One nie są denne!
W ogóle to jak ona śmiała podważać potęgę amerykańskich filmów? W nich czarne charaktery SA zawsze takie seksowne… Ci zwariowani informatycy, ze zmierzwionym włosem. Nieodkryte geniusze. Nikt ich nie rozumiał, widzowie śmiali się z „wariatów". Ale on rozumiał. Rozumiał tą moc. Moc i potęgę zła!
- A ty masz cycki jak melony.- odciął się
Olena zmarszczyła brwi.
- Tak, no i co?
A na to pytanie Ne znał już odpowiedzi, więc po prostu wbił spojrzenie w obiekt swoich drwin.



Dym coraz gęstszy obcy ktoś się wdziera
A my wciśnięci w najdalszy sali kąt
„Tędy!" -wrzeszczy – „Niech was jasna cholera!"
A my nie chcemy uciekać stąd!

A my nie chcemy uciekać stąd!
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory
Stanął w ogniu nasz wielki dom!
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych!


Taurys mijając Felicję nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dziewczyna śpiewa żeby mu nie pomagać. I żeby móc bezpodstawnie przekląć. No ale widząc to radosne spojrzenie, którym raczyła płonący ZSRRowski dom, nie śmiał przerywać. Chociaż nad doborem utworu by polemizował. On bardzo chętnie by uciekł. I ucieknie.
Kiedyś.
A teraz trzeba gasić to cholerstwo, zanim się rozprzestrzeni.
Przez moment po prostu stał jak zwykle, czyli z miną jakby co najmniej wyrywano mu jelita, ale zdecydował się poszukać czegoś, czym można by ugasić pożar. Pobiegł w stronę lasu. Gdzieś tam zobaczył jeszcze Elżbietę wrzeszcząca na Gilberta, który chyba ciągnął korzeń drzewa z niewysłowionym wyrazem triumfu wymalowanym na twarzy. Dobiegł do studni.
Ivan nigdy nie pozwalał im z niej korzystać. Zawsze powtarzał, że nie po to instalował kanalizację, żeby teraz używali czegoś tak przedpotopowego. Bo jeszcze reszta Europy  przypadkiem pomyśli, że coś z nimi nie tak. Jakby już nie myślała.
Torisowi chwilę zajęło zrozumienie skomplikowanej idei studni. Acha. Trzeba wrzucić wiaderko. I wyciągnął kręcąc tą śmieszną korbką. Dobra.
Tak też zrobił. Po chwili w jego dłoniach znajdowało się wiadro z przezroczystą cieczą. Od razu pobiegł w stronę płomieni. Oczywiście po drodze trochę wylał. Najwięcej, kiedy mijał drącą się Polskę. Odwróciła się do niego nagle i popatrzyła na wiadro.
- Co to jest?- zapytała jakoś tak dziwnie podejrzliwie
- Woda- warknął- Śpiewaj sobie, śpiewaj. Ja sam ugaszę, czemu nie. Zawsze było tak, że ja musiałem wszystko robić. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?!
- Ehm, Toris…
- Nie przerywaj! Zawsze tylko Toris to, Toris tamto! Gdybyś powiedziała mi wcześniej o tym, ze jesteś kobietą, może i wszystko wyglądałoby inaczej! A teraz przepraszam, muszę ugasić pożar! Śpiewaj sobie dalej…
Usłyszał jeszcze tylko jej krzyk, a potem zawartość wiaderka poleciała w ogień. Następnym co poczuł było niesamowite gorąco. Gdzieś…
Buchnął ogień.
Felicja rzuciła się na Litwina, któremu zajęły się włosy. Swoja drogą widok nawet całkiem ciekawy. Taki Licia z płonącym łbem… Mimo wszystko natychmiast opanowała płomienie. Laurinaitis gapił się na nią oniemiały i ręką dotknął spalonych kłaków.
- Co to kurwa było?- zapytał tonem, jakby miał się zaraz rozpłakać
Poklepała go po ramieniu.
- Chciałam ci powiedzieć, że z tego wiadra to ja tylko wódę czuję, ale nie słuchałeś. A teraz siądź na dupie i czekaj, ja sprawdzę co z resztą.



To koniec.
Raivis leżał na plecach w salonie. Wpatrywał się w sufit i czuł ciepło. Zbyt dużo ciepła, ze wszystkich stron. Syk ognia, który w tej ciszy wydawał się być tak głośny…
Pomimo tej wszechobecnej suszy i gorąca wiedział, że wygląda zajebiście. I chyba tylko to go trzymało jako-tako na duchu. Ba, nawet jeśli ogień przeżre jego ciało: kości i tak będą ponętne. A po kościach, kiedy zostanie garstka popiołu… Wciąż będzie biszem, nie?
Zaśmiał się i nagle zobaczył jakiś kształt nad sobą.
- I… Ivan?- zapowietrzył się
Rosjanin pochylił się nad nim i położył mu głowę na klatce piersiowej. Wsłuchał się w bicie serca Łotwy.
- Ivan? To naprawdę ty?
Przyszedł po niego. Teraz mogą umrzeć tu razem. Jak Romeo i Julia. A nie, oni chyba jakoś oddzielnie zginęli…. Nieważne. Przyciągnął do siebie Braginskiego i poczuł jak wielkie, słone łzy kapią z fiołkowych oczu. Otarł je. Przynajmniej SĄ razem. Przynajmniej nie ma tu żadnego pedalskiego Polski. Ani udupa Litwy. Ani tej prostytutki, Węgry. Ani tych głupich sióstr. Ani brzydala Prusa, który myśli ze jest taki zajebisty, a zajebistości Łotysza nie dorasta do pięt. Ha! Jeśli Gilbert ma pięć metrów, to Raivis ma piętnaście. I nie ma tu Eduarda, który tylko wydawał się być dzikusem który nie używa prysznica.
Byli tu sami.
Łotewska ręka bez problemu poruszała się po pasku od spodni Rosji. Wsunął ją pod koszulę i przejechał po klatce piersiowej. Odpowiedziało mu ciche westchnienie Ivana, które potraktował jak zachętę. Wargami muskał policzki Rosjanina, po chwili wpił się w usta.
I tak zaraz spłoną.
Seria pocałunków pochłonęła ich obu. Teraz już sami nie wiedzieli, czy jest im gorąco od ognia, czy od bliskości ukochanej osoby. Po chwili pozbyli się zbędnej koszuli Rosji. Teraz mocowali się z paskiem. Kiedy nagle Raivis coś sobie uświadomił.
- Ivan?
- T-tak?
- Jak tu wszedłeś?
- Drzwiami, od kuchni.
- Czyli da się jeszcze stąd uciec?!- wrzasnął
- N-no tak…
- Więc na co czekasz?!
Rosyjka wybuchnął płaczem.
- Nie wiem!
Łotysz zastanowił się, za co on pokochał tego nie całkiem ogarniętego faceta. No ale miłość ślepa jest.
- Spokojnie, będzie dobrze. Wstawaj, wychodzimy.



- Weź ty się w ogóle jakoś ogarnij, no!
Prusak pokręcił głową i dziarsko kopał. W sumie całkiem nieźle mu szło. Spora część korzenia była już odkryta (albo, jak to określił chwilę wcześniej Gilbert podnieconym głosem: naga). W tym tempie może uda mu się przesadzić las przed końcem stulecia. Następnego.
- … to ja idę zobaczyć co z drzewami po drugiej stronie…
To powiedziawszy cofnęła się i ruszyła w stronę błoni Nie było tam nikogo. Nikogo, oprócz Torisa. Litwin przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy: siedział okrakiem i gapił się na dom. Cały był obwiązany bandażami, a z przypalonych włosów ulatniał się dym.
- Litwa?
Popatrzył na nią jakoś tak nieobecnie.
- Mmm?
- Ruszyłbyś się i pomógł gasić, a nie czekasz aż ktoś to zrobi za ciebie.
Odpowiedział jej przeciągłym jękiem.
- No jasne…- ni to się zaśmiał, ni to wyszlochał- Zaraz to zrobię. Idź, idź.



