Shop Mobile More Submit  Join Login

Similar Deviations
These results appear less relevant than we'd like. While we're working on improving More Like This, you can help by collecting "Sulla via del ritorno..." with similar deviations.
image

FRANK ZAPPA -- LEMME TAKE YOU TO THE BEACH youtu.be/AeIDfVplNYQ
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Veterans and Protesters toss barricades from the Lincoln Memorial and other memorials along the way on to the front gates of the White House during the Million Vet March on the Memorials on October 13, 2013 in Washington DC.  As the gates were being thrown, the crowd chanted "Take Back Your Gates!"

 :iconccwelcomedplz1::iconccwelcomedplz2:

This photograph is not allowed to be reproduced or used by anyone without my written permission.  If used, you must link back to this page and make sure I am properly credited.  After all, this is my work, not yours.

© Chelsie Sosebee
Facebook

:pointr:Featured!:pointl:
:bulletred:
Rising-Artist's Feature O' Friends #12! :bulletorange: CRPhotography's Comment Month: January Conclusion!

Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Oktober picture :)
Model:Me
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

The beauty escapes, leaving standing black debris
Leaving a shapeless mass of mutilated memories
Pushing dreams into the ground, bleeding from numerous wounds
It is not a world I want to remember

Crying children on the streets, among garbages
Violence and screams, all so beautiful
My eyes see views and places that once
though not perfect, were alive, were almost normal

This is not the world I want to remember

Somewhere where they do not look back, they are monsters
Who wish to come into the world among the pain and silence
These voices, however, do not let them leave the abyss
But their eyes can see the empty buildings

This is not the world I want to remember

But there is always hope that the bleeding wound is healed
leaving a void ...
Well...I am now sad.
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Salazar Slytherin był zły. Salazar Slytherin był nieszczęśliwy. Salazar Slytherin chciał zniszczyć cały Hogwart razem ze wszystkimi uczniami oraz uczennicami z taką mocą, by nigdy już nie pojawił się na powierzchni ziemi. Jego myśli podążały jednym torem, od czasu kłótni z pewną mugolką. I jej cudowną...córcią. Stanowczo nie i jeszcze raz nie! Uwłaczające czarodziejom mutanty proszone są o przestanie uwłaczania i poczęcie "zapełnianie nisz społecznych im przezaczonych".
Rozległo się pukanie do drzwi. Salazar prychnął i spojrzał na swoje zielone skarpetki wprost ze sklepu "U cioci Humberty". Samodzielnie je dla niego wydziergała, samodzielnie utkała te czystokrwiste, cudowne skarpetki. Czysta krew...Grrrrrr...
- Ależ panie Slytherin! - rozległo się za drzwiami, gdy długo nie odpowiadał. - Chyba nasza mała kłótnia nie przeszkodzi mojej córce w uczęszczania do waszej szkoły! Z całą pewnością nie chciałam pana urazić i chciałabym jeszcze raz nawiązać z panem rozmowę!
Choć głos był przytłumiony przez zamknięte drzwi, Salazar słyszał sarkazm w głosie tej zadufanej w sobie mugolki. Że też jeszcze śmie tu przychodzić. Po chwili, gdy pukanie stało się coraz bardziej natarczywe, Salazar wstał gwałtownie z sofy, otworzył na oścież drzwi i stanął przed kobietą, przewiercając ją oczami niczym błyskawicami gniewnego nieba. Jego skarpetki zamerdały ogonkami i naciagnęły się jeszcze bardziej na stopy.
Trzaskajac zębami Slytherin wyciagnął dłoń i pokazał kobiecie wyjatkowo małą objętość przestrzeni pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym.
- Tyle! Tyle ma pani rozumu, jeśli myśli pani, że pani córka zostanie w Hogwarcie! Myśląc, że czystokrwiści czarodzieje powinni stać o niebo niżej od waszych mugolskich pomiotów stała się pani zarzewiem straszliwej, niewyobrażalnej katastrofy! A pierwszą z nich (dla pani, bo dla mnie będzie to prawdziwa ulga!) będzie wyrzucenie pani córki z Hogwartu i doprowadzenie tej szkoły do stanu używalności i to jak najszybciej!
To mówiąc zatrzasnął kobiecie drzwi przed nosem, wcześniej rzucając na nią zaklęcie Kleistych Warg. Przynajmniej nic już nie powie.
Salazar był wściekły. Ale całe to zamieszanie sprawiło, że przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