Kopać. Kopać. Kopać.
Jeszcze tylko trochę pracy, drzewa będą bezpieczne! A potem przeprowadzimy się gdzieś razem i będziemy zapuszczać korzenie… Gilbert nawet nie chciał myśleć inaczej. Każdy ma prawo do odrobiny szczęścia i zapomnienia, prawda?
Usłyszał szelest gdzieś niedaleko, za krzakami.
- Spokojnie, zaraz się wami zajmę!- krzyknął
Szelest nie ustał, wręcz przeciwnie. Ucieleśnił się. Znaczy, okazało się, że to jednak nie drzewa starają się go pogonić, tylko ktoś w nich buszuje.
- Polska…?
W istocie. Ten słowiański pomiot właśnie wyplątywał się z krzaków. Ubranie mocno poszarpane, brudne… W skołtunionych włosach dużo liści. Gałązek. W tym swoim mundurze wyglądała trochę jak drzewko. Jak młoda sadzonka, całkowicie niewinna. A poza tym, była bardziej ruchliwa niż drzewo. Patrzył na nią z otwartymi ustami.
- Kurważ jego mać!- zaklęła podchodząc do niego- Jakiś szop pracz mnie kurde pogonił, ogarniasz? Szop pracz! I to ruski! Już lepsza by kuna była, czy coś, a tu szop ruski pracz…
Sięgnął ręką i wyjął z jej włosów jedną gałązkę. Zdziwiona spojrzała na niego.
- A ty co…?
Uśmiechnął się.
- Polsko… Jesteś taki…
Nie potrafił znaleźć prawidłowego określenia. Ale po raz pierwszy poczuł do Polaczyny coś więcej niż tylko odrazę. Coś, co dotąd było zarezerwowane tylko dla drzew i Gilbirda.
- … liściasty.
Felicja prawdopodobnie nie zrozumiała aluzji. Nie mogła jej zrozumieć, w końcu nie wiedziała o dzikich fetyszach szwaba. Dlatego też posłała mu pełne niezrozumienia spojrzenie. W ten sam sposób patrzyła po chwili na łopatę.
- Tunel do Niemiec wykopujesz, kartoflu?
Nie zwrócił uwagi na ociekające sarkazmem słowa. Buzię zawsze można zakneblować. A tymczasem… Te ręce były takie patykowate… Te zielone oczy takiego koloru jak bór… Z tymi gałązkami było jej tak do twarzy…
Polska odtrąciła szybko jego dłoń, gdy przejechał palcem po jej policzku. Zmarszczyła brwi.
- O co ci kurde chodzi?
- Dlaczego wcześniej nie zauważyłem tego piękna?
Cofnęła się o krok, zanim Prus zdążył złapać ją za rękę. Pomyślała jeszcze tylko, że pewnie nawąchał się jakiś dziwnych ruskich grzybów i teraz ma omamy. Potem rzuciła się do ucieczki.
A Gilbert biegnąc nie myślał o niczym innym, tylko o tym jak łagodnie powiedzieć drzewom, że będą musiały zaakceptować jeszcze jedną osobę przy nim. Mogliby razem z Felkiem chodzić na długie spacery do lasu.  I sadziliby małe drzewka. To by było tak romantyczne.
- SPIEPRZAJ!
- NIE!
- NO SPIERDALAJ!
- NIE!
Dziki bieg przy akompaniamencie muzyczki z Benny'ego Hilla (skąd ona się tam wzięła?) trwał dłużej, niż by sobie tego życzyli. A zakończył się niespodziewanym zaryciem Gilberta w konar drzewa. Historia zatacza koło? Nasz Prusak upadł na plecy i zobaczył mgłę przed oczami. Zniknęła dopiero, kiedy Felicja podbiegła do niego i kopnęła go w krocze.
- I ogarnij się!
Jęknął. Ugodziła jego męskość. I znowu, po tylu latach… Znów jest upokorzony… Jeszcze tylko tego lamusa tu brakuje. Tak, patrzcie na jego porażkę. Czemu nie? On tylko chciał bliżej Polskę poznać! Chciał… Być szczęśliwy. Czy to takie nieosiągalne? Czyżby Bóg zaprzysiągł wyżywać się na nim? Dlaczego? To takie… smutne…
Poczuł samotną łzę spływającą po policzku.
Kiedy nagle stała się światłość. Znał to uczucie! Od razu poczuł adrenalinę.
Czekał tyle lat…!
- Gilbercie…- wyszeptało drzewo
Wciągnął powietrze i otworzył oczy. Obraz wciąż był rozmazany, ale wyraźnie widział Topolę w jasnym świetle. Było tak samo, jak za dawnych lat… Chwiała się delikatnie na boki, jakby chciała go tym bujaniem ululać.
- Gilbercie… - Topola najwyraźniej oczekiwała reakcji
- Jestem.- odparł jak natchniony
- Gilbercie… Nie mamy zbyt wiele czasu… Zaraz spłonę.- mówiła spokojnym, miłym dla ucha głosem- Ale nie martw się, zawsze będę cię kochać. Zaopiekuj się… Naszym synem.
Coś małego spadło mu na czoło. Przestał widzieć światłość i ze zdziwieniem przyjrzał się temu, co ofiarowało mu drzewo.
Wziął do ręki mały żołądź. Przez chwilę zastanawiał się, skąd z Topoli żołądź, ale miłość nie zna ograniczeń. Uniósł go ku niebu, jak ten dziwny pawian Simbę.
- Gildrzew Pierwszy… Junior!



- Tasia!- zawołała Olena biegnąc w stronę siostry- Mam coś fajnego!
Nataszka popatrzyła na nią oczami jak spodeczki.
- Wanię w slipkach…?
- … - milczała przez chwilę wymownie- Nie, tą bombę którą zmajstrował Estonia.
Wskazała na małe zawiniątko, które ściskała pod piersiami.
- A po co ci to?
- Może się przydać.
- Brzydkie.
- Ale może się przydać!
- A jak ci pieprznie?
- Nie pieprznie!
Białoruś wzruszyła ramionami i powróciła do wpatrywania się w płonący dom.



- Toris?- Estonia spojrzał na Litwę
Brunet tylko wpatrywał się bez jakichkolwiek emocji w płomienie. Dym jeszcze wydobywał się z jego włosów. Tak z boku to wyglądał nawet jak całkiem zadbany bezdomny po kontakcie trzeciego stopnia z żelazkiem. Gdyby nie te brudne ubrania i bandaże…
- Coś się stało?- zapytał Eduard nie doczekawszy się jakiejkolwiek reakcji
Blondyn podszedł do niego z wahaniem, jakby myślał że i ten jego „przyjaciel" może mieć mroczy sekret, jak na przykład wyrastające szpony, czy coś. Nic takiego jednak nie zauważył. Najwyraźniej koniec nienormalności na bałtyckim wybrzeżu.
Litwin pokręcił głową.
- Aaa… To może chodź, nie siedź tak bo wilka złapiesz…
Zdusił w sobie chęć upewnienia się, czy Litwa nie ma złamanego kręgosłupa i pociągnął go za sobą w stronę studni.
- Wódka.- burknął nagle pan kaleka
„Na mózg mu padło"- pomyślał Estonia
- Poważnie. W tej studni jest wódka.
- Rozumiem, Toris. Spokojnie. Niech tylko ugaszą ten pożar, to zadzwonimy po bardzo miłych panów w bardzo białych płaszczach z bardzo ciasnymi kaftanami bezpieczeństwa…
- To spróbuj!
Już miał powiedzieć kolejne zdanie, które uspokoi potencjalnego wariata, ale zobaczył to pełne furii spojrzenie i natychmiast pociągnął korbką. Wiaderko po chwili obiło się o brzeg studni. Spróbował.
- Ha! Widzisz?!- krzyknął Toris z tryumfem- Wóda!
Estonia położył mu rękę na ramieniu.
- Spokojnie, kolego. Będziemy cię odwiedzać w szpitalu.
Bo skąd mieli wiedzieć, że są dwie studnie?



Wrzeszczący opętańczo Litwa zwrócił na siebie uwagę reszty. Felicja klepała go po ramieniu w ramach terapii odstresowującej. Węgry szybko straciła nim zainteresowanie na rzecz Gilberta tulącego do siebie żołędzia. Białoruś i Ukraina tylko burknęły coś w stylu „taki duży chłopczyk a płacze", na co Litwin wydarł się jeszcze głośniej.
Umilkł widząc zmierzających w ich stronę Rosję i Łotwę.
- Jesteście- westchnęła zawiedziona Polska
- Dlaczego nikt nie gasi domu?!
Łotwa uniósł dłonie w geście, jakby miał ich wszystkich podusić. Rosja tylko zarumienił się lekko. Reszta wymieniła znaczące spojrzenia.
- Ja próbowałem…- westchnął Toris, jednak zrezygnował z dodania wzmianki o studni z wódką
- Ja mu pomagałam!- zastrzegła Polska
- My… Wzywaliśmy pomoc- mruknął Estonia,  Ukraina i Białoruś ochoczo pokiwały głowami
- Ja jestem matką z dzieckiem!- Prusy uniósł swojego syna
- JEZU, ZABIJCIE GO!- wydarła się Węgry, która w tej chwili zwątpiła w inteligencję narodu germańskiego
Chwilę potem zawalił się dom.
Coś pieprzło, coś huknęło i tyle jeśli chodzi o cudny budynek.



Toris opierał się o studnię i beznamiętnie patrzył jak reszta sowieckiej rodzinki przeszukuje zgliszcza. Atmosfera trochę opadła, kiedy Łotysz udzielił im ostrej reprymendy. Teraz po prostu wszyscy byli zmęczeni.
- Liciek?
Burknął tylko coś.
- Hej, nie gniewaj się na mnie. Na dobre nam wyszło.
Nie wiedział o jakie „dobre" jej chodzi.
- No, a ty ciągle jeszcze żyjesz!
Popatrzył na nią z miną „are you fucking kidding me".
- No Licia, teraz będzie tylko lepiej!
Zmusił się do uśmiechu.
- Obiecujesz?
- Przysięgam!
Rozłożył ramiona chcąc ją objąć. Felicja miała jednak inne plany. Po przyjacielsku szturchnęła go w pierś. Ugodziła jednak odrobinę za mocno. Litwa zachwiał się i z dzikim wrzaskiem wleciał do studni.
Usłyszała jeszcze tylko donośne „plum!" i swój wrzask.
- LICIA ZA BURTĄ!





This is the end…?
;3
Piosenka, którą śpiewała Polska: [link]

Czujecie niedosyt? Macie wrażenie, że akcja się nie skończyła? To dobrze. W najbliższym czasie (teraz już naprawdę niedługo xd) dodam coś w rodzaju epilogu, więc bądźcie czujni :3

Przepraszam, że tak długo nie dodawałam tego rozdziału, ale uczyłam się do egzaminów, a poza tym... Chyba straciłam wenę dla tego ficka. Serio, dopisywałam po jednym zdaniu i nie jestem z niego zadowolona. Ale chyba nic więcej nie wycisnę. Taki koniec planowałam od daaaawna (piosenka strasznie mi pasowała do takiej okazji xp). Pozostaje mi mieć nadzieję że w epilogu pójdzie mi lepiej.

Obiecałam PrusPola i jest PrusPol xD A raczej jego dziwna imitacja, ale trudno xD Dziękuję wszystkim za jeżdżenie po mnie i przypominanie mi, że mam to skończyć!

A teraz szczególne podziękowania. Dla:
:iconkatechi: Gdyby nie ona, w ogóle nie zaczęłabym pisać o Hetalii <3 W sumie powinnam jej zadedykować poprzedni fic, ale za późno się obejrzałam xD Myślę, że się nie obrazi~

:iconsandwitch96: za to, że lubi spojlery i mogłam z nią przedyskutować każdy rozdział! I że napawa mnie fazą.

:iconakemihime: bo, chociaż może o tym nie wie, poprawiała im humor i podtrzymywała na duchu! Poza tym, wczuła się w klimat i nastawienie Prusaka do drzew, co możecie zauważyć w jej galerii xD

I dzięki za wszystkie komentarze! To zawsze daje mi pałera, więc komentujcie ile się da, do znudzenia! Uwielbiam wasze wizje co do mrocznej przyszłości/przeszłości/teraźniejszości bohaterów xp

Informacyjnie: niebawem pojawi się journal o moich kolejnych fickach. Czuwajcie!
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

- PRL, możesz podać mi sól?
Feliks skrzywił się i zdusił w sobie chęć brutalnego mordu na Ivanie.
- Naturalnie.
- Naturalnie co?
- Naturalnie podam ci tę sól.
- Oj, nie tak się uczyliśmy...
- Naturalnie podam TOWARZYSZOWI tę sól.
- Dziękuję.
Blondyn opadł z powrotem na krzesło i wbił widelec w ziemniaka. Zrobił to tak zamaszystym gestem, że połowa warzywa przeskoczyła na talerz Gilberta.
Siedzieli przy stole w jadalni i jedli kolację. Był to dość komiczny widok. Stół był nieproporcjonalnie wysoki i trzeba było mocno unieść łokcie, by się na nim oprzeć. Sama atmosfera przy posiłku była tu jednak kluczowym elementem. Niemalże dało się wyczuć wymuszane "dziękuję" (albo raczej spasiba), "dobrze" (haraszo). Nikt nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Tylko Rosja uśmiechał się z miną, jakby kupił dziecku zabawkę.
Polska przez resztę wieczoru patrzył na drzwi wyjściowe. Wolałby być w domu, ale nie chciał zostawiać Torisa. Ivan był ostatnimi czasy bardzo łaskawy, pozwalał mu pomieszkiwać u siebie.
Litwa starał się być miły dla wszystkich. Nie zawracał nikomu głowy, nikomu nie wchodził w drogę. W sumie to starał się nawet nie oddychać, kiedy Braginski był w pobliżu. Jego rekord to minuta i dziesięć sekund.
Jeśli chodzi o Olenę i Nataszkę, obie wspierały brata. Jedna trochę bardziej niż powinna.
Estonia całymi dniami przesiadywał w swoim pokoju i robił tam jakieś bóg wie co. Pewnie zaczęli by się tym przejmować, gdyby nie jeden fakt: mieli to w dupie.
Węgry siedziała cicho do czasu kiedy Rosja wyszedł z pokoju. Kiedy go nie było, była w stanie uraczyć każdego dowcipem o Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.
A Gilbert? Gilbert cały czas miał minę mówiącą jestem-na-to-zbyt-zajebisty. Jednakże: pan każe- sługa musi. Wezwano go tu i siedział.
Łotwa. Co takiego działo się z Łotwą? Milczał. Mimo iż w tym dziwnym towarzystwie milczał każdy, milczenie Łotwy było... Milczeniem doskonałym. Siedział najbliżej Ivana i trząsł się jak galareta.
- Podziękujmy Leninowi za tą wieczerzę.
Miny większości spożywających posiłek świadczyły, że chętnie by powiedzieli gdzie Lenin może sobie taką wieczerzę wsadzić, ale nie mogą. Zamiast tego mówili z Rosją, każdy jak tylko najmniej wyraźnie potrafił.
Po wygłoszeniu oklepanej formułki, każdy wstał od stołu starając się, aby jego krzesło nie zaskrzypiało. Ukraina już miała zacząć zbierać talerze, kiedy uprzedził ją jej brat.
- Spokojnie, Olenko. Dzisiaj ja i Raivis posprzątamy. Wy idźcie na górę.
Łotwa został obdarzony współczującymi spojrzeniami. Miał wrażenie, że zaraz zaczną mu składać kondolencje. Westchnął cicho.
Szare postaci powoli wyszły z jadalni.



Toris wbił spojrzenie w plecy przyjaciela.
No czy on musiał tak majtać dupą kiedy wchodził po schodach?!
Feliks jakby wyczuł, że Litwa o nim myśli, bo uśmiechnął się pod nosem.
- No to, generalnie, gdzie masz ten swój pokój?
- Pierwsze drzwi na lewo.
Blondyn bez pytania wdarł się na litewskie terytoria i ocenił pomieszczenie. Czysto i nudnie. Czyli jak zawsze. Pokiwał głową i wskoczył na łóżko.
- Patrz, Litwo! Jestem jak Marilyn Monroe! - ułożył się w kuszącej pozycji i zasłonił lekko usta dłonią
- Ćśś, bo Ivan usłyszy...
- A co, on nie lubi Marilyn Monroe?
- On nie lubi, kiedy mówi się do mnie "Litwa"- syknął
- A, no tak. W takim razie masz bardzo wygodne łóżko, Litewska Socjalistyczna Republiko Radziecka.
Na twarzy bruneta odmalował się dziwny grymas. Zamknął drzwi uważając, żeby nie trzasnąć i usiadł koło przyjaciela. Kiedy na niego spojrzał, zobaczył usta wydęte w podkówkę i zdenerwowane spojrzenie.
- Coś się stało?
Łukasiewicz prychnął.
- Stało się już bardzo dawno temu, ale ty nic nie zauważyłeś, bucu!
Mimo iż LSRR poczuł się urażony, kiedy nazwano go bucem, odepchnął to uczucie w nieco dalszy plan i uniósł jedną brew.
- Czego nie zauważyłem?
Polska wbił w niego spojrzenie. Gapił się tak kilkanaście sekund, a potem głośno westchnął, wstał i... zaczął się rozbierać.
- Feliks!- krzyknął zdegustowany Litwa- No wiesz...
Urwał, bo zobaczył że jego przyjaciel nosi damską bieliznę. Tak, i dół i górę.
Blondynek stał w kącie pokoju w samiuśkiej bieliźnie i mordował przyjaciela spojrzeniem.
- Nadal nie widzisz?
- Widzę. Nosisz dziewczęcą bieliznę.
- No jasne że noszę! Czy ty nie widzisz moich piersi?!
- To że założyłeś stanik nie znaczy, że masz piersi.- uśmiechnął się z pobłażaniem
- Toris! - ryknął Felek piskliwie- Czy ja mam zdjąć majtki, żebyś, cholera, zobaczył?!
- Zobaczył co takie-
Litwa zasłonił usta dłonią, żeby nie wrzasnąć. Albo Polska miał wyjątkowo małe... No... Albo...
- Wykastrowałeś się?!
Feliks jęknął głośno i zrobił klasyczny fejspalm.
- Jak grochem o ścianę... Licia, ja jestem dziewczyną!



Kiedy wszyscy wyszli, Ivan zgarbił się i od razu poświęcił całą swoją uwagę sztućcom. Postanowił skupić się na zbieraniu brudnych naczyń, żeby Raivis nie zobaczył słodkiego rumieńca, który to wymalował się na jego twarzy. Opatulił się ciaśniej szaliczkiem.
Oni wszyscy myśleli, że z niego taki tyran. Wszyscy. Uuu, Rosja. Samo zło. Chłód, Syberia, wódka i nic więcej. Nie dostrzegali ciepła jego osoby pod tą całą skorupą. Żyli w przekonaniu, że on chce dla nich źle. Jakby jemu się to całe ZSRR podobało! A co on biedy miał zrobić?! Szef kazał, to podporządkował sobie bałtów i siostry. A tak naprawdę wcale mu się to nie podobało. Szczególnie to że Estonia nie spuszcza po sobie wody, a Białoruś lata za nim jakby był jakąś gwiazdą popu... Stracił swoją prywatność.
Ale były też plusy. Mógł więcej czasu spędzać z Łotwą.
Wbrew wszystkiemu Raivis Galante dostrzegł tego prawdziwego Ivana. Tego strachliwego, miękkiego i uczuciowego. Dostrzegł go i starał się być dla niego bliski.
Bardzo, bardzo bliski...
Braginski sięgnął po ostatni widelec, kiedy poczuł dłoń Łotwy na swojej dłoni. Serce automatycznie szybciej mu zabiło. Jęknął, kiedy podwładny oplótł go w pasie.
- Ł-łotwo- wydukał
Tak. Zakochał się w Raivisie. Przy nim mógł być sobą: delikatnym Rosją.
- Ćśśś...- uspokoił go tamten
Przez chwilę stali w milczeniu wsłuchując się w cykanie zegara.
- Schyl się.- nakazał Łotwa
Cóż... On lubił grać. Lubił przy innych udawać, że boi się Ivana bardziej niż własnej matki (a jest czego się bać...). Trząsł się. A oni nie podejrzewali nawet, że tych dwóch może mieć tajemny romans. Byli ślepcami. Tak naprawdę Galante był "mózgiem" ZSRR. O cokolwiek by Ivana nie poprosił, dostawał to. Zawsze. Kochał go, płacili sobie taką samą miłością.
- Po co mam się s-schylić?- wyszeptał Braginski
- Bo chcę cię pocałować, a jesteś za wysoki!- warknął
- Oooch...
Posłusznie przyklęknął tyłem do niego czując, jak ciepłe usta muskają jego włosy.
Tu był ten problem. Mimo iż każda logiczna myśl stawia Ivana w świetle wybitnego seme... Był uke. Wyjątkowo potulnym i bojaźliwym uke. Jeśli chodzi o Łotwę... tak: ten trzęsący się wciąż maluch z dziecinnym wyrazem twarzy to nieco brutalne i męskie seme. Widzieliście kiedyś jego klatę? Nie widzieliście. A jest zajebista. Kiedy tylko jest sam na sam z Ivanem, robi się naprawdę bardzo męski...
Gdyby nie różnica wzrostu między nimi to może nawet nie wyglądałoby tak zabawnie.
Ivan nagle poczuł, jak czyjaś ręka wsuwa mu się w spodnie.
Zarumienił się i pisnął.
- N-nie...!
Łotwa uniósł brwi.
- Co "nie"?
- Bo ja... Ja jestem prawiczkiem..
Usłyszał łagodny śmiech.
- Spokojnie... Ze mną to nie będzie bolesne.
Ivan potulnie pokiwał głową.