*

- Zastanawiam się, gdzie jest Pan Skarpetka - mruknął Godryk Gryffindor, siedząc wygodnie przy kominku. Grzał sobie ręce, gdyż mróz panował siarczysty i tylko ogień, prawdziwy, niemagiczny ogień, mógł skruszyć lodowe okowy zimna, które nim zawładnęły.
- Nie mów tak o Slytherinie - Helga Hufflepuff zamachała mu widelcem przed nosem. - Jeśli podsłuchuje, będziesz miał się z pyszna.
- Jestem jego najlepszym przyjacielem. Mogę mówić o nim jak tylko zechcę.
- Pamiętaj o waszej rozrywkowej walce na miecze - upomniała go Rowena Ravenclaw. - On z pewnością był zadowolony kładąc swoją stopę na twojej głowie. Jednak czy stopa przyjaciela nie może uciskać skroni twojej? - dodała poetyckim tonem.
Godryk wstał. Rowena miała rację. Salazar był ostatnio dziwny. Jego skarpetki chodziły same po zamku, on mruczał cały czas coś pod nosem...Coś kombinował. Ale co? Stało się to zagadką całej szkoły. Uczniowie szeptali. Szeptali, że Slytherin chce zamknąć szkołę, bez względu na innych założycieli.
- Przecież to absurd! - powiedział w końcu. - Salazar nie jest głupcem. Szkoła ma się świetnie, coraz więcej uzdolnionych dzieci uszlachetnia naszą myśl. Nie mam pojęcia, czemu on wychodzi na tak długo i czemu zaczęły krążyć plotki. Ale miecz czy nie miecz, rozmówię się z nim, jak tylko się pojawi.
- Zaczął coraz bardziej interesować się tymi wężami - powiedziała zciszonym głosem Rowena, jakby Salazar był tuż tuż i podsłuchiwał. - Mówił do nich...jakoś dziwnie. Sycząco.
- Jasne, moja nadobna damo. Salazar jest wężousty - powiedział Godryk, znów siadając w fotelu. Zaczął rozgladać się po całym pokoju, jakby patrzył na niego ostatni raz. - Wężousty, na Merlina! Gada z gadami!
Helga Hufflepuff roześmiała się histerycznie.
- I cóż to za śmiech? - powiedział trochę zbyt głośno Gryffindor. - Jakbym ja rozmawiał z wężami, zacząłbym zastanawiać się poważnie nad swoją psychiką. Salazar coś knuje i jako najlepszy przyjaciel tego bęcwała zamierzam dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi!