Ela siedziała w swoim tymczasowym pokoju i gapiła się w ścianę. I tak nie miała nic lepszego do roboty. No, oczywiście poza staniem w dziesięciokilometrowej kolejce po makaron, ale takie "przyjemności" dnia codziennego odłożyła na jutro. Westchnęła głośno i usłyszała głośne tupanie, a po chwili drzwi do jej pokoju otworzyły się gwałtownie.
- Musisz zamienić się ze mną na pokoje! - wrzasnął Gilbert
Popatrzyła na niego, jakby właśnie oznajmił że dostał pracę w balecie.
On za to posyłał jej z drugiego końca pokoju przeszywające spojrzenia i założył ręce na klatkę piersiową w buntowniczym geście.
- Przecież za kilka dni i tak wracamy do domu.- zauważyła trzeźwo
- To nic, ja muszę mieć ten pokój!
Tupnął i nerwowo wyłamał palce.
Węgry zaczęła się zastanawiać. Czyżby ten pokój miał w sobie coś innego? A może tu jest ukryty skarb? Albo w innych pokojach są zarzygane ściany?
- Dlaczego chcesz akurat ten pokój?
- ...
- No dlaczego?
- Nie powiem ci...
- To to się nie zamienię.
- OJ NO ELKA!
Uśmiechnęła się kwaśno. Widać bardzo chciał się zamienić. Mogła się z nim troszeczkę pobawić.
- Chcę wiedzieć.
- Nie dowiesz się.
- W takim razie wynocha z mojej ziemi.
Wyglądał, jakby nie wiedział czy się rozpłakać, czy ją zabić.
- Będziesz się śmiała.
- Pewnie będę.
- Nie pomagasz mi!
- Mów!
Odetchnął głęboko i zamknął oczy. Kiedy znów je otworzył, był spokojniejszy. Podszedł do okna. Przez chwilę wpatrywał się w coś, czego ona nie mogła ze swojego miejsca dostrzec i w końcu przemówił.
- Masz bardzo ładny widok za oknem...
Po raz kolejny tego wieczoru posłała mu pełne niezrozumienia spojrzenie.
- Nie prawda. Tylko drzewa.
- NO WŁAŚNIE!
Otworzył okno i wpatrując się w park jęknął żałośnie.
- Ja już tak nie mogę, ja muszę komuś powiedzieć.
Węgierska zaczęła się bać. W tych czerwonych oczach rozbłysło nagle coś szalonego. Prusy osunął się na kolana i zbliżał do niej powoli.
- Węgry... Ja jestem dziwny...
- ... No nie da się nie zauważyć... - podkuliła nogi
- ... Mam taki fetysz...
- ... Straszysz dziewczyny a potem je gwałcisz...?
- ... Ja kocham drzewa!- pisnął radośnie
- ... Co?



Litwa trzymał się za serce i gapił w Feliksa. A właściwie nie w Feliksa. Bo "Feliks" to męskie imię, a to co stało przed nim mężczyzną nie było na bank.
- Co się gapisz?- burknęła Polska- Byłeś ślepy! Już za kupały latałam za tobą trzęsąc tyłkiem! Pod Grunwaldem nawet prawie cię pocałowałam! Sypialiśmy w jednym łóżku, a ty i tak nie zwróciłeś na to uwagi! Zaczęłam nosić spódniczki, wszyscy się ze mnie śmiali, a ty tak po prostu uznałeś, że jestem transwestytą! Nawet kiedy gadałam jak pusta gimnazjalistka, ty wciąż uważałeś mnie za faceta!
Toris otworzył usta, ale nic mądrego nie wymyślił.
- Zatkało kakało?
- Polsko...
Prychnęła i zaczęła się ubierać. Dobra, może i była płaska, ale to nie znaczy, że nie można zauważyć jej pięknych, damskich walorów! Miała talię! I piękne nogi! Ale czy Laurinaitis zwrócił na to uwagę? Nie no, skąd! Był zajęty praniem gaci Ivana!
- Ale... Dlaczego udawałaś przed innymi faceta?
Dobre pytanie.
- Bo ja się pierwsza dowiedziałam, że Elka jest babą! - zaczęła tłumaczyć- I chciałam, żebyśmy tak nagle razem zdały sobie z tego sprawę, no wiesz. "Ooo, jesteśmy inne! Fajniejsze! i mamy cycki!". I Byłoby fajne yuri, ale musiał się przywalić ten gnida Prusy i wszystko zniszczyć! No, jeszcze fakt że ja nie mam piersi...
- Nie przesadzaj, aż takie małe nie są.
- Estonia ma większe cycki niż ja.
- On też jest babą?!
- No właśnie nie.
Spojrzała ze smutkiem na miejsce, gdzie powinien znajdować się biust.
- Ta szmata Ukraina zwinęła moją działkę...- warknęła
- Polsko...
- Co?
- To jak ty się nazywasz?
- Felicja.
Pokiwał głową z uznaniem.
- Też ładnie. A jakie jest od tego zdrobnienie?
- Feli.
- Niee... Włochy Weneckie to Feli. Będzie mi się mylić.
- No to mów do mnie "Panie Mój I Władco".
- ... Feli może być.
Westchnęła ciężko.
- Znudziło mi się udawanie że mam fiuta. Chyba powiem innym prawdę...
- Ale musisz zacząć zachowywać się jak dama.
- A się, kurwa, nie zachowuję?
- Nie bardzo.
Posmutniała.
- Bez obaw, pomogę ci- uśmiechnął się do niej ciepło
- Serio?
- Mhm.
Jej radość była tak wielka, że wzięła wielki rozbieg i zaczęła biec w jego stronę.
- TORIIIIIIIIIS!
- Nie, stój!
Wskoczyła na niego i usłyszała głośne chrupnięcie, a po ułamku sekundy dziki wrzask Litwy.



- Towarzyszu... Jak to się stało?
Polska tylko wzruszyła ramionami. Stała z Ivanem pod gabinetem opatrunkowym czekając, aż Litwie założą odpowiednie usztywnienia.
- Doktor powiedział, że LSRR ma cztery złamane żebra- kontynuował Rosja
Ponowne wzruszenie ramion.
Ivan westchnął i oparł się plecami o kaloryfer. Prawie pocałował Łotwę. Ich usta dzieliły zaledwie milimetry. Ale ex Rzeczpospolita Obojga Narodów akurat w tym momencie musiała sobie urządzić dzikie krzyki i łamanie żeber. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
- Czekam na dole.
Kiedy tylko zniknął jej z oczu, Feli weszła ostrożnie do gabinetu.
- Sorki, Licia...
Toris popatrzył na nią i uśmiechnął się krzywo.
- Nie jest źle, nie przebiłaś mi płuc...
- Teraz to już pewnie nie chcesz mi pomóc?
- Chcę. Uznajmy, że ten incydent to... Rekompensata za te wszystkie lata, kiedy miałem cię za faceta.
Felicja uśmiechnęła się
Ivan zszedł na dół i od razu dostrzegł Raivisa.
- Przerwali nam...- burknął cicho i wtulił się w niego
- Spokojnie. Jutro po kolacji też pomogę ci zbierać naczynia ze stołu.


TBC.
UWAGA! Seme Łotwa. Tak, Łotwa.

Od razu ostrzegam! Ten fic to czyste OOC! Albo nie; to ukazanie PRAWDZIWYCH charakterów co niektórych postaci. Bo kto powiedział, że Łotwa nie może być seme?

Postaci: Rosja, Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina, Białoruś, Węgry, Polska, Prusy. Inne wspominane.
Paringi: RosjaxŁotwa.


Natchnęło mnie jakiś czas temu jak nie mogłam zasnąć. Tak rozkminiałam, że w sumie Feluś jest fajną postacią. Popatrzcie na takiego Raivisa. Trudno nie mieć wrażenia, że został dodany do serii tylko po to, żeby być przydupasem Rosji. Z całego serca współczuję Łotyszom. Łączę się w bólu, nadziei i rozpaczy. Czy jakoś tak.

Naginam czasoprzestrzeń. Sorry. Niektóre wspomniane wydarzenia wydarzyły się po rozpadzie ZSRR.

Ciągle dopisuję nowe rozdziały, więc komentarze i sugestie mile widziane.
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Arthur usiadł przy łóżku, wpatrując się w pobladłą twarz Francji chrapiącego w najlepsze. Towarzyszyły mu mieszane uczucia. Z jednej strony tak bardzo chciałby móc się teraz uśmiechać, lecz mimo że od środka wypełniło go jakby... jakby szczęście, takie uczucie ulgi...  on po prostu nie mógł +po tylu tygodniach nie kupić tej zajebistej obieraczki do warzyw i to za sensacyjną cenę 19.99! Taka okazja nie zdarza się co dzień, to jest coś, na co czeka się, tygodniami, czasem latam, bywa i, że wiekami. Arthur czuł, że tego dnia dotknął go palec Przeznaczenia. Zaraz pójdzie i kupi tę sensacyjną obieraczkę do warzyw za jedyne 19.99!
Rozpierająca go przy każdym kroku duma była prawie nie do zniesienia. Ma TĘ obieraczkę do warzyw! Za 19.99! Czuł się, jak pan, jak król świata, władca, patrzący ze złotego tronu na swoich marnych poddanych. Francja... ten bloody wanker nigdy więcej nie nazwie go idiotą! Nie z TAKĄ obieraczką do warzyw, którą on, najmądrzejszy i najpiękniejszy człowiek na Wyspach Brytyjskich (a może i na całym Świecie!) nabył za pomocą jednego głupiego telefonu, i to płacąc za nią JEDYNE 19.99! Arthur oddychał ciężko. Czuł, że jego życie jest spełnione. Dziś, właśnie dziś, jest dzień, w którym obejmie ponadto władzę nad Światem! A jego wierna OBIERACZKA DO WARZYW będzie świecic tryumfy wraz z nim, wiecznie u jego boku! Mwahahahah, jak cudownie mniec władzę~!
Francis ocknął się i zamglonym wzrokiem powiódł po ścianach pomieszczenia, w którym się znajdował. Rzucił zdezorientowane spojrzenie na zegarek nad drzwiami i uniósł głowę na poduszce przecierając oczy zdrętwiałą dłonią, poczym zerknął na szafkę nocną, na której stała szklanka wody, talerz z nadgryzionym ciastkiem, a obok nich... WSPANIAŁA, obieraczka do warzyw o krwistoczerwonej rączce i mieniącym się w blasku słońca tysiącami - ba! - MILIONAMI odcieni srebrnym ostrzu, ostrym jak brzytwa i wytrzymałym jak mosiężne miecze ojców narodu francuskiego. Serce Francisa zabiło mocniej. To musiał być sen! Zamrugał nerwowo, jednak  kiedy znów lustrował wzrokiem szafkę, owe cudo nie zniknęło, a nawet wydawało się być jeszcze bardziej bogate w swej wspaniałości. Z niedowierzaniem rozwarł szerzej powieki. Wyciągnął drżącą dłoń ku niesamowitemu narzędziu, nie mogąc uzmysłowić sobie jak wielkie będzie jego szczęście kiedy tylko dosięgnie do...
- Nigdy! - brutalnym ruchem odepchnięto jego rękę w bok.
- Anglaterre~!! - oczy Francisa zaświeciły się na widok przyjaciela, który pochwycił wspaniałą obieraczkę. - Nie... - jego głos się załamał, a gardło ścisnęło. Czuł jak po policzku spływa mu łza.
- Kochałem Cię... - rzekł dramatycznym tonem Arthur - Lecz dziś moje życie się odmieniło!
- Niee.. - załkał Francja.
- Już wszystko będzie inne... - przymknął oczy Anglia, zmysłowo przyciskając do piersi cudowną obieraczkę do warzyw. Za jedyne 19.99.
Jeśli jeszcze nie przeczytaliście zagilbistego FrUka mojego synka, zróbcie to teraz~! :la:

[link] < trzecia częsc, z której pochodzi przeróbka xD

Sprawa wyglądała tak~
Miałyśmy małe nocowanie z :iconsimplewaytodie: i wieczorem pisałyśmy fanficki, każda swój na swoim kompie.
Kiedy simpleway poszła do łazienki, ja dorwałam się do jej laptopa i tak otot powstało TO... :XD:
przynajmniej, tak powstała pierwsza częśc przeróbki, bo jak simpleway to przeczytała, to dopisała tę drugą częsc xD

A więc, mój tekst od słów "... po tylu tygodniach" do "mwahahah~!"