*

Gdy zapadła noc, Godryk Gryffindor założył swój brązowy płaszcz, przypasał miecz (na wypadek, gdyby Slytherin miał zamiar zrobić powtórkę z rozrywki) i wyszedł na błonia Hogwartu. Prawdę mówiąc nie miał pojęcia, gdzie iść, dlatego też po prostu skierował się do niewielkiej osady, gdzie rodzice uzdolnionych uczniów pozakładali chaty i większe posesyje, by tylko być blisko swych dzieci. Ciemno było jak w grobowcu, jednak za pomocą prostego zaklęcia Lumos udało mu się "zapalić" swą różdżkę.
W wiosce panował spokój. Zbyt duży spokój. I zapewne Gordyk by zawrócił, gdyby nie usłyszał cichego kobiecego płaczu, dobywającego się z ciemności przed nim. Podszedł bliżej i zauważył kobietę, całą w śniegu, płaczącą rzewnie i rozdrapującą swe ubranie.
- Ależ...pani - Godryk, jak zwykle szlachetny, ukląkł przy niej i objął ją za ramiona. - Co się stało?
- Groza...groza...
- Groza, pani? Niech pani powie, cóż takiego się wydarzyło.
- Widziałam grozę! - krzyknęła kobieta, po czym znów poczęła płakać. - Przepełzła...prześlizgnęła się...od strony szkoły...Widziałam jak przez mgłę...oczy...nie mogłam w nie patrzyć...ale spojrzałam. I poczułam, jakby oplatały mnie macki zimna, przeszywajacego zimna...
- Te oczy są początkiem końca - dobiegł go znajomy głos, a z ciemności wyszedł Salazar Slytherin, w zielonym płaszczu w węże, którego Godryk nigdy przedtem nie widział. Na ustach wykwitł mu dziwny uśmiech. - A końcem tym będzie koniec dzieci takich kobiet, jak ona. Na razie te oczy nie mogą zabijać. Ale i to się wkrótce zmieni.
Kobieta zdwoiła wysiłki jeśli chodzi o płacz. Godryk wstał i przybrał poważny wyraz twarzy.
- Co ty robisz, Slytherinie?
- To, co powinienem był zrobić już dawno temu. Zamierzam nie dopuścić, by dzieci czystej krwi musiały się mieszać z tymi..tymi...szlamowatymi ułomkami. Dziećmi nieczystej krwi.
- Ależ co ty pleciesz! Przecież czarodziejem może zostać każdy, jeśli tylko ma moc. Nie ma ograniczeń!
- A powinny być - Salazar wydął wargi. - Szkoła ma szkolić tych, którzy rokują nadzieje. Głupota! Szkoła powinna skupiać się na starych czarodziejskich rodach, takich, jak...
- Takich jak twój? Czy to przez tą kłótnię z panią  Fruckskin? Czy aż tak zabolała cię twa czystość krwi, byś teraz mścił się na mugolach i tych...szlamowatych ułomkach, jak ich nazwałeś?
- Na...szlamach - zachichotał Salazar. - Wspaniał nazwa dla tych głupków. Jeszcze nie wiesz, co przemierza mury Hogwartu! A dowiesz się poniewczasie. Ja wykonałem swe zadanie. I odchodzę. Nie zamierzam dłużej wspierać instytucji charytatywnej.
- To szaleństwo, Salazarze! - zawołał za nim Godryk Gryffindor. - Jesteś częścią tej szkoły! Nie możesz tak po prostu odejść!
- Ależ już to zrobiłem - rozległ się śmiech. Slytherin zniknął w ciemności. Kobieta już nie płakała, tylko wpatrywała się w Godryka z dziwnym wyrazem twarzy.
- Chodź, pani - wziął ją pod rękę. - Ogrzeje się pani w Hogwarcie.

*

- I tak, drogie dzieci, Salazar zaczął antyszlamową rewolucję. A raczej jej nie rozpoczął, gdyż po jego odejściu, dzieci mugoli nadal uczęszczały do szkoły. Groza, którą widziała kobieta, już nie powróciła. Założyciele Hogwartu ze zdenerwowaniem obserwowali pokoje Salazara, ale i oni po latach zapomnieli i przestali łączyć Slytherina z dziwnym wydarzeniem w wiosce, która zapoczątkowała istnienie obecnego Hogsmeade. Wszyscy oprócz Godryka, ale on nic nie powiedział na swojego dawnego przyjaciela. Zapadł w milczenie. Ale pamiętajcie, groza nadal jest w zamku. Uwolnić ją może tylko prawowity dziecic Salazara, gdyż tylko jemu dane będzie zrealizować jego pomysł na zlikwidowanie szlam. On pamięta. Myśl Salazara nadaje sens jego istnieniu. Jego słowa, wypowiedziane językiem węży, jego nienawiść i jego duma spadły na to stworzenie, niczym krople deszczu na podatną glebę. Teraz wystarczy tylko czekać.
Już niedługo.
Jak można się było spodziewać po moim username, jestem fanem Harry'ego Pottera i wszystkiego co z nim związane. Największą zaś tajemnicą owiani są Ojcowie Założyciele Hogwartu, o których kocham pisać i robić z nich szatkę ^^

To poprawiona wersja, poprzednia była trochę nie teges. Skasowałem więc ją i dodałem to. Mam nadzieję, że się choć troszkę podoba ^^

Harry Potter belongs to J.K. Rowling.

Tom Marvolo Riddle
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

I took part to Billboard Magazine´s music photo competition back in 2008 and won the Best Crowd Photo award. This was shot in Sauna Open Air Metal Festival during Children of Bodom performing.

Check out my Facebook for more www.facebook.com/karijokinenph…
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Dark-haired man stood before the fountain and hissed from overhelming cold; it would be strange that water didn't freeze if man didn't know that it's magical water, made by Uhur-Khan in the beginnings of their world. In this fountain the man could see everything that was happening in Karmala and beyond.

"Speak, old woman." his voice was threatening but the man remained calm and in his demeanor was something reminding calm before the storm.

"The elves will raise their heads again...this time forever." the old, dusted voice of a woman who has seen too many winters. Her face was wreckled and scarred but her eyes lit lively in the old face.

The dark-haired man said simple spell and in the fountain appeared castle of king Munor. He waved his hand and he saw small figure, walking down the stairs in the Tower of Dragon Fang. He was focused and the man saw sorrow in him.

"This one will lead them?" he asked with disbielieve. The figure belonged to small elven child, no more than twelve. He couldn't lead the army as old woman propheted. But if yes...he had to keep his subjects safe, the elven enemy was too numerous if all join the rebellion.

"This is not a boy" said old hag. "He remembers the young era of elves and will do everything to set them free. You must be carefull...Wind."

The man called Wind turned his head violently and looked in the eyes of the woman with anger. "Don't call me by my name, you stupid whore. I am still your lord. Better say what I can do to protect my lands."

The woman giggled.

"Elves are not interested in Karmala beyond the Wall of Kritt. The North is still too cold for their fragile skin. But if they knew that you are here, they may attack. Stay in silence...Wind. Don't fret, my lord, I was calling you Wind when you were a toddler."

Wind clenched his fists but said nothing. Raha was right. He still needed to not force his presence before the eyes of elven enemy. But are they really an enemy? They knew magic, just like him. Maybe they would count him as opposition to king Munor? The prophecy wasn't clear in this case. He was sure that creatures on the North have their own problems with surviving in the cold and didn't need a war with anyone. They were all magic creatures that people didn't dream of in their most beautiful dreams and worst nightmares. He loved them as his own children. He MUST protect them for the cost of his own blood.

"I will be ready, witch, do you hear? I will be ready for any eventuallity. If this will be necessary, I will call the gods. They will listen to me."

Wind, the powerful sorcerer, felt light fear that he've never felt before. Elves...the old tribe of old gods that disappeared long time ago. But Wind knew the gods of wilderness and streams, of storms and trees. They will listen to him.
Small glimpse into Wind's life. Wind is a mage that lives beyond something like the Wall in A Song of Ice and Fire or Hadrian's Wall in the old Britain. He rules the fantastical creatures that can be seen only in the North, where no man or elf ventures.

Hope to write more about Wind ;)
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Somewhere, in the world destroyed many eons ago
A legend of a beautiful woman exists
Which had hair as red as the carrot
And the eyes as yellow as the bright sunlight

She didn't have power in hands
But she has always been able to create adventure from danger
In her agile stilts she plaited songs and dreams
And with her sword she cut throats of her enemies

She first sailed into the distance
She first saw the beauty and the atrocity of the unknown
She was first pirate woman on these waters
And her legend is radiating it's own brilliance as diamond

For her strong gales and storms were not terrible
She led her longboats to the victory like valkiria
And men bowed down before her
Knowing that they won't find the better leader on the world

She led wars, she led battles
Freckly beauty with the supple body
She didn't know, what it is fear, she was ruthless
She was incorporating the fire, the earth, the gale and the black depths

Her name was, the Dancer of the Fire
And when in blood she bathed like in hot water
When the heat of battle was still in the air and the victory was certain
The pearly mockery was sounding through the seas
Again...pirates are funny?
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