Reszta :iconsimplewaytodie:
I jej częscc jest lepsza, bo miała więcej czasu xD


Indżoj xD

Postacie (c) papa Hima
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Czym tak naprawdę jest piękno? Kiedy o to zapytasz, każdy da Ci inną odpowiedź. Jeden powie, że piękno to uśmiechnięta brunetka i muzyka Chopina. Inny, że widok śpiącego Włocha, gładka sierść psów i kufel zimnego piwa. Jeszcze inny oświadczy, że piękno to wielkie pole złocistych słoneczników. Dwaj inni kategorycznie stwierdzą, że owszem, pole, ale dojrzałych, czerwonych pomidorów! Jedna nieśmiało wyszepcze, że piękno to jej starszy brat i śliczne zwierzątka, które dla niej rysuje. A ten brat powie, że to z pewnością blask lufy pistoletu i jego siostra, w wielkim kapeluszu zbierająca kwiatki na łące w cieniu Alp. Wtedy wtrąci się ich kuzyn, drąc się, że piękno to żółciutkie kurczaczki i pewna niebezpieczna kobieta… Na co nadbiegnie sąsiad tego kuzyna i zawoła raźno, że, totalnie, piękno to powiewająca na wietrze grzywa kucyka, góry i morze! Wtedy cicho odezwie się jasnowłosa kobieta, że piękno to jej zdaniem kochająca się rodzina i widok złotych łanów zboża i grządek zarośniętych dorodnymi warzywami. Na co jej ponura siostra stwierdzi, że nie ma nic piękniejszego niż fiołkowe oczy. Ich znajomy z drugiego końca świata powie przez telefon, że według niego piękno to drzewa wiśniowe kwitnące na wiosnę i czysta kreska w komiksach. Nie zapominajmy o pandach i sztukach walki!, zakrzyknie słysząc to jego starszy brat. Zapytany o to samo ich kolega z Ameryki powie, że piękno to oczywiście złotowłosa Mary, taka z westernów, no i oczywiście  dostojny orzeł. Na co jego brat-bliźniak wydobędzie delikatny głos i stwierdzi, że piękno to wielkie lasy, drzewa klonowe i … ale nie zdąży dokończyć, kiedy w słowo wpadnie mu jego drugi brat, na pozór okropny cynik, ale kryjący w sobie duszę romantyka, który powie, że piękno to tajemnicze opowieści o czarach, misterne zdobienia na filiżankach oraz budowle z czerwonej cegły. Na co przybiegnie, chichocząc złośliwie jego odwieczny wróg i, niby przypadkiem stając mu na nodze wycedzi głębokim głosem, że piękno to oczywiście miłość! Zanim obaj panowie chwycą się za fraki, zdążymy jeszcze zadąć nasze pytanie grupce blondynów, do tej pory stojących bez słowa. Najwyższy z nich wymruczy, że piękno to rzetelnie wykonane meble oraz jego żona, biegająca z ich psem po śniegu, na co drugi najmniejszy wyrzuci z siebie zakłopotany z prędkością karabinu maszynowego, że piękno to radość na twarzach ludzi, kiedy wręcza się im prezenty, oraz  zimowe wieczory przy kominku ze swoją sympatią.
Spróbujmy teraz więc podsumować: czym jest piękno? Czy piękno jest czymś, co można zaszufladkować do jednej kategorii?
Nie!, zakrzykną nasi ankietowani. Jak to nie?
Najzwyczajniej w świecie, odpowie śpiący do tej pory brunet niewielkiego wzrostu. Rodzaji piękna jest dokładnie tyle, ile jest ludzi na świecie. Tak jak nikt na ziemi nie jest dokładną kopią kogoś innego, tak nigdy nie można powiedzieć, że piękno to jedna rzecz, która pasuje do każdego. Największym problemem jest to swoje piękno odnaleźć. Jeśli to się uda, możesz uważać się za prawdziwie szczęśliwego człowieka.
....
La... :D

Sama nie wiem, ostatnio jakoś tak łatwo mi się pisze :XD:
No to macie tu następnego epic fejla literackiego i indżojujcie :XD:

Postacie (c) Hima
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

CZĘŚĆ I
Nordic Gang

"Step by step, heart to heart,
left, right, left,
We all fall down,
Like toys soldiers."

- Czemu znowu oni poszli, zamiast nas? - Mathias wypuścił z ust kłąb papierosowego dymu. Założył ramiona na krzyż.
- Bo mniej zwracają na siebie uwagę. - odpowiedziałem. Tupałem nerwowo ze zniecierpliwienia.
- Pewnie. W końcu codziennie widuje się gości ze spluwami.
Uniosłem rękę w uciszającym geście.
- O co...?
- Wracają. - zagryzłem zęby na papierosie i z niesmakiem wyrzuciłem peta na ziemię. Jednak palenie jest nie dla mnie.
- Dobra.
Zajęliśmy strategiczną pozycję za drzwiami. Zaraz też otwarły się i wyszły nimi dwie osoby.
- Jesteście?
- Taa. - mruknął Mathias. Wyszliśmy do nich. - Bez ogonów?
- Bez. - odparł Lukas.
- Macie dysk? - spytałem.
W odpowiedzi Tino wskazał na swój plecak.
- Zmywajmy się. Zrobiliśmy przypadkiem większą rozpierduchę, niż zakładaliśmy.
- Czyli jak zwykle. - podsumował Mathias.
Nie było czasu na dalsze dyskusje. Daliśmy w długą.

*

Jeśli miałbym być po prostu szczery, cała nasza czwórka wiodła dość parszywy żywot. Imaliśmy się różnych zajęć, w mniejszym lub większym stopniu nielegalnych. Każdy z nas w przypadku aresztowania dostałby chyba dożywocie. Ale cała zabawa polegała na tym, żeby nie dać się aresztować. I nie dać się zabić. Ale nawet to po tak długim czasie stawało się zawodową rutyną. Każdy z nas miał inny powód, przez który trafił do podziemia i żaden z nas nie lubił o nim rozmawiać.
Był więc Fin Tino Väinämöinen, Norweg Lukas Bondevik, Duńczyk Mathias Kohler no i ja, Szwed imieniem Berwald, nazwiskiem Oxenstierna. Często wiele osób pokpiwało sobie z tego, nazywając nas Nordic Gang.
Znaliśmy się długo i stanowiliśmy zgraną grupę. Mieliśmy do siebie zaufanie. Ważna rzecz, kiedy robi się w takiej "branży". Myślę, że byliśmy po prostu przyjaciółmi. O ile takie szumowiny, jak my, są zdolne do przyjaźni. W każdym razie, ja sam wiedziałem, że mogę na nich liczyć. W tym światku znalazłem też jedyną osobę w życiu, którą byłem w stanie pokochać.

*

- Tino, chłopie, żyjesz? - Mathias przechylił się z przedniego siedzenia.
- Chyba żyję. - mruknął pytany. Brzmiał, jakby sam w to do końca nie wierzył. Poprzedniej nocy wziął udział w niezłej popijawie i teraz był, ładnie to ujmując, nie do końca dysponowany.
- Idioto, patrz na drogę! - ryknąłem, kiedy prawie otarliśmy się o przejeżdżającego sąsiednim pasem saaba.
Mathias odwrócił się z obrażoną miną.
Podłośnił radio i z głośników ryknęło: "I'm on the hiiiighwaaay to hee-ell!!".
Lukas ściszył.
- Eeej! - zaprotestował Duńczyk.
- Słuchamy tego od tygodnia. Mógłbyś wreszcie zmienić repertuar!
- To moje auto i ja tu wybieram muzyczkę. - odparł, znów pogłaśniając. - I powinniście mi być wdzięczni, że was wożę!
- Ta. - sarkał Lukas - Dziwne, że ten cud motoryzacji jeszcze w ogóle jeździ.
- No wiesz, co...!
"higwaaay...!"
- Tino chyba będzie rzygał. - mruknąłem.
- No nie! - doleciało wyjątkowo zgodnie z przednich siedzeń - Znowu?!
- Sorry, chłopaki. - mruknął Fin, zanim zanurkował w poszukiwaniu plastikowego woreczka.  - Swoją drogą... - odezwał się, kiedy już złożył (trzeci dzisiaj!) hołd naturze - Na co drugiej akcji pławicie się w ludzkich wnętrznościach, a brzydzi was coś takiego...
- Chodzi o zasady. - mruknął Lukas, przewalając coś w swoim palmtopie.
- Chodzi o ten dźwięk! - zaprotestował Mathias, rechocząc. - Blergh! - zaintonował.
- Chcesz miętówkę? - spytałem oklapłego przyjaciela.
- Daj. - mruknął, zrezygnowany.


- No, panowie. - powiedział po dwudziestu minutach Mathias. - Wyłazimy powolutku.
Siedzieliśmy w aucie na opuszczonym parkingu.
- Może mi ktoś wytłumaczyć... - zaczął Lukas - Czemu pojechaliśmy we czterech na głupią dostawę dysku?
- Tłumaczyłem już, że ten gość coś kombinuje. Lepiej mieć wsparcie, gdyby miał jakichś karków w odwodzie. - odpowiedział Duńczyk, z beztroską wychodząc z auta i przeciągając się. - W razie czego, Tino zarzyga ich na śmierć.
- Strasznie śmieszne. - mruknął nachmurzony Fin. - Poczekam, aż to ty się narąbiesz w trzy dupy.
- No to długo nie będziesz musiał czekać. - powiedziałem. Wszyscy poza Mathiasem zarechotali.
- Cicho, pawiany. - nakazał. - Zajechał.