Jako że upał był jak na tę porę niemiłosierny, przewiesiłam kubrak przez ramię i przystanęłam na chwilę jeno, by pot otrzeć z czoła. Jak na ironię rzepa męczącego okoliczna wioskę gdzieś wywiało, więc zdziwiłoby mnie, gdybym poszła dziś spać bogatsza choć odrobinę.
Góry Święte, jak ich nazwa wskazywała, święte były, tak więc nikt się w nie bez ważkiego powodu nie zapuszczał. Mogłabym więc skłamać wieśniakom, że rzep nieżywy leży w kałuży, łapy wyciągnąwszy przedtem, jednak jeśliby drań powrócił, marny byłby mój los. Nie chcąc robić sobie wrogów w kolejnej wiosce, a miałam już ich kilku...nastu...no dobrze, kilkudziesięciu, ruszyłam dalej kamienistą ścieżką, wypatrując rzepa wokół.
- Rzepie! – zawołałam. – Gdzie cię, psia mać zawiało!
Lecz oczywiście odpowiedzi nie otrzymałam, bo rzepy mówią tylko wtedy kiedy to im na rękę. A rzepy te zazwyczaj wskakują ludziom na głowy i oczy im lubią wydrapywać, tak więc nic dziwnego, że mieszkańcy wioski wynajęli najemnika. Czyli mnie.
- Rzepie, do stu pogiętych kości węża Nidhogga! – krzyknęłam, przypominając northlandzką legendę o potężnym gadzie, co to władcy krasnoludów imię chciał, drań, zabrać. Nawet jednak na tę jakże oczywistą groźbę w słowach moich potwór nie zareagował.
W tym samym jednak momencie, gdy już myślałam, że odwrót będzie najmądrzejszą rzeczą, coś capnęło mnie z całych sił za głowę i dalej mi szarpać włosy! W porę złapałam to coś za futro, bo już sięgało szponami swymi do moich oczu. Rzep odpadł, ale natychmiast znów się podniósł, sypiąc naokoło przekleństwami niczym norrincki pirat w tawernie. Że też tyle bestia tego znała. Wyjęłam miecz i złapałam za rękojeść obiema dłońmi.
- Albo ty albo ja – syknęłam, po czym ostrze mojego Riwwinga przecięło powietrze, odrąbując rzepowi dwa włosy. To jeszcze bardziej rozsierdziło bestię. Plując naokoło śliną i włosami rzuciło się w stronę mojej twarzy. Sprawa zaczęła wyglądać nieciekawie. Rzep najwyraźniej był wściekły, czego na pewno mógł się nabawić u okolicznych wiewiórek.
Mój miecz znów przeciął powietrze, tym razem rozczłonkowując rzepa trochę. Ręka poleciała na kamienie ścieżki a ja zrobiłam półobrót, unikając pazurów drugiej, jeszcze żywej, łapy. Tym razem to, co powiedział o mnie rzep, nie nadawało się nie tylko dla uszów delikatnej niewiasty, ale także dla uszu wspomnianego już norrinckiego pirata. Chlapiąc wszystko naokoło krwią sikającą z odrąbanej kończyny wysunął łapy tylne i tymi to tylnymi łapami nakierował się ponownie w stronę mojej twarzy. Tym razem był szybszy. Przyszpilił mi się nogami do policzków, zahaczając ostrymi pazurami o skórę i robiąc mi parę nieciekawych zadrapań dość głębokich, by móc się nimi zacząć martwić. Jego lewa ręka była niebezpiecznie blisko mojego prawego oka. Zaczęłam szukać gorączkowo wokół siebie jedną ręką jakiegoś kamienia, gdyż druga dalej trzymałam rzepa na stosunkowo bezpieczna odległość. Nareszcie! Wzięłam w dłoń dość pokaźny kamień i rąbnęłam nim z całej sił w łeb potwora. Ten zaraz poluzował uścisk. Ja wręcz przeciwnie, złapałam drania jeszcze mocniej, waląc mu kamieniem w głowę niczym oszalała. Stukałam go tak długo aż wreszcie oklapł. Runął na ziemię niczym wór ziemniaków, po czym znieruchomiał. Czyżbym zabiła go waląc w łeb kamieniem? Bardzo możliwe, gdyż rzep takowoż zbyt silnego łba nie ma, to raczej jego rączki sieją postrach wśród ludności.
Już miałam bestię nieżywą zarzucić na ramię i zejść kamienistą drogą do wioski, gdzie czekano na mnie i trupa z kiesą pełną monet, gdy nagle dał się słyszeć głos straszliwy. Ryk tak potężny, że góra się prawie że zatrzęsła. Nie trwał jednak długo, gdyż szybko oklapł, tak jak i rzep. Przeszedł w pisk świergotliwy, po czym zamarł zupełnie (też jak rzep). Za to dały się słyszeć głosy ludzie.