- Dlaczego wiedziałem, że to się tak skończy?! - gderał Lukas.
Mathias jeszcze bardziej przyśpieszył.
- Zgubiliśmy ich?
Odwróciłem się.
- Siedzą nam na ogonie. Oby nie wpadli na pomysł strzelania.
- Mamy pancerne szyby.
- Jak mają grubszy kaliber, to i tak po nas!
Facet, który zlecił nam kradzież dysku z danymi okazał się łatwą do przekupienia świnią. Za parę zielonych wystawił nas przed konkurencyjnym gangiem japiszonów.
- Mat, mówiłem już, że kiedyś cię zamorduję?! - ryknął Tino.
Ściskał się za rozbity łuk brwiowy.
- Jak tamci nas dorwą, nie będziesz już miał okazji!
Zacisnąłem zęby.
- Mat, do cholery! Po prostu skręć w jakąś uliczkę!
- Takie akcje udają się tylko na amerykańskich filmach! - wysapał.
Dojeżdżaliśmy w zawrotnym tempie do skrzyżowania. W lusterku dostrzegłem dziki błysk w oku Mathiasa.
- Widzę naszą szansę!!
Główną w żółwim tempie wlokła się wielka, żółta ciężarówka.
- Chcesz nas rozmazać po asfalcie?!
Mathias nie odpowiedział. Zacisnął zęby i wcisnął pedał gazu do oporu.
Mimowolnie zacisnąłem palce na tapicerce. Pęd wciskał w fotel.
- Zawsze was kochałem! - wysilił się na czarny humor Tino.
Wydało mi się, że ciężarówka już ociera się o bok zdezelowanego auta Mathiasa. Usłyszeliśmy upiorne trąbienie i zdążyło przemknąć mi przez myśl, że może w następnym wcieleniu spotka mnie lepszy los. Jakimś cudem udało nam się przejechać. Mat zrobił gwałtowny miraż i z piskiem opon, który wywoływał ciarki, wjechał w boczną uliczkę.
Zapadła cisza, przerywana tylko przyśpieszonymi oddechami naszej czwórki.
Wykręciłem szyję do tyłu. Tino zrobił to samo.
Przez chwilę asfalt był zupełnie pusty, a potem z prędkością odrzutowca przejechał po nim odpicowany wóz naszej konkurencji.
Uniosłem brwi.
- Metody z amerykańskich filmów naprawdę działają.


Po powrocie do bazy Mathias dostał od nas po uszach. Nie dość, że się nalataliśmy za dyskiem, rozwaliliśmy pół biurowca, skopaliśmy stado japiszonów i prawie wpadliśmy pod ciężarówkę, to do tego nic na tym nie zarobiliśmy. Po wygłoszeniu, że "to przecież mogło przydarzyć się każdemu", siedział naburmuszony w swoim kącie, czyszcząc broń.  Lukas zaszył się w swoim centrum dowodzenia wszechświatem. Coś tak czułem, że znowu spuszcza komuś kasę z konta w Szwajcarii.
Brew Tino wyglądała tak, jakby nadawała się do szycia, zabandażowałem więc niedbale własną rękę i udałem się z nim do nie do końca legalnie działającego konowała. Za to skutecznego.
Wieczór był ciepły, więc w sumie miło było się przejść. Ta dzielnica nie była jeszcze spalona, może nikt nam nie przyładuje serii w głowę.
Niby byliśmy tak wielokrotnie o wiele gorzej poharatani, a jednak martwiłem się raną Tino. Oczywiście, wszystko przez tego idiotę Mathiasa!
Tino poruszał nerwowo palcami. Już wiedziałem, jaka kwestia za chwilę padnie.
- Masz papierosa?
Skinąłem głową i podałem mu pudełko. Wyciągnął jednego, przypalił i odrzucił mi fajki.
- Dzięki. - zaciągnął się z lubością.
- Właśnie skróciłeś sobie życie o pięć minut.
- I tak pewnie nie dożyję starości. - odparł beztrosko, strącając popiół z końca papierosa.
- Pewnie żaden z nas nie dożyje. - mruknąłem.
- Do tej pory nieźle szło. - odrzekł. Wziął mnie za rękę. Uśmiechnąłem się mimowolnie. - Koniec filozoficznych rozważań. Postaraj się choć raz myśleć pozytywnie.
- Nie wymagaj ode mnie niemożliwego.
Zaśmiał się.

*

Rozwarłem sklejone snem powieki. W moim polu widzenia znajdował się nadal głęboko uśpiony Tino.  Na lewej stronie czoła miał opatrunek.
Przetarłem oczy i chwilę jeszcze ponapawałem wzrok widokiem Fina. Potem wstałem, starając się jak najmniej hałasować.
- Otwieram oczy, a tu nade mną ekshibicjonista. Trauma do końca życia. - usłyszałem głos Tino. Odwróciłem się i zobaczyłem, że śmieje się w najlepsze.
- Budzę się, a w moim łóżku jest drugi facet. - odgryzłem się.
- Wyostrzyła ci się riposta! - stwierdził z zadowoleniem.
- Twoja zasługa. - pochyliłem się i go pocałowałem. - Czas wstać, bierzemy dziś dwie akcje.
- Mam nadzieję, że Mat nas znowu nie wpakuje w jakieś bagno. Zdaje się, on dzisiaj miał wartę?
- Tak. No to do tego będzie marudził pół dnia. I chyba pobiłby jakiś niepisany rekord, gdyby wkopał nas dwa razy w ciągu 48 godzin.


Kiedy po piętnastu minutach zwlekliśmy się na dół, reszta w najlepsze się już opychała.
Lukas jedną ręka z niebywałą prędkością wpisywał coś na klawiaturze swojego laptopa, w drugiej ręce trzymał tost.
Mathias, bez śladów zmęczenia, zapakował sobie do ust tak wielki kawałek chleba, że wyglądał jak chomik. Nie przeszkodziło mu to w krzyknięciu na nasz widok:
- Dzień dobry, gejaszki! Mam nadzieję, że mieliście litość dla naszej biednej kanapy.
- Skrzypiała, jakby była całkiem zadowolona. - odciął się Tino i podszedł do ekspresu do kawy.
- Ale cię zgasił... - mruknął zza ekranu Lukas.
Mathias nie był w stanie odpowiedzieć, bo teraz wpakował w siebie dziką ilość płatków kukurydzianych.
- Spójrzcie. - powiedział Norweg, otrzepując z koszulki okruszki i odwracając laptop w naszą stronę.
Na ekranie wyświetlone było zdjęcie łysiejącego gościa w średnim wieku. Już ze zdjęcia zalatywało od niego tanią elegancją.
Lukas przejechał palcem po szyi w charakterystycznym geście.
- Mokra robota, tak od samego rana? - zamiauczał Mathias.
- Nie marudź. Nie musisz tam wchodzić, akurat tak się składa, że gość ma biuro na samym szczycie biurowca, a naprzeciw jest apartamentowiec, do którego mamy wstęp.
- Snajperka? Łee. - znowu wyraził swoją dezaprobatę. - Czekaj, JA "nie muszę tam wchodzić"? Mam iść sam?
- Potrzebujesz opiekunki? - zadrwiłem.
- Nie, tylko... Gdzie tak samemu?
- Idziesz sam. - zawyrokował Lukas. - Nasza trójka ma o wiele delikatniejszą akcję.
- Sugerujesz, że jestem niedelikatny?
- Ależ jesteś delikatny. - rzucił Tino od blatu, chrupiąc tost - Delikatny jak słoń, precyzując.


Obrażony i wyposażony w zdjęcie obiektu i większy kaliber Mathias wyszedł po dziesięciu minutach. Usłyszeliśmy jeszcze, jak klnie, na czym świat stoi. Zaraz potem do naszych uszu doleciał ryk silnika motoru Tino i Mat się oddalił.
- No, skoro wypchnęliśmy z domu dzieci, przejdźmy do sedna. - powiedział Lukas.
- Nie lepiej byłoby wysłać tam Tino? Najlepiej z nas strzela. - odrzekłem.
Fin skinął głową.
- Nie... - mruknął. - Chciałem go się na chwilę pozbyć. Może nie spieprzy.
- Co to za sprawa, że aż Mat nie może o niej wiedzieć?
Lukas przez chwilę szukał słów.
- Delikatna. - wyrzucił w końcu wraz z oddechem.
Patrzyliśmy na niego, czekając na szersze wyjaśnienie.
- Chodzi o mojego brata. - przyznał niechętnie. - Nie chciałem mówić o tym przy Duńczyku, bo on uwielbia sobie drwić z "rodzinnych sentymentów".
Spojrzał na nas, jakby oczekiwał, że wybuchniemy wariackim śmiechem. Milczeliśmy.
Wiedzieliśmy świetnie, dlaczego Mathias nie uznaje rodzinnego układu za coś pożądanego. Usłyszeliśmy opowieść o jego wcześniejszym życiu tylko raz. I ten raz nam doskonale wystarczył. Z zestawieniem z ciągnącą się przez policzek Mata blizną wywoływała ciarki.
- Jeśli oczekujesz naszej pomocy, masz ją. - powiedział  Tino.
Na jego zazwyczaj niezmąconej uczuciami twarzy wymalował się lekki uśmiech.
- Wiedziałem, że będę mógł na was liczyć. - odchrząknął i przybrał zwykłą dla siebie minę, wyrażającą skrajną obojętność.
I zaczął opowiadać.
- Kojarzycie tego gnojka, właściciela A.F.Jones Corp. ?
Skinęliśmy głowami. Pod płaszczykiem porządnej firmy Jones obracał połową szemranych interesów w mieście. Mieliśmy kilka nieprzyjemnych utarczek z jego ludźmi. Ja sam miałem własny powód, żeby go nienawidzić.
- Nie wiecie w sumie zbyt wiele o moim bracie... - zaczął z drugiej strony. - Dzieciak ma na imię Emil. Po śmierci naszej babki chowa się właściwie samopas, przez bałagan w papierkach nikt nie zwrócił na to uwagi. W tym roku skończy 17 lat. Powiedzmy, że... - zawiesił głos - Że odziedziczył po mnie pewien dryg do używania komputerów... Niekoniecznie w legalnych celach.
- Ale co łączy jego i Jonesa? - spytałem, spodziewając się, jaka będzie odpowiedź.
- Młody mu podpadł. Nie mam pojęcia, jak, nie mam pojęcia, z jakiego powodu. Po prostu... Ostatnio na moją skrzynkę przyszedł minutowy filmik, w którym Emil prosi mnie o pomoc.
- Ta sprawa śmierdzi z daleka. - mruknął Tino. - Może ktoś dzieciaka porwał i chce nas gdzieś za nim zaciągnąć?
Spojrzałem na Lukasa, który zrobił się jeszcze bledszy na twarzy, niż zwykle.
- Chyba mu nie pomagasz. - stwierdziłem. - Masz ten filmik? - zwróciłem się do Lukasa.
Skinął głową.
Odpalił krótkie nagranie. Bardzo podobny do Lukasa, tylko z jeszcze jaśniejszymi włosami i chyba jeszcze chudszy od naszego Norwega nastolatek wyrzucał z siebie zdanie za zdaniem z prędkością karabinu maszynowego. Praktycznie nic z Tino nie zrozumieliśmy, bo mówił po norwesku. Wyłapaliśmy tylko kilka słów.
Milczeliśmy, przetrawiając to, co zobaczyliśmy.
- Podobni jesteście. - powiedział Tino, zapewne chcąc rozrzedzić nieco atmosferę.
- W jego wieku właśnie tak wyglądałem. A rok później poznałem was.
Na chwilę zapanowało milczenie.
- No dobra. - odezwałem się w końcu. - Jak niby miałaby wyglądać pomoc dla niego?
- Myślałem o tym, żeby... Spróbować mu znaleźć jakąś bezpieczną kryjówkę. A póki co, mógłby zostać z nami... - każde kolejne słowo wypowiadał coraz ciszej. Każde z nas myślało zapewne o tym samym. Gdzie niby bezpiecznie ulokować kogoś, kto ma na pieńku z A.F.Jones Corp. ? I czy jest w tym mieście mniej bezpieczne miejsce, niż nasza baza?
- O ile jeszcze nie jest z niego mielonka. - mruknął pocieszająco Tino.