- Przybij ją mocniej! – krzyczał dudniący bas.
- Próbuję, Stork, ale gadzina nadal silna!
- To we dwoje ją, we dwoje!
Zaintrygowana porzuciłam rzepa tam gdzie legł, po czym zaczęłam się wspinać po stromiźnie w górę. Ścieżka niestety kończyła się tam gdzie stałam, a jej miejsce zajmował rumosz skalny. Wypatrując oczy wspinałam się z wielką ostrożnością, tym bardziej, że pomiędzy głosami ludzkimi pobrzmiewał lekki pomruk. W pewnym momencie doleciał mnie odór siarki.
- Smok? – spytałam sama siebie. Czułam już wiele zapachów, ale taki, specyficzny, zapach zawsze oznaczał smoka ognistego. Przyspieszyłam zatem, gdyż smoki takowoż stanowiły obiekt mojego wielkiego zainteresowania.
Nie trwało długo, gdy wychynęłam zza skały, a mym oczom ukazał się specyficzny widok. Półżywy czerwony smok próbował wstać, powarkując, a siedmiu ludzi w płaszczach świadczących niezbicie, że w służbie króla są, dźgało go czym popadnie i co najgorsze, gdzie popadnie. Jeden cisnął lancą w tylną część jego ciała, co wywołało taką reakcję, że smok zionął w tamtym kierunku ogniem, doszczętnie paląc rycerza.
- I dobrze ci tak – mruknęłam cicho.
Jednak jego kompani nie zapatrywali się na to tak jak ja.
- Patrz, co zrobiła z Karczim! – ryknął wściekle jeden z bandytów pogiętych i zamachał mieczem przed oczami smoka. – Zabić ją! Zabić ją wreszcie! Bez zabaw!
- To zrób to jeśliś taki mądry, najwidoczniej trochę ducha w niej się jeszcze kołacze – odwarknął drugi.
Smok, pomimo ciężkich ran, próbował podnieść się na nogi. Szóstka zawadiaków jego królewskiej mości natychmiast dopadła do niego celując mieczami wprost w oczy nieszczęśnika. Czas bym ja wkroczyła.
Zsunęłam się cicho ze skały, dalej trzymając w dłoni miecz, którego nie schowałam po walce z rzepem, po czym równie cicho podeszłam od tyłu do grupki rycerzy.
- Zabij, zabij!
- W oko, w oko!
- W pysk celuj, przebij gardziel!
- A ja proponuję, by panowie odstąpili grzecznie od tego stworzenia i udali się swoją drogą, gdziekolwiek ona prowadzi.
Odwrócili się jak jeden mąż i wlepili we mnie ślepia niczym puchaczka w ciemną noc.
- A co cię sprawa obchodzi, kobieto! – wrzasnął ten, który wcześniej tak opłakiwał Karcziego.
- A to mnie obchodzi, że smoki to ma dziedzina i nie pozwolę ostrzy tępić na ich szlachetnych głowach – odparłam całkiem poważnie.
- Słyszeliście!? Ta baba prawi, że to szlachetne zwierzę!
- To bestia! Bestia, którą trzeba ukatrupić!
- W takim razie będę musiała sięgnąć do przemocy.
- Słyszeliście ją! Prze...moo..c...
Tu urwał swoje popiskiwania, gdyż ja, przerzuciwszy miecz do lewej ręki sięgnęłam za pas. Natychmiast aktywowałam swój własny wynalazek, czyli wyrzutnię ostrzy, sztylety naszpikowały mój pas niczym kolce jeża. Zza rękawów wytrysnęły mi ostrza, które według tego, co opracowałam, wystrzeliwały niczym z łuku, gdy tylko tego zapragnęłam.
- Przemocy, moi drodzy – powiedziałam z naprawdę paskudnym uśmiechem. – I zapewniam was, że lepiej sobie z wami poradzę niż ten zdychający smok.
Rycerze jego królewskiej mości w liczbie sześć natychmiast wzięli nogi za pas. Uroczy był to widok, gdy banda darmozjadów biegła przez skały i kamienie, porzucając po drodze broń. Najwidoczniej odwaga nie należała do ich najwidoczniejszych cnót. Po chwili tyle ich widzieli.
Smok nadal leżał tam, gdzie go zostawili. Podeszłam ostrożnie i przykucnęłam przy jego łbie. Smok spojrzał na mnie, po czym opuścił łeb, zamykając jednocześnie oczy.
- I co oni z tobą zrobili – powiedziałam, dotykając lekko nozdrzy zwierzęcia. Smok mruknął i wypuścił parę, mocząc mi dłoń. Nie cofnęłam jednak ręki. – Myślisz, że się jakoś z tego wyliżesz?
Smok westchnął ciężko i wydał odgłos tak żałosny, że aż serce mi się ścisnęło.
- Powinnam ich była zarąbać, jak tam stali – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Widać od razu żeś chory, nawet mówić nie możesz. Na chorego smoka się pchać, to brak honoru i podła rzecz, jako tu stoję...siedzę.
Smok westchnął raz jeszcze, po czym znów mu opadły powieki, które na chwile otworzył. Tym razem jednak na zawsze.
Spuściłam głowę, chcąc uczcić śmierć szlachetnego zwierzęcia minutą ciszy. Potem wstałam i otrzepałam spodnie z kurzu.
- Jakeś czerwony smok, skarb pewnie w grocie chowałeś – powiedziałam. – Pewnie dlatego te chłystki cię napadły. Skarb ten niech wspomoże kogoś uczciwego, na przykład najemniczkę, która do garnka nie ma czego włożyć już od dwóch dni.
To powiedziawszy ruszyłam ku wylotowi groty, która znajdowała się nieopodal. Zapewne pseudorycerze wywabili z niej smoka i zadali mu śmiertelne rany, od których wyzionął ducha. Zanurzyłam się w ciemność. Żadnej pochodni nie zauważyłam, ale droga była jako tako widoczna. W ścianach wprost roiło się od drogocennych kamieni, które świeciły niewiarygodnie silnym blaskiem, odbijając odległe światło słoneczne i siebie nawzajem. Wzięłam jeden do ręki i pomyślałam, że mogłabym się za to żywić przez miesiąc a i jakieś odzienie by się za to kupiło. Idąc coraz bardziej w głąb zastanawiałam się, w co włożę skarb, zakładając, że będzie go dużo. Musi być dużo. Bo za marne kilka kamyczków nie odpędza się rycerzy jego królewskiej mości od wodopoju.
Idąc tak jakiś czas, słyszałam jakieś dziwne pomlaskiwanie. Tym dziwniejsze, że dochodziło z całkowitej ciemnicy przede mną. Na wszelki wypadek ukryłam się za załomem skalnym i wyjrzałam ostrożnie zza niego.
To co zobaczyłam, zapaliło mi ogniki w oczach. Przede mną rozciągała się wielka sala, cała wypełniona złotem. Gdzież tam złotem! Nie tylko. Kamienie i srebro błyszczały niczym oczy księcia Rindorrfu na widok pięknej kobiety (brzydkiej zresztą też, książę Rindorrfu nie należał do wybrednych w tej kwestii). A przed całą ta kupą cennego metalu i kryształów siedział mały czerwonawy smok, ogryzając gnat jakiś. Musiała mnie gadzina wyczuć, bo podniósł natychmiast głowę i zaczął węszyć. Co mi tam, przecież to dziecię jeszcze, pomyślałam i wyszłam zza załomu, dumna niczym paw. Niedługo trwała ta duma. Smoczątko jak nie ciśnie kością za siebie! Jak nie rzuci się na mnie z piskiem i zgrzytem zębów! Jak nie wyciągnie łap przed siebie, łap najeżonych pazurami jak jeż kolcami. Mieczem więc pacnęłam go po siedzeniu, krzywdy nie chcąc mu zadawać. Smoczek popatrzył na mnie wściekle i znów ruszył do szarży.
- Spokojnie, mały, bez nerwów – mruknęłam i znów uderzyłam go płazem miecza, tym razem po barku. Smoczek odskoczył jak na sprężynie. – Nie jestem tu po to, by cię skrzywdzić lecz po to by uszczknąć trochę z tego skarbu. Założę się, że cały nie jest ci potrzebny.
- To skarb Urobei, wielkiej smoczycy, a tobie nic do niego! – warknął smok, po raz pierwszy się odzywając. Nie zaatakował jednak ponownie.
- Aaa, więc jednak umiesz mówić. To powiedz mi, czy ta Urobea, to właśnie ona, ta co leży martwa przed jaskinią?
- Nie wierzę ci – smok wyszczerzył zęby. – Chcesz mnie odciągnąć od skarbu.
- Ależ ja mogę go wziąć nawet jeśli ty tu jesteś! Jesteś za mały, mój drogi...jak do kata masz na imię, nie lubię się zwracać do bezimiennych pokurczów.