Mat wrócił po trzech godzinach. Stanął w drzwiach, ściągając z ramienia snajperkę z miną zblazowanego specjalisty od headshotów.
- Tino, serce moje, chyba zużyłem ci nieco za dużo benzyny. - oświadczył i skierował się od razu w stronę żarcia. Dopiero, kiedy dopchnął kolanem piątą kanapkę zauważył, że coś jest nie tak ze stanem osobowym. Zamrugał. Nawet na moment przestał przeżuwać (ewenement!).
- Sklonowaliście Lukasa? - spytał w końcu. Szczęki znów zaczęły miarowo miażdżyc wyborny pasztet angielski, najtańszy w sklepie i uwielbiany przez Duńczyka.
- Żart przeleciał nisko. - oświadczył Lukas. - To mój brat.
Mat starał się nie okazać zaskoczenia.
- To ty masz bra...? Znaczy, podobni bardzo jesteście. - stwierdził fachowo. Wcisnął kromkę do ust, pośpiesznie otrzepał rękę o spodnie i wyciągnął ją do dzieciaka. - Mat jestem. Jak cię zwą, młody?
- Emil. - odpowiedział krótko, ściskając jeszcze krócej jego dłoń.
Młodszy Bondevik miał w sobie jeszcze więcej rezerwy, niż "oswojony" przez nasze dzikie towarzystwo Lukas. Do tego wydawał się przygnębiony.
Bladoniebieskie oczy śledziły nerwowo każdy ruch, a cienkie palce zaciśnięte były na obiciu kanapy. Jego sweter w skandynawskie wzorki wyglądał dziwnie przy naszych ciężkich skórach i kurtkach, którymi można by kogoś zabić.
- Nie no, miło, że wpadłeś. - dorzucił jeszcze Mat, tracąc zainteresowanie chłopakiem na rzecz składania hołdu bogowi pasztetu angielskiego.
- Emil póki co z nami zostanie. - oświadczył Lukas.
Duńczyk oderwał się od gastronomicznego cudu.
- A... To miło. Spotkania rodzinne i takie tam... - z dzikim zacięciem zaczął smarować następną kromkę.
Tino uniósł porozumiewawczo brwi.


Wyszliśmy razem z Tino na fajkę (w całym budynku były czujniki dymu).
O ile samo przetransportowanie Emila nie sprawiło kłopotów (wcale nie został porwany), to teraz nie bardzo wiedzieliśmy, co z nim zrobić. Miesiąc może wytrzyma tu, ale potem? Ta kryjówka może być w dowolnym momencie spalona. Nie wspominając o tym, że może mu się coś stać, gdyby to miejsce odkryli NASI wrogowie.
Tino kurzył już trzeciego papierosa.
- Co sądzisz o tym wszystkim? - spytał.
- Ja? Chyba nic na ten temat nie sądzę.
Rzucił mi pytające spojrzenie.
- Lukas to nasz kumpel. Zobowiązaliśmy się mu pomóc. No i to jedyna rodzina, jaka mu pozostała. - uzupełniłem.
Rodzina. Ciekawe, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym ją miał? Może nigdy nie zaciągnąłbym się w ciemną strefę? A może przeżyłbym coś, przy czym wspomnienia ze szczenięcych lat Mathiasa to dziecinna igraszka?
- Nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy stawiając Mata przed faktem dokonanym. - odezwał się Tino. Położyłem dłoń na jego dłoni, bo właśnie chciał sięgnąć po kolejną fajkę.
- Nie pal tyle.
- Jestem zdenerwowany. - wyznał.
- Widzę. - skinąłem głową. - Ja też jestem. Chciałbym się chociaż dowiedzieć, co zrobił ten dzieciak.
- Chyba wkrótce się dowiemy. - odparł, chowając papierosy do kieszeni i przytupując nerwowo nogą w glanie. Z dachu nieopodal zerwał się gołąb i gruchając przeleciał nad naszymi głowami.


Kiedy wróciliśmy do środka, zastaliśmy tam dość ciekawy widok. Lukas wraz z Emilem przenieśli część centrum dowodzenia wszechświatem do dużego pokoju. Widocznie mieli tu więcej miejsca, niż w zagraconej kanciapce hackera. Teraz siedzieli obok siebie i każdy z nich nawalał na klawiaturze z taką prędkością, że wydawało się nieprawdopodobne, że w ogóle są ludźmi. Z tego, co się orientowałem, pisali jakiś program, ale okna dialogowe wyskakiwały jedno za drugim i nie mogłem dokładnie tego stwierdzić. Informatyka to nie moja działka. Pracowali prawie jednocześnie na czterech, czasami pięciu komputerach. Lukas kątem oka musiał wypatrzyć jakiś błąd w tym, co robił jego brat, bo uderzył w trzy klawisze na jego klawiaturze, nie przerywając swojej pracy.
- Dzięki. - mruknął młodszy Bondevik.
Mathias siedział w fotelu, udając, że coś czyta; naprawdę chyba próbował podejść do braci, ale robił to, jak pies do jeża. Miał zaciętą minę. Żądał informacji. Specjalnie się mu nie dziwiłem. Ale i na wyjaśnienia przyjdzie czas.


Pojechaliśmy jeszcze z Tino zatankować jego grzmota. Lepiej, żeby nie zdechł w środku jakiejś akcji.
Właściciel motoru sapał, widząc, jak licznik przelicza wartość tankowanej benzyny.
- Zużył "trochę za dużo"? Wyrąbał prawie do zera!
Wzruszyłem ramionami.
- Nie znasz Mata?
- Znam, niestety. - stwierdził, grzebiąc po kieszeniach za pieniędzmi. - Gdybyśmy mieli tej nocy zwiewać z bazy, byłby przez niego niezły pasztet.
- Na szczęście mamy spokojny okres.
- Aż nazbyt spokojny. - stwierdził - Coś mi tu śmierdzi. - podniósł wzrok na licznik. - I to nie benzyna.
Poszedł zapłacić. Nawet my czasami jesteśmy grzeczni.
Wrócił i wskazał mi tylne siedzonko. Zdjąłem okulary, wcisnąłem kask i usiadłem. Tino zasadził sobie na głowę swój. Jak zwykle, widząc na nim stylizowane rogi, westchnąłem.
- No co? - spytał, gramoląc się do przodu. - Te rogi są cool.
- W czymś takim jeżdżą osiemnastoletnie łebki.
- Ej! Jak miałem osiemnaście lat nie miałem motoru. - wyznał - Teraz sobie powetowałem. Z resztą, wszyscy jesteśmy potomkami Wikingów.
- Ty akurat nie jesteś. - stwierdziłem złośliwie.
- Mentalnie jestem. - odparł, wyjeżdżając ze stacji. Odruchowo kurczowo się go uczepiłem. Kwestia nawyku. Silnik zawył i Tino ruszył ulicą z prędkością odrzutowca. Jeździł jak typowy pirat drogowy, jeszcze gorzej, niż Mat tą swoją kupą złomu.
- Robisz to tylko dlatego...! - ryknąłem mu w ucho, przekrzykując motor - Bo jak się tak do ciebie kleję, to czujesz się dominujący!
Odpowiedział mi tylko dziki śmiech chłopca na megawypasionym rowerze i piekielny pojazd potoczył się jeszcze szybciej.


Kiedy zlazłem zielony z motoru, Tino zaczął się z chytrą miną zarzekać, że jeździ tak tylko przez oszczędność benzyny. Oczywiście mu nie uwierzyłem i przekomarzając się weszliśmy do środka. Był to nasz stały rytuał.
- Powinniśmy być gangiem motorowym!
- Wystarczy jeden dziki cyklista...
Atmosferę w bazie najlepiej można by określić mianem napiętej.
Mat nadal próbował udawać, że nie interesuje się obecnością Emila i nadal wybitnie mu to nie wychodziło. Bondevikowie siedzieli teraz nad jakimiś szkicami technicznymi.
Nasze wejście chyba przerwało klątwę milczenia. Duńczyk nie wytrzymał.
- Wyjaśni mi ktoś w końcu, o co tu, do cholery, chodzi?!
Norwegowie unieśli wzrok znad papierów.
- I co wy dwaj robicie przez cały wieczór?!
- My? - zdziwił się Tino.
- Oni!
Lukas zagryzł wargi. Wyglądał, jakby dawno spodziewał się wybuchu.
- Kiedy sam to ogarnę... - powiódł wzrokiem po zawalonym stole - To wam to wyjaśnię...
- Ale co ON tu robi?! - znowu ryknął Mat.
- Uspokój się... - mruknął groźnie Tino.
- Jak mam się uspokoić?! To nie jest miejsce dla wycieczek szkolnych!
Emil kurczył się po każdym padającym z jego ust słowie.
- Zejdź z młodego. - włączyłem się. - Pretensje do nas.
- Nie. - odezwał się nagle Emil. - To ja zwalam się wam nagle na głowę. Jutro po południu już mnie tu nie będzie.
Zakrzyczeliśmy go.
- Chyba żartujesz!
- Goni cię największy gang w mieście!!
- Zostajesz tutaj!
Tylko Mathias milczał.
- Goni cię największy gang w mieście...? Jones! - jego usta zacisnęły się w wąską kreskę.
- Jones. - przytaknął Lukas. - Czy teraz już się zamkniesz i pozwolisz mi powiedzieć kilka rzeczy?
Mat skinął niechętnie głową.
Po wysłuchaniu historii odezwał się:
- I postanowiliście nie pytać mnie o zdanie, bo nie wierzę w rodzinne sentymenty?
Lukas przytaknął.
- Dobra. - uniósł ręce w obronnym geście Mat. - Oporowałbym.
- Dlatego postawiliśmy cię przed faktem dokonanym. - wzruszyłem ramionami.
- Ale nie mówię, że bym wam nie pomógł! - wybuchnął nagle - Rozwalacie grupę od środka! Widzę, że nawet już wam nie mogę ufać! - warknął i poszedł okopać się u siebie.


*

Następny poranek był obrzydliwie mokry. Siedziałem w wiśniowym aucie Mata na fotelu obok kierowcy, nudząc się niemiłosiernie. Niewidzącym wzrokiem patrzyłem na spływające po szybie krople deszczu.
Duńczyk bębnił palcami w kierownicę. Z głośników sączyło się: "da, dam, da, da, da, Deeenmaaark".
- Powiew patiotyzmu? - zakpiłem.
Obdarzył mnie ciężkim spojrzeniem. Nadal był zły.
- Wam przydałby się powiew integracji z grupą.
- Integruję się z tobą. Truć łebków prochami mógłbyś równie dobrze sam.
- Ciągniesz się za mną, bo na pewno się zastanawiacie, czy was nie wkopię.
Westchnąłem nad jego frajerstwem.
Mat rzucił okiem na zegarek.
- Dobra. To ta godzina. Przesiadaj się na moje miejsce, na wypadek, jakby trzeba było stąd spieprzać.
Wyszedł z auta i z godnością zniknął w deszczu, tupiąc ciężkimi buciorami.
Usiadłem na miejscu kierowcy. Dobrze, że Mat jest mniej-więcej mojego wzrostu, bo szczerze nienawidzę tych manewrów przy przestawianiu fotela, kierownicy, lusterek i cholera wie jeszcze, czego.
Zaraz też rozejrzałem się uważnie. Nikogo na horyzoncie. To chyba kolejna, spokojna akcja. Bardzo dobrze.
Mat przyczołgał się po dwudziestu minutach.
- Zjazd z mojego fotela. - oświadczył bezceremonialnie, otwierając drzwiczki.
- To nie fotel, raczej wszywór. - odgryzłem się. Nie wysiliłem się na wyjście i przelazłem na drugie siedzenie nad skrzynią biegów - Masz zamiar zmienić wóz w tym stuleciu? - dorzuciłem, sadowiąc się na poprzednim miejscu.
Zrobił głupią minę.
- Lubię go. - stwierdził. Nie był już tak nachmurzony. Chyba wyciągnięcie forsy od małoletnich ćpunów z bogatymi tatusiami poprawiło mu humor.
- Wiesz, że Lukas chodził do tego liceum?
Spojrzał na mnie niewyraźnie. Potem przeniósł wzrok na okazały budynek, na dzieciaki z dobrych domów w mundurkach i znów na mnie.
- Żartujesz.
- Naprawdę. - przez chwilę się zastanowiłem. Chyba mogę mu o tym opowiedzieć... - Jedź. Opowiem ci po drodze.
Jechaliśmy w milczeniu. Na wysokości stacji, na której tankowaliśmy z Tino zacząłem mówić.
- Znasz Lukasa. - puknąłem w papierosa z ręka wystawioną za okno. - Pokładowy geniusz.
Przytaknął.
- Pochodzi z bardzo dobrej rodziny. Ojciec prawnik, matka też coś koło tego... Więc miał warunki. Zawsze był wybitny. Nie wiedzieć, czy dlatego, że ma taki mózg, czy dlatego, że starzy go naciskali. Nno, w każdym razie...
Zaciągnąłem się.
- Szło mu w szkole świetnie. Miał plany. Starzy wykładali forsę na naukę, nie wiedząc, że jednocześnie pod ich bokiem Lukas staje się najlepszym hackerem w mieście. Został zapisany do tamtego ogólniaka, ścisła krajowa czołówka. Kiedy kończył szkołę, tuż przed maturą "wszystko się po prostu spierdoliło", tak to ujął. Nie chciał mówić, co się takiego stało. Nie naciskałem. Kiedy go poznałem, był wrakiem. Ten jego brat - co go teraz trzymamy pod dywanem - zobaczył wtedy ponoć coś takiego, że został mu stały ślad na psychice. - wyrzuciłem peta za okno. - Miał wtedy 9 lat. Dlatego taki nerwowy.


*

- Panowie, jest grubsza sprawa.- oświadczył Lukas. Gestem zagonił nas na kanapę. Usiedliśmy. Mat uparcie wpatrywał się w starszego Norwega. Ten zauważył jego spojrzenie.
- Mam coś na twarzy?
- Nie. - odpowiedział wyjątkowo łagodnie. Prędko kaszlnął i rzucił o wiele bardziej jadowicie. - Popraw sobie tę męską spineczkę, przesunęła ci się.
Lukas z godnością poprawił spinkę w kształcie krzyża.
- Całe życie z pedałami... - westchnął teatralnie Mat. Tino kopnął go z pełnej pety nogą w bucie do jazdy na motorze. Duńczyk zawył.
- Który to?! - ryknął.
- A który wyzywa się od pedałów, hm?! - Tino stanął krok od Mata i wbił w niego wściekłe spojrzenie.
Z boku wyglądało to śmiesznie. Wysoki jak tyka Mat miękł jak przedziurawiona dętka pod wzrokiem niskiego Tino, który, żeby spojrzeć mu w twarz, musiał podnosić głowę.
Postanowiłem jednak ich rozdzielić.
- Spokojnie. - powiedziałem, wchodząc między nich z wyciągniętymi ramionami. - Mat, jesteś osioł, Tino by cię mógł za to zmielić. Tino - zwróciłem się do partnera - Mat cały czas chrzani, daruj mu ten raz.
Duńczyk pufnął, ale nie odezwał się.
Fin usiadł z godnością na kanapie, krzyżując ramiona na piersi.
- Jesteście razem? - zwrócił się do mnie i Tino Emil.
Przytaknąłem.
- Od dwóch lat nie dają spać po nocach. - musiał wtrącić swoje trzy grosze Mat.
- Skoro skończyliście się bawić... - warknął znacznie już poirytowany Lukas - To może mnie w końcu wysłuchacie?
- Dawaj, waść. - mruknął Mat.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
PLAKAT

[link]

O FICKU

Kiedy zaczęłam czytać genialne "Dzielnice", autorstwa :iconanatheila: , już zaczęło mnie świerzbić. Doszłam jednak do wniosku, że specjalizuję się w fickach, po których rzyga się tęczą i nic mi w tym stylu po prostu nie wyjdzie. Po jakimś czasie dorwałam się do "Kings of dawn" :iconpsychosocialcarousel:. Po raz kolejny doznałam zachwytu takimi mhrocznymi klimatami. W końcu, po sapaniu do monitora, przy ponownym czytaniu wyżej wymienionych dzieł dojrzałam do męskiej decyzji: "niech mi nawet nie wyjdzie, dupa, ja CHCĘ coś takiego napisać, MUSZĘ coś takiego napisać i NAPISZĘ, do licha ciężkiego!!".
Tak oto powstał "Nordic gang". Jak zasiadłam do pisania, tak nie przerwałam przez 7 godzin. (nie mogę już słuchać piosenek "higway to hell" i "stairway to heaven"... :XD:)
Stworzyłam tak wulgarny, obrzydliwy i prostacki fick, a jednak... Tak cholernie mi się on podoba! (a za chwilę mi się okropnie NIE podoba) :XD: Już dawno chciałam zrobić z Nordyków badassów, a zwłaszcza przedstawić Tino jako pijaczynę na motorze i w glanach :XD: Może kiedyś jeszcze stworzę coś w podobnym klimacie...? W końcu moje ficki są takie monotematyczne... :XD:

A Wy co sądzicie o niegrzecznych Skandynawach? :meow:

O TEJ CZĘŚCI

Co powiecie o takim stylu? :D Starałam się unikać mojego podniosłego stylu, robiąc narratorem Berwalda, który wyraża się, jak widać powyżej :XD:
W pierwszej części tylko zarysowałam kilka wątków :D Prawdziwa rozpierducha zacznie się dopiero w następnej, wtedy też poznamy więcej mrocznych faktów w życia Nordic Gangu. Wypatrujcie >:3

BONUS

[link]
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Ok... I have free from Monday to Wednesday, so I just draw or watch anime :D
~Naruto Shippuuden~
Have a nice day ;3
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

★ Konnichiwa, Zyou desu ★
Ostatnio szwankuje pamięć i jestem nieco niezdarna. Dlatego postanowiłam wstawić ten rysunek jak najprędzej się da.
Także chwała mi, że się udało cokolwiek stworzyć *błyszczy w świetle reflektorów*

Pozdrawiam Yami ;3
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Kuroshitsuji
I hope you like it ;D
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.