- Rithintr – syknął smoczek. – I nie jestem pokurczem. Mogę ci jeszcze pokazać gdzie raki zimują.
- Tak, tak, wierzę ci mój mały. Ale teraz bardzo proszę, przesuń się odrobinę, bo zagradzasz mi drogę do skarbu. A wierzaj mi, nie lubię zabijać ni ranić dzieci smoczego plemienia.
Smoczek zmarkotniał.
- Jesteś pewna, że Urobea nie żyje? – tym razem ton jego był w miarę spokojny.
- Jak tego, że tu stoję. Zabili ją rycerze króla, nic nie mogłam zrobić.
- Mamo!!!! – krzyknął nagle mały smok i wyleciał jak strzała z jaskini. Mnie to było bardzo na rękę, gdyż nawet przez myśl mi nie przeszło, by dalej dochodzić się z malcem. Podeszłam do skarbu i zanurzyłam dłoń w złocie. Jakże miły był dotyk cennego metalu! Już dawno nie miałam w rękach takiego bogactwa! Dawno? Nigdy, droga Ketil, nigdy takiego bogactwa nie miałaś w rękach. Jeśli tylko uda ci się przenieść po kieszeniach choć malutką część całości, będziesz bogata niczym królowa.
- Człowieku! – usłyszałam znowu wściekły pisk, a zza tego samego załomu, zza którego ja poprzednio wyszłam, wypadł ponownie mały smok, wachlując powietrze małymi skrzydełkami. – Człowiecza kobieto, oni wracają!
- Kto wraca... – mruknęłam, ujmując ponownie miecz. Czyżby rycerze zdecydowali się jednak na przemoc? To było mało prawdopodobne, zważywszy ich poprzednie nastawienie. Mógł to być ktoś inny, mógł ktoś przechodzić nieopodal jaskini, a smok wpadł w panikę. Mimo takich rozmyślań ruszyłam, cały czas będąc w pogotowiu, ku wyjściu. Rithintr posuwał się wolno za mną, co jakiś czas puszczając nosem małe obłoczki pary.
A jednak. Przybyli z powrotem, jednak coś się zmieniło. Było ich dwa razy więcej i mieli ze sobą więcej żelastwa. Najwidoczniej posiłki były blisko, gdyż nie zajęło im to wszystko zbyt dużo czasu.
- Gdzieś jest, pomiocie demona! – ryknął ten, który poprzednio najbardziej się udzielał. – Nikt nie wystawia na pośmiewisko dumy rycerzy króla!
- Nikt tego nie robi, jeśli na to nie zasługują – powiedziałam spokojnie, wychodząc z jaskini. Stanęłam przy wejściu, opierając się o skalną ścianę plecami. Dłoń błądziła w okolicy sztyletu.
- Zginiesz! – wypluł wieśniak jeden i ruszył na mnie z całą bandą.
- Rithintr! Schowaj się! – zawołałam i znów uruchomiłam mój nabity ostrzami pas. Tym razem nie uciekli. Złapałam więc za miecz i runęłam na nich niczym grom z jasnego nieba. Najemnicy nie od parady są szkoleni w rożnych sztukach walki. Nie minęła minuta wściekłych zmagań, gdy w powietrze poleciała ręka.
- Ucięłaś mi dłoń! – uniosło się nad naszymi głowami. I walka trwała nadal. Po dwóch minutach poleciała druga ręka. Ktoś zaklął paskudnie. Mój miecz fruwał nad i czasem pod głowami napaleńców jego królewskiej mości. W pewnym momencie poczułam się trafiona. Spojrzałam w dół i ujrzałam rozszerzającą się plamę krwi w okolicy żeber. Poczułam gwałtowny ból, ale to tylko wzmogło moja zaciętość. Po następnych pięciu minutach po rycerzach nie pozostał nawet ślad. Czterech uciekło, reszta leżała martwa bądź ciężko ranna na ziemi.
Osunęłam się. Podczłapał do mnie smok i oparł łeb na moim ramieniu.
- Pomściłaś moja matkę – powiedział.
- Drobnostka.
- Jesteś ranna.
- Drobnostka.
- Dziękuję.
- Drobno...
Nie dokończyłam jednak, gdyż zemdlałam.

I tak rozpoczęła się największa w moim życiu przygoda. Znajomość ze smokiem Rithintrem.
Jestem z tego tekstu bardzo dumny, ponieważ trochę przypomina Wieśmina :meow:
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.

:giggle:
Show
Add a Comment:
 
No comments have been added yet.